Naujienų srautas

Wiadomości2025.08.26 08:17

Czterodniowy tydzień pracy w Polsce: obietnica wyborcza czy realna zmiana?

W Polsce trwa nabór do pierwszego pilotażowego programu 4-dniowego tygodnia pracy, ogłoszonego przez krajowy rząd. Jest to program, który ma testować różne rozwiązania i metody skracania czasu pracy. Inicjatorzy projektu twierdzą, że nabór w tej chwili cieszy się dużym zainteresowaniem. Według najnowszych danych, jest ponad 100 w całości wypełnionych i złożonych wniosków, na etapie przygotowań pozostało 700 wniosków. Rekrutacja jest możliwa do 15 września.

- To pierwszy pilotaż skróconego czasu pracy w naszym regionie i pierwszy na tak szeroką skalę pilotaż w Polsce. Chcemy zachęcać do skróconego czasu pracy, do testowania rozwiązań w różnego typu organizacjach. Mogą wziąć udział przedsiębiorcy, jednostki samorządowe, fundacje, stowarzyszenia, związki zawodowe – w taki sposób każdy pracodawca może sprawdzić, co u niego działa - mówiła w kwietniu br. ministra rodziny, pracy i polityki społecznej RP Agnieszka Dziemianowicz-Bąk.

Resort pracy zaznacza, że główne warunki naboru to: prowadzenie działalności przez co najmniej 12 miesięcy przed dniem złożenia wniosku, objęcie projektem co najmniej 50 proc. pracowników, utrzymanie zatrudnienia na poziomie nie niższym niż 90 proc. stanu początkowego, określonego we wniosku, utrzymanie wynagrodzeń pracowników na poziomie nie niższym niż obowiązujący w dniu rozpoczęcia realizacji projektu pilotażowego, przez cały okres jego trwania oraz brak pogorszenia warunków pracy i płacy pracowników objętych projektem.

Maksymalna wartość wsparcia na jeden projekt pilotażowy stanowi 1 milion złotych. Koszt projektu w przeliczeniu na jednego pracownika objętego pilotażem nie może przekroczyć 20 tysięcy złotych. Do 15 października 2025 roku nastąpi rozstrzygnięcie naboru oraz publikacja listy pracodawców, którzy zakwalifikowali się do pilotażu.

Pomysł czterodniowego tygodnia pracy w Polsce coraz częściej się pojawia w przestrzeni publicznej. Alicja Kotłowska, Pełnomocniczka Prorektorki Uniwersytetu SWPS, autorka książki "Twoja Praca" twierdzi w wywiadzie LRT.lt, że jest to naturalny proces. - Tryby pracy bardzo się zmodyfikowały, szczególnie po pandemii. Wcześniej większość pracodawców i pracowników miała do czynienia z trybem tradycyjnym - pięć dni w tygodniu, od godz. 8. do 16, w większości stacjonarnie. Jednak właśnie pandemia w eksperymencie przymusowej pracy zdalnej pokazała, że można pracować inaczej. Zaczęły się nowe podejścia. Dzisiaj, pięć lat po pandemii, obserwujemy zasadniczą zmianę trybu pracy – podkreśla.

Badania Eurostatu wykazują, że w Unii Europejskiej mniej więcej tylko połowa pracowników pracuje wyłącznie w trybie stacjonarnym. Druga połowa – również w trybie hybrydowym i zdalnym. - Widzimy, że jeżeli mamy możliwość eksperymentowania, to zarówno pracodawcy, jak i pracownicy odkrywają, że można pracować inaczej – komentuje Kotłowska.

Polacy są przodownikami pracy na Starym Kontynencie - według statystyk europejskich pracują średnio prawie 40 godzin tygodniowo, podczas gdy Szwedzi i Holendrzy – odpowiednio 33,9 i 32 godzin tygodniowo. - Wynika to z transformacji systemowej, z tego, że jesteśmy krajem, który stara się nadążyć za rozwojem gospodarczym Europy Zachodniej. Mimo to, że od wielu lat mamy dobrą sytuację gospodarczą i niskie bezrobocie, wciąż pracujemy bardzo intensywnie. Jednak zaczynamy zastanawiać się, czy nadal jest konieczne takie podejście do pracy. Myślę, że to pytanie pojawia się w szczególności w kontekście cyfrowej rewolucji. Nowe technologie pokazują, że tę samą pracę można wykonać szybciej niż jeszcze kilka lat temu. Być może jest to właściwy moment na skrócenie godzin pracy. Czy jesteśmy gotowi, tak naprawdę będziemy wiedzieli za rok – ocenia ekspertka.

Kotłowska jako plus programu pilotażowego polskiego rządu ocenia to, że nie ma w nim odgórnie narzuconej jednej metody skracania czasu pracy. - Hasłowo mówimy o czterodniowym tygodniu pracy, ale tak naprawdę nie chodzi wyłącznie o wolne piątki. W swoich publikacjach opisuję kilkanaście metod skracania czasu pracy, które były testowane w kilkudziesięciu krajach na świecie. Takie projekty trwają od kilkunastu lat. Niektóre firmy wybierają wolny piątek. Inne są za modelem, gdzie pracujemy 5 dni w tygodniu, ale nie osiem godzin, tylko siedem. Kolejne spółki zastanawiają się nad tak zwanym skompresowanym tygodniem pracy, gdzie możemy pracować 4 dni w tygodniu po 10 godzin. Takie rozwiązanie jest już wprowadzone legislacyjnie w Belgii i Niemczech, i w tej chwili też jest przedmiotem dyskusji – tłumaczy.

Dlaczego jest tak dużo metod? - Muszą być dostosowane do różnych sektorów. Inne wymagania będą w hotelu, otwartym przez całą dobę. Jeszcze inne - w sklepie gastronomicznym czy spółce IT. Odrębne wymagania są w sektorze gospodarki opartym na wiedzy, gdzie podstawę stanowi praca umysłowa i tryb zadaniowy. Inna sytuacja jest w branżach, gdzie ważne są godziny robocze. Jest wiele zawodów, gdzie musimy pracownika za nie rozliczyć. Wtedy skracanie czasu jest najbardziej problematyczne – dodaje analityczka.

Celem projektu pilotażowego również jest to, żeby przetestować, jakie metody zostały wybrane przez poszczególne firmy należące do różnych sektorów. Podobne badanie zostało przeprowadzone w 2020 r. w Wielkiej Brytanii przez Cambridge University i Boston College. - Cechą wzorcową tego pilotażu było to, że firmy same wypracowują metodę skracania czasu, która jest najlepsza, najbardziej efektywna i dostosowana do indywidualnych potrzeb firmy – przypomina rozmówczyni.

- Na zmianę czasu pracy możemy patrzeć, z jednej strony, z punktu widzenia systemowego, politycznego, kiedy zastanawiamy się, czy ważniejsze są interesy pracowników i bardziej socjalistyczne podejście do rynku pracy, czy stosujemy ideologię liberalną, gdzie jednak mówimy o pracodawcach. Ich potrzeby są bardzo istotne, ponieważ na koniec dnia to właśnie oni kreują nowe miejsca pracy. Wiemy, że interesy pracowników i pracodawców zawsze będą sprzeczne, bo pracownik zawsze będzie chciał pracować krócej, a pracodawca - żeby pracownik pracował dłużej za mniejszą stawkę. Jeżeli skupimy się wyłącznie na dyskusjach ideologicznych, ominie nas bardzo ważny obszar, związany z zarządzaniem i efektywnością. Dotychczasowe badania pilotażowe w różnych krajach pokazują, że przez zastosowanie innych metod zarządzania możemy zredukować straty zasobów i czasu – dodaje Kotłowska.

Ekspertka podkreśla, że często pracownicy czują się sfrustrowani, ponieważ wymaga się od nich, by siedzieli przez osiem godzin dziennie w biurze, gdy właściwie całą swoją pracę wykonają w sześć godzin. - Chcieliby pójść już do domu i, na przykład, odebrać dziecko ze szkoły. Właśnie pracujący rodzice najczęściej zgłaszają potrzebę skracania czasu pracy. Należy uwzględnić te preferencje. W przypadku wprowadzenia bardziej efektywnego systemu zarządzania może się okazać, że firma potrafi mieć taką samą zyskowność, gdy jednocześnie czas pracy jest bardziej elastyczny, sprawia, że pracownik się nie wypala i działa efektywnie – mówi.

- Przykładowo firmy, które wprowadzają skrócony czas pracy zaczynają chociażby od policzenia, ile zebrań i spotkań jest tak naprawdę potrzebna. W niektórych z nich nawet kilka godzin w tygodniu traci się na spotkania i zebrania, gdy przy pomocy technologii cyfrowej możemy przekazywać informacje na różnego rodzaju portalach, intranetach, czy w ogóle tworzyć coś takiego jak digital workplace, czyli środowisko pracy oparte na danych. W taki sposób można zaoszczędzić nawet pięć godzin w tygodniu – podaje przykład naukowczyni.

Pomysł skrócenia tygodnia pracy jest nieraz krytykowany przez pracodawców. - Czują się zagrożeni przede wszystkim interwencjonistyczną, odgórną i jednolitą regulacją prawną. Gdyby weszło w życie rozwiązanie, że wszyscy tak samo muszą skrócić czas pracy, stanowiłoby ono poważne zagrożenie dla części firm. Dlatego też mimo testów dzisiaj Francja jest jedynym krajem europejskim, która zdecydowała się na odgórny i jednolity zapis, że skracamy czas pracy do 35 godzin. Jednak w wielu krajach, w których już dziś pracuje się krócej, czyli 33-34 godziny w tygodniu, w takich jak Niemcy, Holandia czy Belgia, nie wprowadzano odgórnych ograniczeń. Rynek pracy uregulował się sam – przypomina Kotłowska.

- W takim wypadku sam pracodawca zastanawia się, jak może zwiększyć produktywność przy pomocy technologii cyfrowych i jednocześnie podnieść poziom elastyczności oferty. W Holandii, Niemczech i Belgii jest więcej ofert na 0,5, 1,4 czy 3,4 etatu. W Polsce, a także w innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej, niestety, mamy takie przyzwyczajenie, że praca „na poważnie” jest na cały etat. W związku z tym mamy bardzo mało ofert cząstkowych. Oczywiście, może być to wyzwanie dla pracodawcy - być może jest to wygodniejsze, żeby zatrudniać jedną osobę na cały etat niż dwie osoby na 0,5 etatu, ale takie podejście stanowi wyłącznie dostosowanie się do trendów rynku. Są osoby, które mogą pracować na 0,5 etatu, ale całość jest już trudna do pogodzenia, na przykład, matki samotnie wychowujące dziecko lub będące po urlopie macierzyńskim – ocenia ekspertka.

Drugim elementem stanowiącym wyzwanie na rynku pracy jest poziom cyfryzacji. - W krajach, w których dzisiaj pracuje się krócej, jest odnotowywany o wiele wyższy poziom cyfryzacji niż w Polsce. Efektywne wykorzystywanie technologii, digitalizacja firm pozwala zaoszczędzić czas. Są spółki mniej pracochłonne, oparte na wiedzy, rozliczające się w oparciu o zadania, a nie godziny robocze, które łatwiej sobie poradzą z obowiązkową regulacją skrócenia czasu pracy. Natomiast w spółkach, gdzie osoby pracują fizycznie – muszą te godziny wystać, wyrobić, wyjeździć - skrócenie czasu pracy może oznaczać zwiększenie jej kosztów. Aby utrzymać ten sam poziom produktywności, może być konieczne zatrudnienie nowych pracowników – uważa Kotłowska.

Obawy pracodawców w związku z projektem skróconego tygodnia pracy, według rozmówczyni, są uzasadnione. - Dlatego właśnie jest on bardzo delikatny i skomplikowany. Aby doszedł do skutku, należy uwzględnić interesy pracodawców, bo to właśnie oni kreują nowe miejsca pracy i nikt z nie będzie zadowolony z tego, że koszty się podniosły. Z drugiej strony, mamy pracowników. Pracowaliby bardziej efektywnie, gdyby nie mieli tak wielu nadgodzin. Wiele osób jest przepracowanych, a przez to mniej produktywnych. Z powodu zmęczenia popełniają więcej błędów, co wpływa na obniżenie jakości usług. Istotą projektu jest także to, żeby uwzględnić zarówno argumenty pracodawców, jak i pracowników, a zarazem znaleźć takie rozwiązanie, które jest dostosowane do indywidualnych potrzeb każdego sektora. Nie ma rozwiązania, które dla wszystkich byłoby jednakowo korzystne – zaznacza Alicja Kotłowska z Uniwersytetu SWPS.

Z kolei ekonomista, dr hab. Marek Leszczyński, prof. Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach, ocenia propozycję polskiego resortu pracy bardziej krytycznie, choć jego zdaniem, „jest to projekt warty uwagi”. - Oceniam go umiarkowanie pozytywnie. Diabeł tkwi w szczegółach. Struktura polskiej gospodarki w tej chwili wygląda w ten sposób, że w ponad 90 proc. przypadków mamy do czynienia z małymi i średnimi przedsiębiorstwami. Dużych firm i korporacji jest stosunkowo niewiele. Małym i średnim firmom, działającym w sferze usług czy handlu, gdzie jest obowiązkowy kontakt bezpośredni z klientem, będzie trudniej wejść w tryb czterodniowego trybu pracy. Wymagałoby to zatrudnienia dodatkowych pracowników, żeby zniwelować braki – uważa.

Ekonomista zauważa, że podobne firmy już dzisiaj borykają się z potężnymi problemami finansowymi. - Nie mają tzw. poduszek finansowych - zasobów kapitałowych i rezerw, które pozwoliłyby na pewną swobodę działania. Jest spory opór wynikający właśnie z obaw, że zmiany zwiększą koszty funkcjonowania małych i średnich firm, które i tak borykają się z licznymi problemami na skutek pandemii i wojny w Ukrainie. Dotyczy to również szeregu czynników, związanych chociażby z cenami energii i kosztami funkcjonowania tych podmiotów – podkreśla prof. Leszczyński.

Rozmówca LRT.lt uważa, że wdrożenie takiego trybu w skali całej gospodarki będzie „bardzo problematyczne” i zapewne zostanie odroczone w czasie o co najmniej kilka lat. - Natomiast może zostać punktowo wprowadzone, na przykład, w administracji publicznej, gdzie działają usługi e-administracji. Zmiany mogą zadziałać również w niektórych obszarach usług komercyjnych i publicznych - tam, gdzie nie ma wymogu bezpośredniego przebywania w biurze przez te pięć dni w tygodniu. Natomiast w skali całej gospodarki, biorąc pod uwagę jej strukturę i realia, uważam, że jest to mało realne – sądzi ekonomista.

Krótszy tydzień pracy w kampanii wyborczej z 2023 r., podczas głosowania do Sejmu i Senatu, zapowiadały dwie partie – Koalicja Obywatelska oraz Lewica. Czy oznacza to, że projekt jest wyłącznie próbą spełnienia obietnicy wyborczej? - Myślę, że jest to również istotny motyw działania ministerstwa. Czynnik polityczny jest niebagatelny. Może to też być ukłon w stronę wyborców, zwłaszcza partii lewicowych, ponieważ Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej jest kierowane przez polityków Lewicy – uważa prof. Leszczyński.

Rozmówca jest zdania, że z punktu widzenia efektywności ekonomicznej, lepiej jest skrócić czas pracy o godzinę dziennie niż rezygnować z całego dnia pracy. - Badania wskazują, że wydajność jest najlepsza w określonych godzinach dnia, a po ich przekroczeniu efektywność pracownika spada. Niby fizycznie spędza dużo godzin w pracy, ale poziom wypełnienia zadań nie jest wysoki – podkreśla.

Zdaniem ekonomisty, krótszy okres pracy wpłynąłby również na gorszą dostępność jej zasobów. - Wynika ona z czynnika demograficznego, chyba, że uwzględnimy tutaj kwestię migracji. Już dzisiaj na polskim rynku pracy odnotowujemy więcej pracowników z zagranicy, którzy poszukują zatrudnienia. Nie mam na myśli wyłącznie Ukraińców, ale również osoby z dalszych rejonów świata: Bengalczyków, Hindusów, Kolumbijczyków. Nasz rynek pracy, nawet przy relatywnie niskich stawkach, jest dla nich atrakcyjny. Tymczasem stanowiska pracy obejmowane przez obcokrajowców dla nas już przestały być atrakcyjne. Po prostu dostają niższe stawki. Wbrew temu, co czasami gdzieś słyszymy, że zabierają nam pracę, to jest nieprawda. Bardzo trudno jest znaleźć pracowników do produkcji w przetwórstwie. Natomiast jest to atrakcyjna oferta dla Kolumbijczyków – wyjaśnia rozmówca.

- Mimo wszystko wciąż się znajdujemy na niskim poziomie innowacyjności gospodarki. Czynnik konkurencyjności był istotny w kraju w oparciu właśnie o niskie koszty pracy, ale to się już kończy. Ten model rozwoju się już wyczerpał. Demografia zmobilizuje nas do tego, żeby jednak oprzeć dalszy rozwój i pokonać pułapkę średniego dochodu poprzez zwiększenie nakładów na technologię i wykorzystanie kapitału – uważa prof. Leszczyński.

Zdaniem ekonomisty, ze strony władz brakuje działań dotyczących rozszerzenia konkurencyjności. - Są one często nieco pozorowane. Brakuje zachęt przedsiębiorstw odpowiednimi instrumentami finansowymi do tego, żeby stosowały technologie kapitałochłonne. Małe i średnie firmy mają poważne problemy w pozyskaniu kapitału zewnętrznego. Nasz system bankowy jest bardzo asekurancki, jeżeli chodzi o kredytowanie polskich firm, które chciałyby wejść w kolejny etap rozwoju. Co prawda, trwa moda na start-upy, ale tylko części z nich udaje się zatrzymać na otwartym rynku – podsumowuje ekonomista Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach.

LRT has been certified according to the Journalism Trust Initiative Programme

Najnowsze, Najchętniej czytane