Naujienų srautas

Wiadomości2023.10.03 08:48

Laureat tegorocznej Nagrody św. Hieronima Kamil Pecela: tłumacz jest współautorem dzieła literackiego

Ewelina Knutowicz, LRT.lt 2023.10.03 08:48

Co roku 30 września obchodzone jest ważne święto dla środowiska kulturalnego – Międzynarodowy Dzień Tłumaczy. Z tej okazji litewskie Ministerstwo Kultury tradycyjnie wręczyło Nagrody św. Hieronima za przekłady literatury pięknej i humanistycznej. W tym roku jednym z laureatów jest dr Kamil Pecela - znany polski tłumacz literatury litewskiej, z którym rozmawia LRT.lt. 

Kilka lat temu został Pan wyróżniony dyplomem honorowym Nagrody św. Hieronima. Tym razem jest Pan jednym z laureatów. Czy emocje się różnią?

Na pewno ranga nagrody jest nieco inna. Dyplom honorowy i Nagroda św. Hieronima to dwie różne rzeczy. Rzeczywiście, czuję się inaczej. Na pewno się cieszę i nie jest tak, że z dyplomu honorowego radowałem się mniej. Każdy dowód wdzięczności i uznania, który tłumacz otrzymuje, budzi radość i zadowolenie. Wtedy czuję, że praca, którą wykonuję z dużym wysiłkiem, jest doceniana, zauważana i ktoś jej potrzebuje.

Nagroda św. Hieronima jest przyznawana przez grono specjalistów, więc cieszy mnie jeszcze bardziej. Jest to dowód, że moje własne osiągnięcia są istotne, a nie tylko to, że tekst, który przełożyłem, jest ciekawy lub wzruszający. Wtedy moje rzemiosło, a nie autora zostaje doceniane. Nagroda św. Hieronima jest w pewnym sensie przepustką do grona zasłużonych ludzi. Uznaję to za duży komplement oraz czuję się zobowiązany i wdzięczny. Zasiadam w ważnym gronie.

Porozmawiajmy zatem o tłumaczeniach. Niedawno Pan przełożył kolejny tom powieści Kristiny Sabaliauskaitė „Silva rerum“. W jednym z wywiadów przyznała, że jest bardzo zadowolona z tego przekładu, bo podoba jej się „ledwo odczuwalny męski tembr tłumaczenia“. Czy mówiła o tym Panu?

Tak, znam tę opinię. Każdy mężczyzna się będzie cieszył, kiedy usłyszy, że jego tembr jest męski, więc dziękuję jej za komplement.

Jak Pan zatem ocenia własne tłumaczenia i swój wkład? Już wspomniał o tym, jak ważne jest oddzielić pracę tłumacza od autora.

Być może nie wszyscy autorzy się zgodzą, ale wydaje mi się, że tłumacz jest do pewnego stopnia współautorem. W tłumaczeniu odbija się też interpretacja tłumacza. Najpierw ją bardzo uważnie czyta - jest chyba najbardziej uważnym czytelnikiem, jaki tylko może być - i jego sposób rozumienia tego, co w książce zostało napisane, odzwierciedla się w jego własnej pracy. Na pewno jest widoczny ślad tłumaczenia. Jeśli ktoś chce podjąć się takiego trudu, by porównywać oryginał z tłumaczeniem, to go zaobserwuje.

Tłumacz, o ile sam wybiera książkę, nad którą chce pracować, a często to się zdarza, zwłaszcza w przypadku literatury języków, które są mniej popularne – a taką jest literatura litewska w Polsce – jest takim „wąskim gardłem“, za pomocą którego literatura musi się do publiczności przedrzeć. Decyduje też gust.

Czy jest zatem Pan „wścibski“ wobec własnych przekładów?

Do tej pory tłumaczyłem tak wiele książek, że nie miałem czasu nawet do nich wrócić. Zleceń mam dużo, więc jestem wścibski wobec własnej pracy już na poziomie jej wykonywania. Staram się być bardzo skrupulatny, niczego nie pomijać, kilkakrotnie sprawdzić, konsultować się zarówno z redaktorami, jak i z autorami, dbać o poziom polszczyzny. Z reguły jestem zadowolony z własnej pracy. Nie ma, oczywiście, ludzi nieomylnych i jestem przekonany, że w tych tłumaczeniach - podobnie zresztą, jak i w oryginałach - jakieś błędy pozostają.

Powróćmy do Sabaliauskaitė. Kiedyś Pan porównał Wilno do arkadii i stwierdził, że jedną z przyczyn, dlaczego postanowił przełożyć „Wileński poker“ Ričardasa Gavelisa, była chęć zrujnować ten mit Wilna, do jakiego Polacy są przyzwyczajeni. Teraz Pan się wziął za „Silvę rerum“. Czy można traktować to jako powrót do tej arkadii?

Wcale nie jestem przekonany, że to jest tradycyjne podejście do Wilna. Nie widzę też tak wiele arkadii w tej powieści. Jest dosyć mroczna, tragiczna i smutna, więc sama w sobie burzy, obnaża i dekonstruuje różne arkadie.

Nie chciałem niczego Polakom burzyć. Chciałem tylko usmysłowić - zarówno w przypadku Gavelisa, jak i w innych pracach - że postrzeganie Wilna i Litwy jedynie przez pryzmat mitu może być mylna, ponieważ czeka nas potem zderzenie się z rzeczywistością, która jest inna. Ten mit arkadyjski dzisiaj już nie funkcjonuje. Kultura rozwija się, zmienia i poszukuje. Obok mitu arkadyjskiego, który już znamy, burzymy i odbudowujemy, atakujemy i bronimy, należy dostrzegać też inne rzeczy. Im więcej perspektyw na jakiekolwiek zjawisko, tym jest ono ciekawsze. Kiedy do stolicy Litwy przyjedzie turysta z Polski, Wilno arkadyjskie obok Wilna Gavelisa czy Wilna Sabaliauskaitė będzie jeszcze ciekawsze.

Czym zatem różni się perspektywa Wilna przedstawiona przez Sabaliauskaitė? Co nowego wnosi, jeżeli chodzi o rozumienie Wilna przez Polaków?

Bardzo łatwo i błędnie mieszkańcy Polski próbowali czytać tę powieść jako przyznanie się Litwinów do polskiej historii Wilna. Nie do końca się zgadzam z taką linią interpretacji. Wydaje mi się bardziej, że to jest po prostu przyznanie się Litwinów do własnej historii. To jest historia litewska, jak też Polaków i innych narodów w Wilnie mieszkających. W taki sposób Litwini mówią, że Kristina Sabaliauskaitė opowiada też własną historię, a nie historię Polski czy polską jako obcą, z którą jakoby należy się rozliczyć. Przedstawia opowieść własnego narodu i rodziny. Nie należy w Polsce przeoczyć tego momentu.

Jak zatem Pan osobiście odkrywał tę historię jako czytelnik, znajdujący się pośrodku tych dwóch kultur?

Inna, współczesna perspektywa społeczna powoduje, że dzisiejszym Polakom i dzisiejszym Litwinom jest równie daleko do tych historii. Chcemy się pod nimi podpisywać i mamy w tym rację, jednak nasza mentalność już się zmieniła. Oczywiście, nie jest tak, że jakieś echa tej dzisiejszej mentalności nie przedostały się do tych książek, ale z innej strony, Kristina Sabaliauskaitė w mistrzowski sposób odtwarza tę mentalność: bez fałszowania i uwspółcześniania własnych bohaterów. Oczywiście, musiała iść na pewne kompromisy, ale nie szła na łatwiznę.

Zawsze będzie dla nas ciekawe to, co jest inne. Poza tym, że mamy jakieś inne historie niż te, do których jesteśmy przyzwyczajeni z podręczników, mamy też inne historie mentalności, która się już zmieniła.

Czy takie historie mentalności są przyczyną, dlaczego powieść odniosła taki sukces w Polsce? Dzisiaj Sabaliauskaitė jest najpopularniejszą litewską pisarką w Polsce.

To są po prostu też piękne książki, które łączą w sobie przygodę i głębszą perspektywę psychologiczną, filozoficzną, horyzont dziejowy i losy wspólnoty, do której należymy lub należeliśmy. Jest też piękny język. Może tu sam sobie robię komplement, ale mogę zapewnić polskich czytelników, że oryginał jest równie piękny jak moje tłumaczenie.

Ciekawa konstrukcja, ten gobelin językowy, który tam tak pięknie jest utkany - wszystko składa się na to, że książka jest tak popularna. Nie ma też konkurencji.

Czyli bez ciężkiej pracy tłumacza nie ma sukcesu pisarza?

To zależy również od tego, jaka to jest książka. Mówiąc abstrakcyjnie, czasami książka odnosi sukces mimo tego, że jest napisana prostym językiem i nie wymaga od tłumaczy wiele wysiłku. Może być, na przykład, sensacyjna.

Kilka lat temu Pan tłumaczył „Litwinów nad Morzem Łaptiewów“. Niedawno rozmawiałam z Laurynasem Vaičiūnasem, obecnie prezesem Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu, która wydała tę książkę. Stwierdził on, że kanoniczna, litewska historia Sybiraków jest rozumiana przez Polaków nieco inaczej. Jego zdaniem, książka została przyjęta nawet trochę chłodno, bo być może brakowało pewnych elementów szoku, których czytelnicy się spodziewali. Co Pan sądzi na ten temat?

Nie chciałbym odbierać literatury przez pryzmat szoku. Czy coś, co nie wywołuje skandalu, jest mniej wartościowe? Literatura dokumentu taka nie jest, bo nie można nią się licytować. Historia wydawania świadectw różnych potwornych historii, nie tylko związanych z Sybirem, ale również z Holokaustem, jest już dość długa.

Czasy współczesne również nie skąpią takich opowieści. Chcielibyśmy od nich przynajmniej przez chwilę odpocząć. Czy „Litwini nad Morzem Łaptiewów“ zostali przyjęci gorąco? Uważam, że raczej ważne jest, aby ta historia została przeczytana przez Polaków i rozpoznana. Różni się ona od doświadczeń polskich i to jest pewien rozbrat w dziejach obu krajów. W posłowiu do książki pisałem, że losy syberyjskie Polaków i Litwinów są o tyle różne, że w tym miejscu nasze historie rozchodzą się w dwóch całkowicie różnych kierunkach i potem dzieli nas już ściana między Związkiem Radzieckim a PRL.

Wierzę, że ta książka będzie czytana. Nigdy nie stanie się bestsellerem, bo takie dzieła po prostu się nimi nie stają. Jednak z tego, co wiem, „Litwini nad Morzem Łaptiewów“ powoli wchodzą do kanonów lektur na uniwersytetach. Oznacza to, że swoją funkcję będzie spełniała. Myślę zatem, że recepcja tej książki, jak zresztą każdej, która nie jest bestsellerem, jest trudniejsza i wolniejsza. Z drugiej strony, również stabilniejsza.

Kilka lat temu Pan taką pracę określił jako pozytywistyczną. Stwierdził też, że wybiera do tłumaczenia pozycje kanoniczne dla litewskiej literatury i kultury, bez których całkowite zrozumienie Litwy dla obcokrajowca jest niemożliwe. Jaką kanoniczną pozycję Pan by chciał przetłumaczyć?

Zgadzam się z samym sobą sprzed lat. Nadal uważam, że w Polsce należy poznawać teksty nie tylko literackie, ale również związane z kulturą litewską. Gdy trafia do nas taki bestseller jak „Silva rerum“, który może być czytany autonomicznie, bez znajomości kontekstu litewskiego, taka lektura będzie po prostu uboższa. Pogubimy wtedy ciekawe aluzje. Czy w pierwszym tomie „Silva rerum“ są aluzje do Gavelisa? Być może są. Na pewno nie zauważy tego Polak, który tej książki nie zna. W tym kontekście warto tłumaczyć jak najwięcej litewskich książek. Kwestia kanonu zawsze jest sporna, ale czasami można się zgodzić, że niektóre książki są w powszechnej opinii uważane za ważniejsze niż inne.

Przez wiele lat marzyłem o tym, aby pokazywać Polakom również myślicieli. Po wielu latach przygotowań uznałem, że już mogę to zrobić, dlatego powstała „Antologia filozofów kowieńskich“, którą stworzyliśmy na Uniwersytecie Jagiellońskim w setną rocznicę powstania Uniwersytetu Witolda Wielkiego w Kownie. Wybierałem do niej teksty, tłumaczyłem je i prezentowałem w Polsce. Uważam, że są potrzebne jako kontekst do tego, co dzisiaj się tworzy.

Oczywiście, wymagało to uzyskania pewnego poziomu językowego. Przygotowywałem się do tego przez lata, dobierając teksty z bardzo szerokich dziedzin. Wcześniej tłumaczyłem nie tylko literaturę, ale też historię czy politologię. To miało zapewnić narzędzia do zajmowania się filozofią.

Jeśli bym chciał dalej kontynuować te rzeczy, to tłumaczyłbym filozofów litewskich, w tym też późniejszych i współczesnych, a nie tylko międzywojennych. Wydaje mi się też, że bardzo nam brakuje w Polsce wiedzy o kulturze ludowej. Jest potrzeba tłumaczeń etnologów, ponieważ jest to równie ważne. Wiele aluzji, zjawisk, które są obecne w dzisiejszej kulturze litewskiej, będzie dla Polski egzotyczna i niezrozumiała.

Zapytam jeszcze o planach. W sieciach społecznościowych często pojawiają się komentarze, m.in. od attache ds. kultury Litwy w Polsce Rasy Rimickaitė dotyczące tego, że Pan trochę „zniknął“ z przestrzeni literackiej. Czy czeka nas zatem jakiś duży powrót z tłumaczeniem?

Można ubolewać, a można dostrzec, że przez lata byłem bardzo produktywny. Dostarczałem dwie-trzy książki rocznie, więc myślę, że nadrobiłem i mam prawo na troszeczkę wolnego. Trudno jest sprostać takiemu tempu przez tyle lat, więc myślę, że przez pewien czas będę jeszcze przebywał na urlopie twórczym. Lepsza jest strategia taka, aby nic nie mówić, a jak się już zrobi, to po prostu odbierać nagrody.

LRT has been certified according to the Journalism Trust Initiative Programme

Najnowsze, Najchętniej czytane