Migracja, która sięga czasów Giedymina, sprawiła, że Wilno pozostaje wciąż miastem wieloetnicznym, otwartym na różne kultury i doświadczenia. A kim jest prawdziwy wilnianin? Ilu trzeba pokoleń, żeby nazywać siebie wilnianinem? Na te i inne pytania próbowano odpowiedzieć podczas dyskusji wokół książki autorstwa dr. Vitaliji Stravinskienė „Migrujące Wilno: 1915-1994” (lit. „Migruojantis Vilnius: 1915–1994 metai“), która odbyła się w ramach Wileńskich Targów Książki.
Książka historyczki dr. Vitaliji Stravinskienė z Instytutu Historii Litwy obejmuje okres osiemdziesięciu lat z życia Wilna i jego mieszkańców. Na losy wilnian w mniejszym lub większym stopniu, jak podkreśliła naukowczyni, wpływała emigracja.
- XX wiek był dla wilnian bardzo dramatyczny. Ludzie wbrew własnej woli musieli opuścić miasto. XX wiek to wiek migracji mieszczan i można go tak śmiało określić – zaznaczyła Stravinskienė.

Przypomniała o masowej ewakuacji mieszkańców Wilna na początku I wojny światowej (1915 r.), reemigrację w pierwszych latach II wojny światowej oraz w pierwszych latach odzyskanej przez Litwę niepodległości.
Naukowczyni podkreśliła, że proces migracji w Wilnie rozpoczął książę Giedymin. – Zaprosił do miasta duchownych, kupców, rzemieślników i to właśnie od niego zaczęła się historia migracji Wilna – zaznaczyła.
Historyk Virginijus Savukynas, który moderował dyskusję, przypomniał o okresie II wojny światowej i exodusie Żydów, a następnie wywózkach Polaków. – Dzisiaj znalezienie mieszkańca Wilna, którego korzenie sięgają kilku pokoleń jest naprawdę trudne. Kim w zasadzie jest prawdziwy wilnianin? Ilu potrzeba pokoleń, żeby zostać wilnianinem? – pytał.
W dyskusji wziął udział były szef Służby Badań Przestępstw Finansowych (FNTT) generał Antoni Mikulski, który jest wilnianinem w czwartym pokoleniu.
- Tak, jestem prawdziwym wilnianinem i można mnie dotknąć – zażartował.

- Cała nasza rodzina spoczywa na Cmentarzu na Rossie – i pradziadowie, i dziadkowie. Jesteś stamtąd, gdzie są groby twoich przodków – zaznaczył Mikulski.
Wspominając historię swojej rodziny Mikulski powiedział, że cechą wilnian był brak pośpiechu. – Wilnianie nigdy się nie spieszyli. I narodowość nie miała tu żadnego znaczenia. Tak też było w mojej rodzinie. Jest problem – pomyślimy, a wieczorem podejmiemy decyzję – opowiadał.
Historyk Artūras Svarauskas, który również brał udział w dyskusji zauważył, że w momencie, kiedy tworzyło się państwo litewskie, Wilno było marzeniem wszystkich Litwinów.
- Wilno dla Litwinów było czymś odległym. I ci ludzie, którzy zaczęli tworzyć niepodległe państwo litewskie w latach 90-tych widzieli je jedynie na pocztówkach i obrazkach – zaznaczył.
Wskazał, że w pewnym momencie Wilnem zarządzano z Kowna. – Co ciekawe, kiedy w końcu była możliwość pojechania do Wilna i zamieszkania tam, nikt z Kowna nie chciał tu jechać. I tak na dobrą sprawę Wilno dla mieszkańca Kowna było obce ze względu na wielokulturowość, np. nazwy ulic czy sklepów, które były w wielu językach – tłumaczył naukowiec.

W swojej książce Stravinskienė pisze, że Litwini nie ściągali masowo do Wilna ze względu na panującą w mieście biedę. Warunki do życia były bardzo trudne. Sowieci do odbudowy litewskiej stolicy zaczęli ściągać Białorusinów czy Rosjan.
Podczas dyskusji autorka książki podkreśliła, że praca nad publikacją była emocjonalnie trudna ze względu na tragedie ludzi po II wojnie światowej. – W książce chciałam dostrzec zwykłego wilnianina, dziecko czy osobę bezdomną, którzy umierali z głodu i to właśnie otworzyło mnie na inne Wilno – powiedziała Stravinskienė.
Podkreśliła, że przed II wojną światową w Wilnie był swoisty narodowościowy kocioł, następnie liczba narodowości zaczęła się zmniejszać.
Savukynas przypomniał, że podczas II wojny światowej wymordowano do 90 proc. ludności żydowskiej, a w latach 1944-45 Wilno i Litwę opuściło ok. 60 proc. Polaków.

Mikulski powiedział, że większość jego rodziny również opuściła w latach 50-tych Wilno. Wcześniej jego dziadkowie, tak jak większość mieszkańców, byli wywiezieni na Syberię. – Rodzice mieli pomysł, żeby wyjechać z Wilna. Załatwili niezbędne papiery, ale dojechali na dworzec i wrócili. Postanowili zostać. Nie mogli wyjechać. Po prostu. Większość naszej rodziny wyemigrowała ze względu na represje. Został tylko brat ojca. Rosja wolała mieć tu swoich ludzi, a nie inteligencję – opowiadał Mikulski.
Podczas dyskusji poruszono kwestię stosunków polsko-litewskich. – Moją chrzestną matką była Litwinka. Relacje układy się bardzo dobrze, pomimo tego, że mój ojciec był wcześniej w Armii Krajowej. Ta cała nagonka była po prostu częścią propagandy – zauważył wilnianin.
Stravinskienė zapytana przez LRT.lt o dzisiejsze realia, czyli dominację języka rosyjskiego w Wilnie oraz niechęć mieszkańców do niego wskazała, że dostrzega wiele podobieństw z ubiegłego wieku. – Wówczas język rosyjskich również dominował, historia się powtarza. Rozumiem te obawy, ale tak jak wtedy, dzisiaj też potrzeba czasu, który rozwiąże problemy. Przybysze zdają sobie sprawę, dokąd przyjechali i próbują zaczynać życie od nowa. Wcześniej było jednak inaczej – przyjechali tu nie z własnej woli, byli przysłani. Dzisiaj są wdzięczni, szczególnie Ukraińcy. Lęk przed językiem rosyjskim jest na wyrost. Ci ludzie chcą się integrować i zapewnić sobie stabilne życie – powiedziała naukowczyni.






