Naujienų srautas

Wiadomości2026.04.24 11:26

Waldemar Dowejko: największe szczęście to robić to, co się kocha

Renata Dunajewska, LRT.lt 2026.04.24 11:26

– Przejeżdżam autem i widzę człowieka jakby wyjętego z innej epoki. Brązowe spodnie na kant, kraciasta koszula, kartonowa walizka w ręku. Za nim stary, spalony drewniany dom. Zrobiłem to zdjęcie… tylko oczami. To był jeden z tych momentów, których nie da się powtórzyć – opowiada Waldemar Dowejko, wybitny fotograf i pedagog.

Fotografia to coś więcej niż zatrzymany obraz – to sposób opowiadania o świecie bez słów. To sztuka dostrzegania detali, emocji i ulotnych chwil, które na co dzień łatwo umykają. Każde zdjęcie jest interpretacją rzeczywistości, próbą uchwycenia tego, co dla autora ważne i warte zapamiętania.

– Zdjęcie powstaje najpierw w głowie, dopiero potem w aparacie. Aparat jest tylko narzędziem. To człowiek decyduje, co zobaczy i jak to pokaże – podkreśla fotograf.

Jego droga do fotografii nie była prosta ani oczywista. Wszystko zaczęło się w Polsce, na studiach. Przypadkowo został fotografem „Gazety Wyborczej”. Jak wspomina, liczył się refleks, precyzja i umiejętność pracy pod presją.

– Dostałem zadanie wykonać zdjęcie. Był limitowany czas, wywoływanie zdjęć. Pamiętam moment, kiedy zmieściłem się w czasie i usłyszałem: przychodzisz od jutra, pracujemy. To był sygnał, że się nadaję – opowiada.

Później przeniósł się do „Gazety Pomorskiej”.

– Może ranga gazety była niższa, ale miałem więcej wolności. Mogłem realizować własne pomysły, eksperymentować, publikować swoje projekty. To był ważny etap, bo pozwolił mi zrozumieć, czym naprawdę chcę się zajmować – wspomina.

Po powrocie na Litwę rzeczywistość okazała się inną, zaczęła się przygoda pedagogiczna.

– To były lata 96–97, ekonomika dopiero się dźwigała. Zarobki, zwłaszcza fotografów, były bardzo niskie, a o pracy w dziennikarstwie można było raczej pomarzyć. Trzeba było podejmować decyzje życiowe, a nie tylko zawodowe – utrzymać młodą rodzinę, zapewnić stabilność – mówi.

Właśnie wtedy Waldemar przypadkowo trafił do szkoły w Nowej Wilejce, Gimnazjum im. J. I. Kraszewskiego.

– Rozmowa z dyrektorką Heleną Juchniewicz i nagle okazało się, że jestem potrzebny. Tak zostałem nauczycielem. A przy okazji potrzebowano nauczyciela matematyki. W taki sposób z moją żoną staliśmy się małżeństwem pracującym w jednej szkole – dodaje.

Mimo zmiany ścieżki zawodowej fotografia nie zniknęła z jego życia.

– Ona nigdy nie umarła. Zawsze była gdzieś obok, zawsze wracała. Nawet jeśli przez chwilę była na drugim planie, to i tak wiedziałem, że do niej wrócę – mówi z przekonaniem.

Dużą rolę w procesie samostanowienia odegrali ludzie.

– Zawsze miałem szczęście do właściwych osób z branży. To oni pomagali wracać do tej fotograficznej rzeki – podkreśla. W Toruniu spotkał Wojciecha Szabelskiego z Polskiej Agencji Prasowej.

– Rozmowy, wspólne oglądanie zdjęć, analiza, fotografowanie, powroty do redakcji – to były rzeczy bezcenne. To buduje człowieka – uważa Dowejko.

Na Litwie podobną rolę odegrał sąsiad.

– Kupiliśmy mieszkanie w Nowej Wilejce. Okazało się, że blok obok mieszka Stanislovas Žvirgždas, znany fotografik, autor książek i wykładowca. Nie trzeba było nawet wielu spotkań. Sama świadomość, że ktoś taki jest obok, motywuje. Człowiek zaczyna patrzeć uważniej, więcej fotografować, analizować zdjęcia – wyjaśnia fotografik.

Później nastąpił powrót do pracy w mediach – „Gazeta Wileńska”, dalsza współpraca z „Gazetą Pomorską”, Warszawska Agencja Forum.

– Fotografowałem jedną z imprez w Wilnie i poczułem, że ktoś mi się przygląda. Następnego dnia spotkaliśmy się ponownie. Okazało się, że to Andrzej Lange, szef działu foto PAP. Powiedział: zrobiłem rozeznanie, wiem kim jesteś, pracujesz dla Forum. Nie chciałbyś zmienić agencji? – wspomina.

– Poprosiłem o chwilę do namysłu. Po 30 sekundach odpowiedziałem: zastanowiłem się, zgadzam się. I tak zostałem fotografem Polskiej Agencji Prasowej – zaznacza Dowejko.

Równolegle nie zrezygnował z pracy w szkole, tylko może z mniejszą ilością godzin. W rozmowie stwierdził, że traktuje pracę w szkole bardziej jako hobby, niż miejsce stałego zarobku.

– Uczę geografii, ale też fotografii. To nie są zajęcia dodatkowe, tylko normalny przedmiot w planie lekcji. Mamy w naszym gimnazjum blok kierunków twórczych: plastyka, muzyka, teatr i fotografia. Młodzi ludzie naprawdę chcą się uczyć. I widać efekty – są absolwenci, którzy pracują dziś w mediach, są operatorzy, są fotografowie – zaznacza pedagog.

Jak podkreśla, jego celem nie jest tylko przekazanie techniki.

– Chciałbym nauczyć ich patrzenia. Nawet jeśli nie zostaną profesjonalnymi fotografami, to żeby potrafili dokumentować swoje życie – robić zdjęcia rodzinie, opisywać je, archiwizować. Żeby za dwa czy trzy pokolenia ktoś wiedział, kto jest na fotografii, a nie oglądał anonimowe twarze – tłumaczy.

Współczesna fotografia, zdaniem Waldemara Dowejko, stoi przed ogromnym wyzwaniem.

– Dziś każdy ma aparat w telefonie. Można powiedzieć, że wszyscy jesteśmy fotografami. Ale to tylko pozór. Technologie się zmieniają. Średniej klasy telefon jest w stanie zastąpić dobry aparat fotograficzny sprzed dwudziestu laty i zdjęcia będą dobre. Brakuje jedynie edukacji – mówi.

– Jesteśmy zasypywani milionami zdjęć każdego dnia. Większość z nich jest słaba, ale zaczynamy się do tego przyzwyczajać. To staje się normą. A przecież dobre zdjęcie powinno zatrzymać, przyciągnąć uwagę, zmusić do refleksji – uważa fotografik.

Dlatego Waldemar Dowejko chętnie wraca do fotografii analogowej.

– Film uczy pokory i dyscypliny. Masz 36 klatek i każda kosztuje – czas, pieniądze, energię. Nie naciskasz spustu bez zastanowienia - wyjaśnia. I dodaje z charakterystycznym dystansem: – Kiedyś mówiło się, że z 36 zdjęć wychodzi 6 dobrych. Dziś robimy 2000 i… nadal mamy 6 dobrych.

Podkreśla, że sprzęt nie jest najważniejszy.

– Aparat to tylko instrument rejestrujący obraz. Czy to klisza, czy matryca – to nie ma aż takiego znaczenia. Sprzęt pomaga, ale nie zastąpi umiejętności – dodaje.

Dwa zdjęcia Waldemara Dowejko znalazły się w albumie najlepszych zdjęć PAP za rok 2025. Jako fotograf prasowy określa siebie przede wszystkim jako rzemieślnika.

– Robię swoją robotę. Dokumentuję rzeczywistość – mówi. Jednocześnie przyznaje, że w tej pracy jest też miejsce na sztukę. – Dobre zdjęcia prasowe potrafią być piękne, mają światło, kompozycję, emocje – zaznacza.

Fotograf zwraca uwagę na zmiany w mediach, które zaszły w ostatnich latach.

– Kiedyś robiło się kilkanaście zdjęć do galerii. Dziś trzeba zrobić kilkadziesiąt. To wymusza ilość kosztem jakości. Giną najlepsze kadry w natłoku przeciętnych – ocenia.

W rozmowie Waldemar stwierdził, że w pracy najważniejsze są dla niego emocje i uważność.

– Gest, spojrzenie, mimika – to one budują historię. Trzeba cały czas obserwować, być gotowym – podkreśla. Jednocześnie zaznacza granice: – Nie wszystko wypada fotografować. To nie jest fotografia bulwarowa. Trzeba mieć wyczucie.

Na tradycyjne pytanie o najlepsze zdjęcie odpowiada bez wahania: – To, którego jeszcze nie zrobiłem.

Jak tłumaczy, to właśnie ciągłe poszukiwanie napędza go od lat.

– Najważniejsze momenty trwają ułamki sekund. Albo jesteś gotowy, albo je tracisz – stwierdza.

Dowejko przywołuje historię związaną z fotografią papieża Franciszka podczas jego pielgrzymki w Wilnie.

– Przygotowywałem się tygodniami. Wybrałem miejsce obok Kaplicy Ostrobramskiej, przyszedłem wcześniej, wszystko zaplanowałem. I w ostatniej chwili zostałem przesunięty o pół metra. Kadr przepadł – opowiada.

– Ale później udało się zrobić inne zdjęcie. Czasem trzeba zaakceptować, że nie wszystko pójdzie zgodnie z planem – mówi.

– Myślę, że to jest ważna fotografia, chociaż mówiąc o już kulcie maryjnym to chyba ważniejszą fotografią stanie się bardzo zwykła techniczna fotografia, kiedy udało mi się sfotografować obraz bez szaty, która była oddana do odnowienia, do konserwacji, na zwykłej desce to wygląda zupełnie inaczej, zwłaszcza kiedy zdaje się sprawę z tego, że następne setki lat po prostu nikt tego nie powtórzy, bo nie dojdzie do zdjęcia szat z tego obrazu – wspomina.

Fotografia, jak mówi Waldemar, to przede wszystkim światło.

– To malowanie światłem. Czasem wszystko trwa pół sekundy – jedno mrugnięcie światła i pojawia się magia. Albo się zdąży, albo nie – opowiada.

Fotografia nie kończy się wraz z pracą. Fotograf mówi, że czasem widzi kadry w codziennych sytuacjach, które zostają tylko w pamięci i wraca do obrazu, który zapisał się tylko w pamięci.

– Przechodzi człowiek jak z innej epoki, scena jak z filmu. Brązowe spodnie na kant, kraciasta koszula, kartonowa walizka w ręku. Za nim stary, spalony drewniany dom. Idealny kadr. Ale nie miałem aparatu. Został tylko w głowie – mówi.

Następnie dodaje.

– Czasem fotografujemy oczami. I może to są najważniejsze zdjęcia – te, których nikt nie zobaczy, ale które zostają z nami na zawsze – zastanawia się.

Waldemar Dowejko, zawodowy fotograf nie przestaje się uczyć i inspirować.

– Oglądam książki fotograficzne, analizuję zdjęcia, zastanawiam się, dlaczego chcemy na nie patrzeć – mówi. Ma też swój rytuał.

– Piątkowa kawa i książki fotograficzne. To mój czas na zatrzymanie się i refleksję – stwierdza.

Na zakończenie rozmowy podkreśla najważniejszą myśl.

– Największe szczęście to robić to, co się kocha. Wtedy człowiek nigdy nie idzie do pracy – stwierdza Waldemar Dowejko, fotografik i pedagog.

LRT has been certified according to the Journalism Trust Initiative Programme

Najnowsze, Najchętniej czytane