Sprawiedliwy i bohaterski czyn księdza Stanisława Piotrowicza „tchnął oddech życia” w gnębiony przez carskich satrapów lud zamieszkujący zachodnie rubieże byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego i stał się wzorcem czynnej obrony polskości pod zaborami.
O księdzu Piotrowiczu wiemy niewiele. Możliwe, że dziś już pamięć o nim zupełnie zanikła, gdyby nie tajemnicze epitafium na ścianie kościoła św. Rafała Archanioła na Śnipiszkach w Wilnie, na które przed laty między innymi zwróciła uwagę dr Agnieszka Szołucha z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie.
Epitafium na tablicy pamiątkowej znajdującej się w prawej nawie kościoła, obok ołtarza Chrystusa Śnipiskiego pod Krzyżem, brzmi: „Bohaterskiemu obrońcy kościoła i Ojczyzny w czasach niewoli ks. Stanisławowi Piotrowiczowi proboszczowi par. Św. Rafała za jego czyn 25 III 1870 r. Wolni rodacy”. 28 października 1928 r. epitafium wyświęcił Arcybiskup Metropolita Wileński Romuald Jałbrzykowski.
Ksiądz Stanisław Piotrowicz urodził się w ok. 1830 r., prawdopodobnie w Wilnie. Rodzina pieczętowała się herbem Leliwa, i posiadała majątek Ratkowce w powiecie dziśnieńskim. Szlacheckie gimnazjum i seminarium duchowne ukończył w Wilnie. Święcenia kapłańskie przyjął w 1855 r., w wieku 25 lat. Posługę wikarialną pełnił w Holszanach, Gieranonach i Kalwarii.

Wybuch powstania styczniowego 1863 r., zastał księdza podczas pracy duszpasterskiej w kościele św. Rafała Archanioła – był jednocześnie prefektem gimnazjum żeńskiego.
„Za niepoprawność polityczną”, w sierpniu 1863 r., został usunięty z prefektury i aresztowany przez carską policję. Po więzieniu przyjął ugodową postawę wobec rządów Murawiewa. Prawdopodobnie pod wpływem księdza Stefana Zwierowicza i siostry–zakonnicy odstąpił od rządowców.
Niewątpliwy wpływ na postawę księdza miał carski dekret z dnia 25 grudnia 1869 r., zezwalający na odprawianie nabożeństw pozaliturgicznych w języku rosyjskim.
W dniu 21 marca 1870 r., (na tablicy 25 III 1870), ksiądz Stanisław Piotrowicz rozdarł na ambonie rosyjski modlitewnik, spalił wyrwane kartki i nawoływał do obrony wiary i polskości.

Mroczny okres po Powstaniu
Dla zrozumienia doniosłości czynu księdza Stanisława Piotrowicza, niezbędne jest poznanie okoliczności, w jakich miał miejsce, wiedza o sytuacji, jaka panowała w zaborze rosyjskim po stłumieniu Powstania Styczniowego.
„Wiek płaczu, trwogi i udręki” – określeniem okresu historycznego na Litwie z początku XVIII wieku – trwającą ponad 20 lat Wielką Wojnę Północną, klęskę nieurodzaju i epidemię Wielkiej Dżumy, pasuje również do opisania nieszczęść, jakie spadły na kraj po tym, jak carat zaczął wcielać w życie politykę wielkoruskiego mocarstwowego szowinizmu. Synonimem tych działań stała się sylwetka generał-gubernatora Michaiła Murawjowa – bezwzględnego funkcjonariusza reżimu carskiego, któremu Polacy i Litwini nadali wymowny przydomek „Wieszatiel”.
Mianowany w maju 1863 r. generał-gubernatorem „Kraju Północno-Zachodniego” (Siewiero-Zapadnyj Kraj) Murawjow otrzymał nieograniczone pełnomocnictwa zarządzania guberniami wileńską, kowieńską, grodzieńską, witebską, mińską, mohylewską, a później i augustowską. Swoje rządy zaczął od krwawego stłumienia powstania. Kazał zgładzać uczestników zrywu patriotycznego, lekką ręką wydawał rozkazy palenia dworów i całych wsi podejrzanych o sprzyjanie powstańcom. Konfiskował majątki i tysiącami zsyłał na katorgę ich właścicieli. Równocześnie dążył do poróżnienia szlachty i inteligencji z chłopstwem, podobnie jak pół wieku później robili to bolszewicy. W odróżnieniu od działań tych ostatnich, wynikających z pobudek klasowych, Murawjow dążył do „odrodzenia prawosławnego charakteru Kraju Północno-Zachodniego” i powrotu ziem byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego do „ruskiego pnia”. Rozdawanie rosyjskim kolonizatorom majątków skonfiskowanych lokalnym mieszkańcom, zamykanie i przekształcanie w cerkwie kościołów i klasztorów katolickich, rusyfikacja szkolnictwa, wreszcie zakaz drukowania książek z użyciem alfabetu łacińskiego – wszystkie te działania służyły nadrzędnemu celowi ograniczenia bądź wyeliminowania Polaków, uważanych przez carskich satrapów za główne źródło problemów Rosji na jej ówczesnych zachodnich krańcach, z życia publicznego.

Rusyfikacja szkół, walka z Kościołem
Jako zaklęty wróg wszystkiego co polskie, Murawjow nie szczędził sił i środków w walce z polskością na wszystkich frontach, ale, prawdopodobnie realizując cele strategiczne, szczególną uwagę poświęcał kwestiom szkolnictwa i religii.
Zakrojona na szeroką skalę rusyfikacja szkół, poprzez całkowitą zmianę programu nauczania oraz wprowadzony urzędowy zakaz posługiwania się, w placówkach edukacyjnych językiem ojczystym, zaowocował pozostawieniem dzieciom wyznania rzymskokatolickiego jedynego przedmiotu „z dawnych czasów” – religii, Prawa Bożego. Co prawda, również w tym przypadku, poczynione przez władze ustępstwo, było kompensowane konsekwentnym zastępowaniem nauczycieli Polaków przyjezdnymi prawosławnymi Rosjanami. Z bibliotek masowo znikały książki w języku polskim i łacińskim, a w ich miejsce pojawiały się inne, drukowane po rosyjsku, co równie istotne, zawierające ideologicznie poprawne, prorosyjskie i proprawosławne treści.
Rosyjska Cerkiew Prawosławna ma bogate tradycje wiernego służenia władzy. Carat od wieków całkowicie podporządkował sobie hierarchów cerkiewnych i ci wiernie służyli kolejnym „carom-batiuszkom” z zapałem zwalczając wszystko to, co stało na przeszkodzie dominacji Rosji jako imperium. Siłą rzeczy, wrogiem numer jeden cerkiewników były nieprawosławne odłamy chrześcijaństwa, w szczególności – katolicyzm.
Również tereny zaboru rosyjskiego stały się polem zaciekłej walki o dusze i umysły wiernych. Zamykanie kościołów i przekształcanie je w cerkwie, likwidacja połowy z działających jeszcze klasztorów katolickich, a nawet sukcesywne niszczenie przydrożnych kapliczek – to tylko część szykan, jakie spotykały katolików i unitów ze strony rosyjskich najeźdźców. Kolejnym, logicznym krokiem, była rusyfikacja tego, czego nie dało się zlikwidować. Zamiarem Murawjowa i jego następców było skuteczne wyrugowanie języka polskiego z liturgii kościelnej, podobnie jak wcześniej uczynili to ze szkolnymi programami.

Ofiara księdza Piotrowicza
W diecezji mińskiej antykatolicka działalność Rosjan trafiła na podatny grunt. Małoduszność, korupcja, wreszcie – zwyczajny strach sprawiły, że kolejni księża katoliccy uginali się pod naciskiem władz. W wydanej w Krakowie, w roku 1894 książce pt. „Historya Polaka w niewoli”, autor Mieczysław Offmański pisał (pisownia oryginalna): „Rząd co do języka rosyjskiego ośmielony próbami w dyecezyi Mińskiej, dzięki takim księżom, jak Sęczykowski, sądził, że formalnie przeprowadzi swe zamiary w Wilnie i dyecezyi Wileńskiej. […] Dnia 25 marca 1870 według carskiego stylu, czyli 6 kwietnia według kalendarza, w dzień Zwiastowania N.P. w Wilnie, w kościele Śtego Rafała, ksiądz dziekan wileński Stanisław Piotrowicz spełnił dzieło odkupienia […] 25 marca miał rozkaz wystąpienia w kościele z propagandą carskiej religji i powagą swego stanowiska nakazania innym kapłanom uczynienia tegoż. Ks. Administrator dyecezyi Wileńskiej i Mińskiej Żyliński, kanonicy Herburt, Niemeksza i Tupalski, przyjęli już uprzednio potajemnie carską wiarę i wydali ten rozkaz ks. Piotrowiczowi”.
Widząc ugodowość zwierzchników wobec władz, ks. Piotrowicz zdecydowanie zaprotestował i próbował apelować do ich sumienia i godności, ale „widząc, że opór na nic nie posłuży, bo łatwo mogą znaleźć człowieka podłego lub małodusznego, co za pieniądze, honory lub z bojaźni to uczyni, postanowił to co mu nakazywał obowiązek. Rozpisał więc okólnik do wszystkich księży swojego dziekanatu, w którym wykazuje to, co Moskale chcą zrobić, prześladowania ciągłe, coraz się zwiększające tego, co człowiekowi jest najdroższem, to jest wiary”.
Wspomniany okólnik – otwarte przeciwstawienie się nakazom władz państwowych i lokalnych – kościelnych, był wręcz gwarancją uzyskania wyroku skazującego i zsyłki na katorgę. Ksiądz Piotrowicz dobrze zdawał sobie z tego sprawę, ale na napisaniu odezwy do braci-kapłanów na tym nie poprzestał. Zdecydował się na kolejny, zdecydowanie bardziej ryzykowny krok, który groził mu najwyższym wyrokiem – skazaniem na śmierć.

Mieczysław Offmański opisuje to tak: „Spalił cyrkularz dany mu przez odstępców prałatów i pozostawiwszy jeden tylko egzemplarz, z tym i z zapaloną świecą weszedł na ambonę. Objaśniwszy ludowi licznie zgromadzonemu, jakie mu grozi niebezpieczeństwo […] spalił cyrkularz carski i w imieniu Ojca świętego rzucił klątwę na wymienionych wyżej odstępców, jako i na wszystkich, którzy przedtem lub potem dadzą się przekupić lub nie potrafią wytrwać w wierze”.
Czyn księdza Piotrowicza „wzbudził niezwykły zapał w ludzi, który wybuchł wielkiem płaczem i upadłszy na kolana, zanosił gorące modły do Pana nad męczarń jakie znosić musi”. Mimo tego, że wieści o postępku księdza z kościoła pw. świętego Rafała Archanioła lotem błyskawicy dotarły do władz, te nie zdecydowały się na niezwłoczne aresztowanie niesfornego kapłana. Wierni zdawali sobie sprawę z tego, że ostatecznie Rosjanie nie popuszczą i aresztowanie ks. Piotrowicza jest tylko kwestią czasu. Toteż po Mszy św. „lud tłumnie podążył za księdzem Stanisławem, odprowadzając go do mieszkania” po czym „otoczył mieszkanie ks. Stanisława, nie w chęci bronienia go, bo jest sam bezbronny, ale by z nim zginąć”.
Dalsze wydarzenia potwierdziły obawy licznie zgromadzonych ludzi: nadbiegło wojsko, którego cały batalion wysłano dla uwięzienia bezbronnego człowieka, musiało ono zabijać ludzi, aby dostać się do mieszkania księdza i ze sześćdziesiąt osób, jak podają dzienniki, zostało zabitych i pokaleczonych. Powlekli ks. Stanisława do więzienia.

Ks. Stanisław Piotrowicz został postawiony przed obliczem sądu wojskowego, który, co należy potraktować jako ewenement, wydał na niego od razu nawet dwa wyroki śmierci – przez rozstrzelanie i powieszenie.
Po ochłonięciu i zapewne dokonaniu chłodnej kalkulacji, carscy urzędnicy nie zdecydowali się na stracenie ks. Stanisława Piotrowicza i uczynienie z niego męczennika. Wyrok śmierci został zamieniony na długoletnie zesłanie. Obrano sposób rozprawy z niewygodnym księdzem mniej radykalny, ale równie, a może wręcz bardziej efektywny, bo ciało zabijający stopniowo, ale pamięć o człowieku tak „ułaskawionym” zabijając, o wiele szybciej i skuteczniej.
Najlepszym dowodem na to jest obecny, nikły stan wiedzy o księdzu Piotrowiczu, tych za kogo poświęcił swe życie, mocno kontrastujący z oceną księdza przez współczesnych, ciągle jeszcze wówczas żyjących pod jarzmem zaborów. Offmański pisze: „Gdy wieść o postępku ks. Piotrowicza doszła do Petersburga, do cara, zatrwożyła go ogromnie, uląkł się jednego męczennika, jednej ofiary – bo taka ofiara tak wielka jakiej już dawne wieki nie widziały – i kazał Piotrowicza wywieźć żywego z Wilna do Archangielska, gdzie go zamorduje, jeżeli tego nie uczyni w drodze. Jemu się zdawało, że w ten sposób zapobieży skutkom ofiary.

Nie ulega wątpliwości, że decydując się na swój czyn, ks. Piotrowicz wiedział, że skazuje siebie na „stos ofiarny”. Siedem lat wcześniej, za samo odczytanie proklamacji powstańczej z ambony, na pobliskim Placu Łukiskim został rozstrzelany inny ksiądz, były wikariusz kościoła św. Rafała Archanioła Rajmund Ziemacki; kilka dni wcześniej tamże stracono ks. Stanisława Iszorę.
Księdza Stanisława Piotrowicza ostatecznie zesłano na długie 24 lata na Sybir. Na Litwę już nigdy nie wrócił. Po latach katorgi udało mu się ostatnie cztery lata życia spędzić w Galicji, w „łagodniejszym” od rosyjskiego zaborze austriackim. Zmarł w miejscowości Ryglice pod Tarnowem, w dniu 30 sierpnia 1897 r.
Dokonując renowacji tablicy pamiątkowej, oczyszczając ją z kolejnych warstw prawie wiekowego kurzu, symbolicznie wydzierając nadgryzionemu zębem czasu kamieniowi jego pierwotne piękno, pojawił się, na razie słaby, promyk nadziei, że epitafium to przestanie być „tajemnicze” i to, że za kolejne sto lat przyszłe pokolenia, Wolni Rodacy, będą z wdzięcznością wspominali jednego z nas, który za naszą wolność i wiarę kiedyś oddał swe życie.









