Polscy przewoźnicy od początku listopada protestują na granicy z Ukrainą. Ich blokada utrudnia ukraińskim TIR-om wyjazd z Polski. Przewoźnicy w ten sposób wyrażają brak zgody na konkurowanie z ukraińskimi firmami, oferującymi niższe stawki. O sprawie mówi się coraz głośniej w całej Unii Europejskiej.
Genezę protestów wyjaśnia Sonia Sobczyk-Grygiel, starsza analityczka ds. gospodarczych w Polityka Insight. Portalowi LRT.lt przypomina, że w czerwcu 2022 r. w reakcji na wojnę w Ukrainie Unia Europejska zawarła z Kijowem porozumienie, na mocy którego zniesiono obowiązujący do tej pory system zezwoleń dla ukraińskich przewoźników wjeżdżających do Unii. Rok później umowę przedłużono na kolejny rok. Sobczyk-Grygiel dodaje, że w efekcie wpuszczono na unijny rynek ukraińskich przewoźników, których nie obciążają wymagania – np. unijny pakiet mobilności - jakie muszą spełniać przewoźnicy europejscy, co podnosi im koszty prowadzenia działalności. Dotyczy to m.in. kosztu zatrudnienia kierowców, ich czasu pracy etc.
- Analogiczna sytuacja miała miejsce w przypadku zboża, z którym były problemy w ostatnim czasie. Trwający protest na granicy nie jest pierwszym zorganizowanym przez przewoźników. Na przestrzeni ostatniego roku przeprowadzono kilka podobnych akcji. Ten strajk jednak jest najbardziej spektakularny. Odbił się szerokim echem w wielu krajach i ma bardzo poważne konsekwencje. Szkodzi Ukrainie, ale też gospodarce polskiej i innych krajów UE - ocenia ekspertka.
- W pewnym sensie możemy mówić o nierównej konkurencji. Jest to problem przede wszystkim dla przewoźników, którzy pochodzą z województw podkarpackiego i lubelskiego, czyli tych graniczących z Ukrainą. Ci przewoźnicy najczęściej pracowali na Wschodzie, więc dla nich konkurencja ze strony ukraińskiej jest największa. Deklarują, że wiele firm przewozowych jest w trudnej sytuacji finansowej, wręcz znajduje się na skraju bankructwa. Do tego wszystkiego dochodzi ogólna słaba koniunktura panująca obecnie w Europie, co skutkuje mniejszą liczbą zamówień dla polskich przewoźników, oferujących swoje usługi na Zachodzie. To wszystko przelało czarę goryczy i doprowadziło do obecnego strajku - ubolewa rozmówczyni.

Polski rząd, zarówno przed czerwcem 2022 r., jak i wiosną br. zgodził się na wprowadzenie ułatwień dla Ukraińców. - Mamy zatem bardzo podobną sytuację do tej ze zbożem. Wtedy rząd RP wręcz zainicjował otwarcie unijnych rynków, a później powstały z tego poważne problemy. Rząd kierowany przez Prawo i Sprawiedliwość (PiS) nie potrafił przewidzieć, jakie skutki te decyzje będą miały dla polskiego biznesu - twierdzi.
- Błędy poprzedniego rządu są wyzwaniem, z którym musi się zmierzyć nowa ekipa. Prawdopodobnie w najbliższy wtorek zapadnie decyzja w sprawie powołania rządu Donalda Tuska. Rozwiązanie tego problemu spadnie zatem na barki nowego ministra infrastruktury, którym ma być przedstawiciel Polskiego Stronnictwa Ludowego Dariusz Klimczak - zauważa Sobczyk-Grygiel.
Podczas strajku pojawiały się informacje na temat śmierci kierowców TIR-ów na granicy polsko-ukraińskiej. 11 listopada w ciężarówce na parkingu w Chełmie zmarł ukraiński kierowca. Czekał na przekroczenie granicy w Dorohusku. 23 listopada w ukraińskich mediach opublikowano doniesienia o znalezieniu ciała 54-letniego mężczyzny na parkingu w Korczowej, w kabinie ukraińskiej ciężarówki. Taką informację przekazał wiceszef ukraińskiego Stowarzyszenia Przewoźników Międzynarodowych Wołodymyr Balin. Tego samego dnia po południu podkarpacka policja zdementowała doniesienia, że zgon jest związany z protestem. – Każda śmierć jest oczywiście dramatem, do którego nie powinno dojść. Według polskiej policji doniesienia o śmierci kierowcy oczekującego w kolejce na granicy w Korczowej są jednak nieprawdziwe. Zwłoki 56-letniego obywatela Ukrainy znaleziono na terenie powiatu łańcuckiego w miejscowości Kosina oddalonej o 70 km od granicy. Śmierć kierowcy, zdaniem policji, nie ma związku z trwającym protestem - dodaje Sobczyk-Grygiel.

Ekspertka Polityki Insight wyjaśnia, że aktualnie na przejściu w Dorohusku kolejka TIR-ów ciągnie się na około 20 km, wcześniej było to ok. 29 km, co oznacza, że stało tam około 1 200 samochodów. - Kierowcy mieli około dwa tygodnie czekania na przekroczenie granicy. Organizatorzy protestu zapewniają, że transporty humanitarne czy wojskowe są przepuszczane bez kolejki. W mediach pojawiają się jednak doniesienia o problemach takich transportów z przekraczaniem granicy - dodaje.
Na początku tygodnia wicepremier ds. odbudowy Ukrainy, minister rozwoju społeczności, terytoriów i infrastruktury Ołeksandr Kubrakow ogłosił decyzję o otwarciu jednego z przejść - Uhrynów-Dołhobyczów - dla pustych ciężarówek. Sobczyk-Grygiel nazywa posunięcie swojego rodzaju światełkiem w tunelu. Jak dodaje, pojawiają się informacje o możliwości udostępnienia dla pustych ciężarówek jeszcze jednego przejścia granicznego, co oznaczałoby wyjście naprzeciw postulatom protestujących.
- Wyjściem z tej całej trudnej sytuacji jest kompromis, co oznacza, że każda strona, w tym ukraińska, powinna pójść na ustępstwa. Polscy przewoźnicy skarżą się m.in. na to, że Ukraina w ostatnich miesiącach utrudniła funkcjonowanie polskiej branży logistycznej na własnym terytorium. Wprowadziła tzw. e-Czergę, czyli elektroniczną kolejkę, w której musiały stać również puste TIR-y wracające z Ukrainy. Trzeba było czekać według przedstawicieli polskiego rządu 12-14 dni, a – według przedstawicieli branży przewozowej – nawet 20 dni, by ją przekroczyć i wrócić do Polski, co bardzo podnosi koszty działania branży - tłumaczy rozmówczyni LRT.lt.

Starsza analityczka ds. gospodarczych przewiduje, że nowy polski rząd doprowadzi do osiągnięcia kompromisu.
- Skutki protestu są bardzo szkodliwe. Chodzi tu nie tylko o gospodarkę, ale też o perspektywę relacji polsko-ukraińskich. Atmosfera wzajemnej niechęci, która ujawniła się już wcześniej podczas sporu o zboże, tylko się nasila. Każdy odpowiedzialny polityk powinien mieć świadomość, że w przyszłości może być tylko gorzej, jeżeli problem nie zostanie zażegnany. Warto zaznaczyć, że protestujący nie reprezentują całego środowiska transportowego, to jest mniejszość, ale bardzo zdeterminowana. UE oczekuje, że Polska udrożni granice, ale, by to zrobić, polskie władze muszą przekonać protestujących do zakończenia strajku - podsumowuje starsza analityczka ds. gospodarczych Polityki Insight Sonia Sobczyk-Grygiel.
LRT.lt przypomina, że polscy przewoźnicy rozpoczęli blokadę na granicy z Ukrainą 6 listopada, w pobliżu trzech przejść granicznych. W połowie listopada rzeczniczka chełmskiej policji Ewa Czyż potwierdziła, że kolejka ciężarówek czekających na przejściu granicznym w Dorohusku kończy się we wsi Stołpie, która się znajduje w odległości około 23 km od Dorohuska. Rzeczniczka dodała, średni czas oczekiwania miał wynieść około 335 godzin.
Kijów wskazał, że konsekwencje protestu polskich kierowców ciężarówek będą katastrofalne, dodając, że ukraińscy kierowcy utknęli na granicy w strasznej sytuacji. Wielu kierowców utknęło w swoich pojazdach w ujemnych temperaturach i z niewielkimi zapasami żywności. Z kolei Warszawa oświadczyła, że zwiększy kontrole ukraińskich ciężarówek poruszających się po drogach prowadzących do granicy, aby uspokoić protestujących przewoźników.






