Naujienų srautas

Wiadomości2023.07.20 08:11

Współpracownik LRT w Polsce: chcę pokazać współczesną, różnorodną Litwę

Ewelina Knutowicz, LRT.lt 2023.07.20 08:11

W poniedziałek, z okazji Światowego Dnia Jedności Litwinów i rocznicy lotu pilotów Steponasa Dariusa i Stasysa Girėnasa przez Atlantyk, przedstawiciele diaspory litewskiej za granicą zostali odznaczeni przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych odznaką honorową „Za zasługi Litwinów świata dla Litwy”. Jednym z odznaczonych jest dr Laurynas Vaičiūnas, współpracownik LRT w Polsce, prezes Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu - niezależnej fundacji promującej wiedzę na temat spraw międzynarodowych. Rozmówca LRT.lt od 2013 r. mieszka w Polsce.

Na początku chciałabym pogratulować. Jakie były Pana pierwsze emocje po otrzymaniu tej nagrody?

Ta nagroda jako pierwsza jest zobowiązaniem wobec przyszłych działań. Rozumiem, że teraz będę musiał bardziej się starać w promowaniu spraw litewskich i racji stanu całego regionu: Polski, Litwy, Ukrainy oraz demokratycznej Białorusi. Odbieram nagrodę jako ocenę pracy, jaką wykonywałem i wciąż wykonuję.

Jak doszło do tego, że swoją zawodową działalność związał Pan z Polską?

Jest to bardzo nietypowa historia. Choć się urodziłem przy ul. Lwowskiej (Lvovo) na Śnipiszkach, czyli bardzo tradycyjnej i starej części Wilna, kontaktów z polskością nie miałem żadnych - aż do ukończenia liceum. Nie oglądałem jako dziecko bajek po polsku, nie czytałem książek, w domu nikt nie mówił w tym języku.

W pewnym momencie odkryłem Czesława Miłosza i Witolda Gombrowicza, ale dopiero po licencjacie, studiując w Anglii, stwierdziłem, iż to nie jest właściwe, że znam angielski, francuski, niemiecki, natomiast bardzo słabo znam swoje sąsiedztwo i nie wiem, co się dzieje wokół miejsca, w którym się urodziłem. Przebywając w Londynie w pewnym momencie zorientowałem się, że warto by było się nauczyć języka polskiego. Później wszyscy się śmiali, że na pewno polskiego się nauczyłem pracując w sklepie w angielskiej stolicy. Jednak moja historia była zupełnie inna. Podjąłem naukę po prostu nie chcąc pracować w banku czy korporacji. Postanowiłem, że lepiej pójdę na studia magisterskie, gdzie miałem wyjątkową okazję poznać Polskę - najpierw za pomocą stażu do Sejn z możliwością pracy w instytucji zajmującej się kulturą litewsko-polsko-białoruską, czyli w Pograniczu. Na drugim roku studiów magisterskich przyjechałem do Wrocławia.

Można powiedzieć, że Polskę poznałem z całkowicie innej strony, czyli z Zachodu. Może dlatego jestem w niej tak mocno zakochany, bo jest to zupełnie inne doświadczenie, niż w przypadku większości obywateli litewskich mieszkających w Polsce, którzy poznawali ten kraj poprzez wspólną historię. Jest ona piękna i ją również bardzo doceniam.

Jak zatem Wrocław znalazł się na Pana mapie życiowej?

To kolejny całkowity przypadek. Organizacja pozarządowa, w której pracuję do dziś, Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu, miało podpisaną umowę partnerską z moją uczelnią w Londynie. Wysłano mnie zatem do tego polskiego miasta, gdzie po zakończeniu stażu otrzymałem propozycję pracy wydawcy książek. Chodziło o wydawanie książek litewskich, m.in. przekładów. Zostałem tu, bo miałem możliwość tworzyć tę instytucję. Mam bardzo dużą swobodę i możliwość samorealizacji.

Dzisiaj jestem po pierwsze dolnoślązakiem, wrocławianinem, po drugie Europejczykiem, po trzecie Litwinem. Bardzo mi się spodobał Wrocław i Dolny Śląsk. To prawdziwe serce Europy, miejsce, z którego wszystko jest bliskie. Mimo, że odległość do Wilna to prawie 900 kilometrów, ale z drugiej strony, to tylko 900 km do Paryża, 350 do Warszawy i 300 km do Berlina. Wrocław jest miejscem, które ma ogromny potencjał, ale w swoim czasie doświadczyło bardzo tragicznej historii - w XX w. jego ludność została w pełni wymieniona po II wojnie światowej. Niemcy zostali stąd wypędzeni, a na ich miejsce przyjechali Polacy ze wschodniej Polski i Kresów. Jest to zatem miasto bardzo otwarte. Nic dziwnego, że zakochałem się w nim i tu zostałem. Uważam, że właśnie tu można w bardzo ciekawy sposób tworzyć kulturę Europy i promować litewską, ponieważ nie wszystko odbywa się w stolicach. Miasta regionalne dają ogromne możliwości.

Litwin twierdzący, że jest Dolnoślązakiem to dosyć nietypowa perspektywa. Ile czasu potrzebował Pan, by zrozumieć swoją tożsamość?

Tak w życiu miałem, że jako dziecko chodziłem do szkoły w Brukseli i później studiowałem w Anglii, więc byłem przyzwyczajony do takiego otwartego umysłu wobec własnej tożsamości. Dość szybko, czyli po kilku latach poczułem się Dolnoślązakiem, bo jest to wyjątkowo piękny region. Na szczęście, może jeszcze za mało odkryty przez turystów. Oczywiście, jako że mieszkam w centrum Wrocławia, mogę powiedzieć, że turystów i tak jest za dużo. Natomiast warto zaznaczyć, że region można od razu pokochać.

Są też dalekie związki historyczne tego miasta ze Wschodem i Zachodem. Znajdowało się ono na mapie Szlaku Jedwabnego. Mówiąc o baroku jako symbolu Wilna, trzeba przypomnieć, że mistrz Jan Krzysztof Glaubitz jest częściowo związany z Dolnym Śląskiem. Naukowcy twierdzą, że tutaj się urodził. Zawsze można odnaleźć, ale trzeba szukać tych kontaktów, aby tworzyć i uzupełnić własną tożsamość. Tożsamość nie jest czymś stałym. Region i język ojczysty definiuje mnie, ale sam osobiście również wpływam na te czynniki.

Wydał Pan ponad 100 książek twórców Europy Wschodniej, również autorów litewskich. Jak wygląda prezentacja polskiemu czytelnikowi literatury litewskiej? Jaki jest Pana osobisty stosunek do niej?

Bardzo często wyobrażenia na temat Litwy są wzięte z romantyzmu XIX-wiecznego. Może to przypadek, a może nie, że we Wrocławiu znajduje się rękopis najpiękniejszego dzieła o Litwie, czyli „Pana Tadeusza“ Adama Mickiewicza. Stąd pochodzi obraz Litwy – taki mglisty, z całkowicie innej epoki. Skojarzenia te są piękne i wciąż pielęgnowane. Teraz jest to nawet bardziej widoczne, bo o to się troszczą również litewskojęzyczni Litwini.

Chciałem jednak pokazać Litwę współczesną, litewskojęzyczną, nowoczesną, taką, jaką była w ciągu ostatniego stulecia, kiedy mimo kilkuset lat pięknej historii i współpracy polsko-litewskiej mieliśmy gorsze momenty. Jak i czym żyła i żyje, jaki jest kanon kultury litewskiej? Książki, jakie wydawaliśmy w ostatnich latach, zostały napisane przez współczesnych pisarzy, takich jak Alvydas Šlepikas czy Herkus Kunčius. Przedstawiliśmy również klasykę literatury litewskiej: „Wileński poker“ Ričardasa Gavelisa, „Litwini nad Morzem Łaptiewów“ Dali Grinkevičiūtė. Mogliśmy to wydać dzięki znakomitym tłumaczom, którzy bardzo się angażowali i wciąż angażują, są ambasadorami współczesnej litewskiej kultury. Pokazują, jak różnorodna jest Litwa. Chcemy również kształtować nowych tłumaczy, abyśmy mogli zapewnić dobrą wymianę kulturalną.

Jak z kolei polscy czytelnicy reagują na współczesną literaturę litewską? W końcu, jest to łamanie szablonów, związanych z Litwą romantyzmu.

To jest ciekawe wyzwanie. Jako organizacja mamy nieco inne zadanie, natomiast kwestie wydawnicze, dotyczące naszych czasopism („Nowa Europa Wschodnia” i „New Eastern Europe” - przyp. red.) i książek stanowią bardzo ważną część naszej działalności.

Wpływ rozerwania szablonów na polskiego czytelnika jest bardzo ciekawym procesem. Na początku rzeczywiście spotkaliśmy się z niepewnością, nieufnością – to nie było to, czego się spodziewali. Kristina Sabaliauskaitė z „Silva Rerum“ – co prawda, wydaną w innym wydawnictwie – bardziej odpowiadała gustom polskich czytelników. Natomiast jako instytucja nie stricte komercyjna możemy sobie pozwolić na przełamywanie stereotypów.

Na początku to rzeczywiście było duże wyzwanie. Na przykład, „Dzisiaj śpię od ściany“ Giedry Radvilavičiūtė od razu przyjęto dosyć chłodno. Z czasem udało się stworzyć grono czytelników, którzy sięgają po więcej. Teraz, gdy Litwa i Polska wchodzą w złoty wiek swoich stosunków – na szczeblu politycznym, jak też społecznym i gospodarczym – obserwujemy coraz większą otwartość. Niektóre pozycje zyskują drugie życie. „Mam na imię Marytė“ Alvydasa Šlepikasa dotyczące okrutnych wydarzeń na Prusach w 1945 r. spotkało się z bardzo dużym zaciekawieniem.

W kontekście wojny w Ukrainie nabiera to jeszcze innego znaczenia. Są jednak tematy, które nasze kraje Europy Środkowo-Wschodniej traktują nieco inaczej. Myślą, że są największymi ofiarami XX w. Dotyczy to Polaków, Litwinów i Ukraińców. Lubimy konkurować między sobą, kto był większą ofiarą i kto cierpiał najwięcej w XX w. Można tym tłumaczyć słabą recepcję książki „Litwini nad Morzem Łaptiewów“ Dali Grinkevičiūtė. Dla Litwinów jest to jedna z podstawowych lektur. Przez nią rozumieją wydarzenia XX w.: zesłania na Syberię, sowiecki totalitaryzm. Polska jest bogata literaturą na ten temat, więc Polaków takie książki zupełnie nie zaskakują. Prawdopodobnie dla nich było za mało czegoś nowego, odkrywczego i ciekawego.

Z kolei historycy wykonują bardzo dużo pracy, aby pokazać, jak narody Europy Środkowo-Wschodniej zostały ofiarami sowieckiego totalitaryzmu oraz rosyjskiego imperializmu. Pomoże nam to w przyszłości budować wspólnotę emocji, wyobraźni oraz historyczną.

Czy można zatem powiedzieć, że Polacy w Polsce zaczynają rozumieć, czym jest bałtycka tożsamość kulturalna - o ile można stwierdzić, że taka istnieje?

Kwestionowałbym pojęcie bałtyckiej tożsamości. Być może, narzucam perspektywę dolnośląską, ale wydaje mi się, że tożsamość bałtycka niekoniecznie jest silna. Pewnie dla niektórych jest to ważny element światopoglądu. Generalnie możemy na to patrzeć inaczej - jest inna, litewska tożsamość. Jest ona środkowoeuropejska. Doświadczenia XX w., choć wiele momentów nas dzieliło, generalnie łączą. Chodzi o krzywdy komunizmu i walkę o niepodległość, budowanie współczesnego, demokratycznego państwa. Chcę pokazać właśnie taką litewską tożsamość, bo jest ona bliska polskiej. Jeżeli połączymy to z dziejami od 2014 r. i światopoglądem w kontekście całej sfery kultury, zaobserwujemy bardzo dobre zmiany. Można krytykować politykę Polski wobec Unii Europejskiej i innych partnerów, natomiast współpraca polsko-litewska jest bardzo dobra. W taki sposób Polacy zmieniają swój stosunek do Litwinów.

Nie można też zapomnieć o tym, że Litwini w ciągu ostatnich lat robią zakupy w Polsce. Może się wydawać, że nie ma to dużego wpływu na zmiany stereotypów. Ma to jednak bardzo ciekawy wpływ na to, jak widzimy sami siebie i sąsiadów.

Jestem przekonany, że również działania pojedynczych osób, na przykład, attaché ds. kultury w ambasadzie Republiki Litewskiej w Polsce Rasa Rimickaitė czy dyrektorzy instytutów w Wilnie zmieniają spojrzenie na Litwę w Polsce i na odwrót.

Jest Pan również współpracownikiem LRT w Polsce, czyli komentuje Pan wydarzenia w tym kraju.

Współpraca z LRT jest dla mnie ważnym zadaniem - muszę po prostu tłumaczyć wydarzenia. Chodzi mi o to, by litewski odbiorca mógł zrozumieć złożoność sytuacji w Polsce. Gdybyśmy całą informację odbierali wyłącznie za pomocą agencji informacyjnych czy pośredników na Zachodzie, to by nasza perspektywa była po prostu skrzywiona. Jestem w bardzo komfortowym położeniu, ponieważ w swojej codziennej pracy kontaktuję się z politykami, ludźmi kultury. Mogę zatem tłumaczyć i adoptować polskie racje lepiej, aby litewska widownia mogła poczuć bliskość do Polaków i zrozumieć, że problemy często są podobne. Rozumiem, że niektóre tematy dotyczące zakupów, pogody i innych codziennych spraw mogą się wydać zbyt łatwe, mało ciekawe lub nieistotne, ale życie składa się właśnie z takich drobiazgów. Relacje międzykrajowe nie mogą być wyłącznie na szczeblu dalekim od nas.

LRT has been certified according to the Journalism Trust Initiative Programme

Najnowsze, Najchętniej czytane