Naujienų srautas

Wiadomości2024.04.15 08:17

Polscy komicy na litewskiej scenie stand-upowej: mamy większe pole do popisu niż inni

Evelina Knutovič, LRT.lt 2024.04.15 08:17

- Nasze żarty są w języku litewskim, rozmawiamy w nim, opowiadamy rzeczy bliskie Litwinom. Nie ma żadnych granic, możemy to stosować jako sposób przyciągnięcia uwagi. Skoro jesteśmy Polakami, to dlaczego mamy tego nie wykorzystywać? - uważają młodzi komicy Saulius Andrukonis i Tomasz Rynkiewicz, których występy na litewskiej scenie stand-upowej cieszą się coraz większym zainteresowaniem. 

Jak się zostaje stand-uperem? Rozumiem, że historia każdego komika jest inna.

Saulius Andrukonis (S.A.): Stand-uperem się zostaje dokładnie w tym momencie, gdy człowiek znajduje się na scenie i wykonuje swój pierwszy występ. Wcześniej można tylko marzyć o karierze komika, mieć ambicje na ten temat. Oczywiście, nie jest to konkretna definicja i każdy widzi to na swój sposób. Dla mnie stand-uperem jest ta osoba, która faktycznie zarabia z tego pieniądze.

Tomasz Rynkiewicz (T.R.): Nie do końca określiłbym siebie jako stand-upera. Zgodziłbym się jednak z Sauliusem, że skoro już na tym się zarabia, to można tak się nazwać. Jednak jest to zbyt mocne określenie. W całej litewskiej “kuchni”, w której się wspólnie z Sauliusem obracamy, działa ponad 30 stand-uperów i komików. Uważam jednak, że większość z nich nie są prawdziwymi stand-uperami. Sam nie jestem jeszcze takim stand-uperem, jakim chciałbym być. Dlatego tylko kilka osób z całego grona nazwałbym prawdziwymi zawodowcami i fachowcami.

Jednak aby stanąć na scenie, trzeba wcześniej do takiej decyzji dojrzeć. Jak było w waszym przypadku?

S.A.: Dla mnie to był eksperyment. Przyjechałem z Ejszyszek do Wilna, to był pierwszy rok studiów. Miałem dużo wolnego czasu, bo nie chciałem się uczyć. Zobaczyłem ogłoszenie na Facebooku, że odbędzie się tzw. „open mic“, czyli można sobie pójść i pożartować. Już od dawna chciałem spróbować swoich sił, marzyłem o tym. Byłem absolutnie nową osobą w Wilnie. Wiedziałem, że jeżeli mój występ będzie tragiczny, to i tak nikt mnie nie rozpozna, a po kilku dniach wszyscy o tym zapomną. Nie miałem zatem nic do stracenia.

T.R.: W moim wypadku zapoczątkowały to lata szkolne. Nauczycielka historii i wychowawczyni w Gimnazjum im. Szymona Konarskiego w Wilnie Beata Kowalewska prowadziła teatr „Szkic“. Zaangażowała całą klasę w jego działalność. Zawsze można było wtedy rzucić żartem do kolegów z klasy.

Tymczasem podczas studiów zacząłem oglądać więcej występów stand-uperów - zarówno wschodnich, jak i zachodnich. Już wtedy chciałem spróbować, ale zawsze się bałem. Do dzisiaj bardzo mnie niepokoi, co pomyślą ludzie, którzy zobaczą moją porażkę. Wydawało mi się, że będą wręcz tym żyli, wyśmiewali mnie w rozmowach prywatnych, a gadki nawet dotrą do pracy. Wyobrażałem sobie, jak by mieli w dowolnej chwili omawiać, co Tomaszowi źle poszło. Dlatego po raz pierwszy wystąpiłem jako komik dopiero w wieku 28 lat. Szedłem do tego bardzo długo.

Opowiedzcie zatem o swoim pierwszym występie. Jak on wyglądał? To znaczy, stoicie za kurtyną, czekacie na swoją kolej i…

S. A.: U mnie nie było kurtyny, bo był to bar „Tamsta“. Znajdował się tam stół, przy którym siedzieli uczestnicy „open mic’u“. Było nas około dziesięciu. Kolejnych pięć osób – to A-lista, czyli gwiazdy. Przywitali mnie w sposób bardzo przyjacielski. Był to miły gest, który mnie uspokoił. Pamiętam, że warunki były bardzo komfortowe.

Wszystko było dobrze do momentu rozpoczęcia występu. Wychodzę na scenę, opowiadam pierwszy dowcip. Nikt się nie śmieje. W całości zapominam, co mam dalej mówić, mimo, że wcześniej dokładnie wszystko napisałem i ułożyłem. Jednak głos drży, a ja nic nie pamiętam. Nie wiem, co mam robić. Nagle wszyscy zaczynają klaskać. W pewnym momencie dociera do mnie, że nie chodzi o to, by mnie upokorzyć, a tylko wesprzeć. Okazało się, że dla publiczności wydałem się sympatyczny. Podziękowałem za ten gest, przypomniałem sobie tekst i dalszy ciąg mojego występu potoczył się całkiem inaczej. Te emocje pozostały we mnie przez dłuższy czas, miło o tym wspominam. Publiczność cię lubi, szczególnie, jeżeli potrafisz znaleźć z nią wspólny język.

T.R.: Mój pierwszy występ odbył się w tym samym miejscu. Nie poszedłem jednak do wspólnego stołu, ponieważ przyszedłem z koleżanką i przyjaciółmi, którzy chcieli mnie wesprzeć. Gdy usłyszałem swoje imię i nazwisko, wybiegłem na scenę z grona widzów. Z tego, co pamiętam, występ był całkiem okej. Oczywiście, nie było to coś spektakularnego. Pewnie mogłem z siebie dać więcej: lepiej nauczyć się tekstu, czuć się swobodniej. Tym niemniej, trema przed sceną pozostaje we mnie do dziś. Czasami wchodzę, widzę twarze widzów i coś w środku się spina. Zostaję zamknięty między dwiema ścianami, które w dowolnej chwili zetrą mnie w piasek.

Jednym z głównych tematów waszych monologów jest to, że jesteście Polakami z Wileńszczyzny. O ile świadoma była decyzja dotycząca uwypuklenia właśnie takiego wizerunku?

S.A.: Dla mnie była to absolutnie świadoma decyzja, nie zważając na to, że jako komik stand-upowy chcę przede wszystkim rozśmieszać ludzi. Będąc na scenie i przyciągając uwagę - w szczególności, gdy występuję poza Wilnem - chcę podkreślić, że na Litwie mieszka dużo Polaków. Są utalentowani i robią dużo fajnych rzeczy, więc warto na nich spojrzeć. W Wilnie większość widzów rozumie moje przesłanie, chcę zatem je promować również poza stolicą.

T.R.: Nigdy nie czułem wstydu z tego powodu, że jestem Polakiem. Jestem nawet wdzięczny za swoje pochodzenie. Oświata w języku polskim pomogła mi podjąć studia na Uniwersytecie Warszawskim. Mogłem się zapoznać z litewskim społeczeństwem, zrozumieć, jak w tym kraju żyją osoby innego pochodzenia.

Gdy wróciłem z Polski na Litwę i padła decyzja o stand-upie, podczas pierwszych występów przekazywałem żarty w sposób sarkastyczny: „O, myślicie, że jestem okupantem“ i tak dalej. Już wtedy rozumiałem, że nie chcę, aby każdy monolog szedł w tę stronę, bo widzowie skojarzą mnie wyłącznie jako komika, który wciąż gada o Polakach, Wilnie i okupacji. Jednak skoro możemy wystąpić również w innych regionach, mogę o tym przypomnieć. Tak, żarty o okupacji Wilna są dobrze rozumiane w stolicy. Jednak w Kownie jest inaczej.

Co znaczy „nie rozumieją“?

S.A.: „Nie rozumieją“ oznacza, że nie reagują i się nie śmieją.

T.R.: Ponieważ Kowno nie miało takiego losu jak Wilno, to widzowie reagują tak: „okej, nic złego nam nie zrobiłeś, nie widzimy w tobie okupanta“.

Czyli nie ma pozorów, że być może z tego powodu widownia patrzy na was nieco inaczej niż na innych komików?

S.A.: Raczej nie. Mieliśmy takie mini tournee o nazwie „Egzotika“. Wystąpiliśmy w składzie Polak-Polak-Żyd. Nasze żarty są w języku litewskim, rozmawiamy w nim, opowiadamy rzeczy bliskie Litwinom. Nie ma żadnych granic, możemy to stosować jako sposób przyciągnięcia uwagi. Skoro z Tomaszem jesteśmy Polakami, to dlaczego mamy tego nie wykorzystywać? Jedyne komentarze, jakie słyszałem o sobie, były takie, że widać, iż moje myśli nie są w języku litewskim. Struktura zdań jest taka sama jak w języku polskim.

T.R.: Tutaj się zgodzę, ponieważ nigdy nie odczuwałem dyskryminacji w związku z narodowością. Wykorzystujemy ją jako „magiczną sztuczkę“, bo mamy większe pole do popisu. Myślimy w języku polskim, litewskim i częściowo rosyjskim, w zależności od wychowania rodziców i dzieciństwa. Nasze doświadczenia możemy wykorzystać na swoją korzyść.

Czy ułatwia to poszukiwanie tematów? A może na odwrót - utrudnia, bo ogranicza?

S.A.: W pewnym sensie takie ograniczenia są. Jednak to nas wzbogaca, bo jest częścią tożsamości. Nie mam zamiaru tego ukrywać.

Mówiąc o możliwościach, marzę o tym, byśmy z Tomaszem zorganizowali przynajmniej jeden występ po polsku w Wilnie lub pojechali do Polski. To by było ciekawe, że przyjechali panowie z Kresów i zaczęli żartować.

T.R.: Zgadzam się co do tego, że nasze struktury zdań bardzo się różnią. Moi przyjaciele komicy zauważają, że jest im lżej strukturalnie napisać żart, czyli właściwie go rozpocząć i zakończyć. Czasami myślimy w języku polskim i próbujemy wszystko dosłownie przetłumaczyć na litewski. To działa na niekorzyść monologu.

Powstaje zatem pytanie, o ile się interesujecie polską sceną komediową? Czy humor litewski się różni od humoru polskiego?

S.A.: Interesuję się, mam dwóch ulubionych komików - Abelarda Gizę, który jest dla mnie absolutnym numerem jeden i Cezarego Ponttefskiego. Podoba mi się jego spokój. Sprawia uczucie, że wychodzi, coś tam mówi i jest to po prostu śmieszne.

Mówiąc o humorze - na Litwie możemy pożartować o tym, że stanowimy pewną egzotykę, bo tu Polak tak sobie jeździ po kraju i opowiada żarty po litewsku. Wybieramy jednak dowcipy bliskie geograficznemu kontekstowi. W Polsce ten sam materiał byłby egzotyką i stanowiłby prawdziwą nowość dla mieszkańców. Zwiększyłoby to świadomość, że na Litwie również mieszkają Polacy, którzy potrafią żartować i robić inne fajne sprawy.

T.R.: Jest aspekt geograficzny, a są też żarty polityczne, religijne i inne. Polacy nie zrozumieją litewskich żartów politycznych i na odwrót. Są tematy ogólne, takie jak związki, dzieci, zwierzęta, pasje i zamiłowania. Jeżeli żart jest dobrze napisany, to nie ma granic państwowych.

Kim byli wasi idole na początku kariery i teraz?

S.A.: Miałem wcześniej idoli i chciałem być do nich podobny. Jednym z nich jest Ricky Gervais, komik z Wielkiej Brytanii, twórca serialu „The Office“. Z każdym rokiem coraz bardziej doceniam jego dorobek. Jednak teraz dbam o to, by się nie upodabniać do kogoś, a coraz lepiej pokazać własną osobowość. Jeszcze trzy lata temu oglądałem stand-upy, by się czegoś nauczyć. Teraz robię to, by po prostu odpocząć. Staram się bardziej rozwijać umysłowo i się dokształcać.

T.R.: Nie studiuję innych komików. Są rzeczy, na których rzeczywiście muszę się skupić, takie, jak struktura zdań, niepotrzebne wyrazy. Moimi ulubieńcami pozostali Bill Burr i Louis C.K. Nie zważając na dzisiejsze realia, bardzo mi się podoba komik pochodzenia białoruskiego Iwan Usowicz. Jest dla mnie komikiem z dużej K. Każdy chce pokazać swoją mocniejszą stronę: dokształca warsztat aktorski, zmienia intonacje, odgrywa scenki. Jednak w moim rozumieniu najlepsza komedia jest wtedy, gdy mimo monotonnego głosu i braku emocji ma dobrze napisany tekst. Są to sceny, gdzie w sytuacjach głupich, w których nie ma logiki, ona jednocześnie jest.

Jak się zatem rozwijać, by wyjść z tej strefy komfortu? Można kogoś kopiować i pójść na łatwiznę.

S.A.: Odnaleźć swój głos można wyłącznie zwiększając liczbę występów. Niezależnie od tego, czy jest to stand-up, czy inna dziedzina, komik będzie patrzył w stronę tych, którym udaje się to lepiej. Z biegiem czasu, gdy zaufanie do siebie się zwiększa, zaczyna szukać swego głosu. Pomaga to rozwijać siebie jako artystę. Komik jest też pisarzem, więc trzeba dużo pisać. Powiem banalnie, ale by to robić dobrze, trzeba też dużo czytać.

Niestety, z tego powodu, że piszę pracę magisterską, czytam zbyt wiele literatury akademickiej, która jest bardzo nudna w porównaniu do literatury pięknej. Mam dużo kupionych książek. Przez dwa tygodnie noszę w plecaku książkę „Wilnianie, świadkowie Katynia, emigranci. Stanisław Swianiewicz i Józef Mackiewicz“ i nie mogę zacząć czytać. Tymczasem Mackiewicz i Mickiewicz są Polakami, z których jest najlepiej brać przykład, bo byli jednymi z najbardziej aktywnych Kresowych działaczy. Nie lubiłem Mickiewicza w szkole, ale chcę mu dać drugą szansę.

Ostatnio czytałem książkę filozoficzną o prokrastynacji. Do dzisiaj pozostało mi w pamięci też „1984“ George’a Orwella. Zbyt późno ją przeczytałem, musiałem to zrobić jeszcze w szkole. W wolnym czasie czytam o psychologii. Jest to nie tylko ciekawe, ale pomaga też w stand-upie.

T.R.: Jestem leniwy, więc jedyne, co mogę zrobić to kompletnie zwariować. Szczerze. Nie chcę być spięty przy osobach, których nie znam. Czuję, że ten czy inny żart był lepszy, gdybym zwariował. Nie zastanawiałbym się wtedy, co o mnie pomyślą ludzie, co powiedzą, czy będą się śmiali, czy nie. Kiedy ludzie się nie śmieją i po żarcie następuje kompletna cisza, czujesz się mocno spięty. Nie chcę tego odczuwać nawet po pięciu nieudanych dowcipach. Dlatego ubolewam z tego powodu, że zasady narzucane przez społeczeństwo nie pozwalają mi zwariować. Jeżeli jednak do tego dojdzie, od razu to zauważycie. Może będę biegał nagi po placu Katedralnym.

Nie mam dużego zamiłowania do książek. Rozumiem ich wartość i to, że budują nasze słownictwo. Ostatni raz po polsku czytałem pewnie „Kaczora Donalda“. Imponuje mi kaczka, która potrafi mówić. Czytam wyłącznie na wakacjach. Nienawidzę się opalać, ale chcę być trochę czekoladowy, więc biorę ze sobą książkę. Tymczasem mój ojciec czyta bardzo dużo.

Mimo, że twierdzicie, iż czujecie się spięci podczas występów, w podcastach i w przestrzeni publicznej wyglądacie na takich, którzy się czują swobodnie.

T.R.: Tak sądzą ludzie, którzy nas nie do końca znają. Mówiąc publicznie, włączamy w sobie taki „przycisk“. W podcastach, do których jesteśmy zapraszani, jesteśmy wśród ludzi, z którymi się przyjaźnimy. Jest między nami chemia. Czasami ludzie zapraszają mnie do audycji i się spodziewają, że zaraz będę żartować. Tymczasem w banalny sposób dawałem im suche odpowiedzi. Widziałem, że nie byli tym zbytnio zafascynowali.

Najbliższe grono przyjaciół wie, jaki jestem naprawdę. Rozumieją, kiedy jestem sobą. Gdy do nas dołączają nowe osoby, bywam spięty, bo nie wiem, w jaki sposób mam do nich przemawiać. Jakie żarty lubią? Jakich nie tolerują? Nie chcę ich urazić. Jestem bardziej introwertykiem, niż ekstrawertykiem.

S.A.: Najczęściej o sobie myślimy gorzej niż inni myślą o nas. Można wyjść na dwór i zastanawiać się nad tym, jak się źle wygląda. Jednak ludzie patrzą na ciebie bardziej pozytywnie lub po prostu nikogo nie obchodzimy. Ludzie, którzy przychodzą na nasze występy, mają własne życie. Dlatego widzę coraz mniej sensu w tym, by myśleć o tym, jak mnie postrzegają. Stand-up jest po to, by fajnie spędzać czas.

Czy często macie do czynienia z sytuacjami, gdy nowe osoby proszą o to, by zażartować, bo „jesteście komikami, no to pożartujcie“?

T.R.: Czasami tak i to jest bardzo głupie. Niektórzy podchodzą do mnie, są naprawdę fajni i szczerzy. Jednak trafiają się osoby, które spadły na głowę z nieba. Na przykład, pytają, czy mogą dotknąć mojej fryzury. Nie mam włosów. To absurdalne, że można się tak zachowywać w stosunku do osoby, której się nie zna. Staram się jednak zbytnio na tym się nie skupiać. Po prostu czasami tak się zdarza.

S.A.: Jeżeli osoba, którą znam, podejdzie do mnie i powie, że skoro jestem komikiem, to mam dla niego pożartować, pozostanie dla mnie nie więcej niż tylko znajomym. Szanuję ludzi, którzy rozumieją, czym są granice osobiste. Trzeba rozumieć, że jeżeli człowiek jest komikiem, to żartuje raczej na scenie. Właściwie po to tam przychodzi. Gdy idę po mieście, to nie mam zamiaru opowiadać żartów dla każdego przechodnia. Ale jeżeli on po prostu chce porozmawiać lub zrobić zdjęcie, to chętnie. Część osób zna nas wyłącznie jako komików, ale jest smutno, jeżeli traktują wyłącznie jako takich. Jednak Tomasz i ja nie jesteśmy tylko komikami.

T.R.: Pewnie niektórzy uważają, że przez 24 godziny na dobę jestem pajacem. Prawdopodobnie nie śpię w nocy, a tylko chichoczę. Mamy jednak swoje problemy i obowiązki, myśli, z którymi chcemy pobyć sami. Czasami przychodzimy pożartować, robimy to, co nam się podoba.

Czy czujecie zatem narastającą odpowiedzialność przed widownią, która coraz lepiej was zna?

S.A.: Tak, ona tylko wzrasta. Staram się świadomie hamować proces transformacji w celebrytę. Dbam o swoje życie osobiste, chcę robić też inne rzeczy i nie mam zamiaru zostać osobą, która nie może wyjść na spacer, bo każdy będzie prosił o to, bym zażartował. Rozumiem, że w karierze stand-upera najważniejsze jest właśnie żartować i robić to śmiesznie, ale kogoś moje repliki mogą dotknąć osobiście. Staram się być coraz bardziej tego świadomy. Wydaje mi się jednak, że jeszcze nie powiedziałem na scenie niczego, za co mi by było naprawdę wstyd. W końcu, jeżeli powiem coś poważnego, a innym się nie spodoba, zawsze mogę odpowiedzieć, iż to był tylko żart.

T.R.: Niezależnie od tego, czy jestem mega popularny, czy nie, ale nie chcę podejmować żadnej odpowiedzialności. Gdy rozpoczynałem tę drogę, robiłem to dla siebie. Decyzja dotycząca wyjścia z pracy, aby rozszerzyć karierę komika wynika wyłącznie z zamiłowania do komedii. Nie wyznaczam sobie większych celów, chcę po prostu żartować i być śmiesznym. Nie chcę nieść większego przesłania. Jedyne, co mogę przekazać: jeżeli czujecie, że coś się podoba, róbcie to nie zważając na wiek i inne rzeczy.

LRT has been certified according to the Journalism Trust Initiative Programme

Najnowsze, Najchętniej czytane