Eksperci w rozmowie z LRT.lt otwarcie krytykują wypowiedzi szefa Państwowej Inspekcji Językowej Audriusa Valotki w sprawie dwujęzycznych tablic we wsiach Orzełówka i Bieliszki. Zdaniem rozmówców, wychodzą one poza kompetencje przewodniczącego. Valotka stwierdził, że rejon wileński „jest strefą okupacyjną, w której nastąpiła zaciekła polonizacja Litwinów” i przyrównuje go do Donbasu.
Dyrektor Instytutu Historii Litwy dr hab. Alvydas Nikžentaitis przyznaje w wywiadzie LRT.lt, że z podobnymi wypowiedziami miał do czynienia kilkadziesiąt lat temu.
– Wtedy były one bardzo popularne. Dzisiaj takie frazesy powtarzają tępogłowi, którzy książek nie czytają, albo ludzie próbujący w sztuczny sposób tworzyć napięcie na Litwie. W tym wypadku wydaje mi się, że przewodniczący Państwowej Komisji Językowej Audrius Valotka musiałby poczytać prace historyków, w których termin „polonizacja“ coraz częściej jest zmieniany na wyraz „akulturacja“. Oznacza on dobrowolną zmianę kultury na polską bez czyjegoś nakazu. Większość nazw topograficznych polską formę uzyskało jeszcze przed tzw. „okupacją Wileńszczyzny“. Jest to wynik procesu akulturacji. Twierdzenie, że polskojęzyczne nazwy topograficzne są oznaką polskiej okupacji, jest co najmniej niesłuszne. W końcu, mówimy o części złożonych procesów – oświadcza historyk.

- Inną rzeczą, równie oczywistą, jest to, że społeczeństwo już dojrzało do poważnej dyskusji w sprawie dwujęzycznych tablic. W tym wypadku, podobnie jak w sytuacji z pisownią nazwisk, regulacje prawne nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. Jeżeli spojrzymy na autobusy, których kierunki wiodą do miejscowości rejonu wileńskiego i przeczytamy ich nazwy, to zauważymy, że są publikowane w dwóch językach - zauważa Nikžentaitis.
Rozmówca uważa, że sytuacja sama w sobie jest patologiczna. - Litewscy politycy mogliby się przysłuchać opiniom mieszkańców i wprowadzić rozwiązania podobne do tych, które ratyfikowały inne kraje europejskie. Tablice nazw miejscowości oceniam nie jako konstatację faktu dokonania okupacji, a dowód często trudnej historii Polski i Litwy - komentuje historyk.
– Bardzo łatwo jest rzucać podobnymi terminami, jak „okupacja“, gdy wydarzenia same w sobie miały o wiele bardziej złożony charakter. Józef Piłsudski w 1920 r. w sposób zdradliwy odebrał Wileńszczyznę. Kierował się jednak sugestiami etnicznymi. Litwini z kolei podczas przywracania Wilna kierowali się argumentami historycznymi. Wtedy były uznawane za równoznaczne. Musimy się pogodzić z tym, że w trudnych momentach XX w. sytuacja była o wiele bardziej skomplikowana. Należy przyznać, że obie strony – zarówno polska, jak i litewska, mają częściową rację i nie-rację. Z kolei porównania Wileńszczyzny do wschodniej Ukrainy i terenów okupowanych tego kraju może dokonać wyłącznie bardzo tępogłowa osoba – tłumaczy doktor nauk historycznych.

Nikžentaitis wyjaśnia, że narracja na temat 1920 r. wciąż pozostaje bardzo żywa w litewskiej samoświadomości narodowej, szczególnie w oddzielnych społecznościach. – Uważam jednak, że wszystkie kropki nad „i“ może postawić szeroka dyskusja w tej sprawie, uwzględniając opinię samych mieszkańców. Tematy są bardzo wrażliwe, ponieważ chodzi o symbolikę wydarzeń, a nie znaczenie praktyczne. Nie odważyłbym się prognozować, jak się zakończy taka dyskusja, ale mając na myśli dzisiejszy status stosunków polsko-litewskich i ich tonację, prawna regulacja dwujęzycznych tablic stałaby się przyczyną burzy w przestrzeni publicznej, jak to miało miejsce w przypadku zezwolenia na pisownię kilku znaków alfabetu łacińskiego. Okazało się jednak, że poparte przez Sejm zmiany dla społeczeństwa w szerokim rozumieniu nie były aż tak stosowną kwestią. W dowolnym wypadku uważam, że jesteśmy gotowi na omawianie i znalezienie rozwiązań – zapewnia rozmówca.
Andrzej Pukszto, politolog Uniwersytetu Witolda Wielkiego w Kownie przypomina, że sprawa wykorzystywania dwujęzycznych tablic nazw topograficznych w rejonach wileńskim i solecznickim nie jest nowa.
- W tych kwestiach już wcześniej dochodziło do starć między Państwową Inspekcją Językową i samorządami. Wydaje mi się, że główną przyczyną niezgody jest brak konkretnej regulacji prawnej. Ministerstwo Sprawiedliwości przygotowuje Ustawę o mniejszościach narodowych, ale jej wciąż nie ma. Dlatego też kwestia napisów dwujęzycznych wisi w powietrzu. Proszę też zwrócić uwagę, że napisy dwujęzyczne w regionach Litwy nie są powszechne. W rejonie wileńskim mają charakter nie administracyjno-informacyjny, a wyłącznie dekoracyjny. Nie było rozporządzenia Rady Samorządu Rejonu Wileńskiego, aby na jego terenie całe nazewnictwo było dwujęzyczne. Starostwa i oddzielni mieszkańcy wywieszają je dla ozdoby - podkreśla politolog.

Pukszto twierdzi, że większość litewska raczej nie jest przychylna tym napisom, mimo, że jest to praktyka ogólnoeuropejska. - W Polsce na terenach zamieszkałych przez Litwinów, na Opolszczyźnie, jak również w Rumunii, na Węgrzech, w Słowenii, Chorwacji i północnych Włoszech oraz na terenach Basków dwujęzyczność jest normą. Dwu-, a nawet trój- czy czterojęzyczność jest powszechna na terenie Unii Europejskiej. U nas z kolei obserwowana jest dysproporcja, gdy napisy po raz kolejny są przyjmowane bardzo wrogo - dodaje.
Rozmówca przewiduje, że tablice dwujęzyczne w Bieliszkach i Orzełówce zostaną zlikwidowane. - Sąd prawdopodobnie będzie bardziej przychylny dla Państwowej Inspekcji Językowej. Aczkolwiek decyzja być może zachęci Ministerstwo Sprawiedliwości do opracowania Ustawy o mniejszościach narodowych. W taki sposób podobne sprawy zostaną rozwiązane. To jednak daleka przyszłość. Z jednej strony, Samorząd Rejonu Wileńskiego słusznie opiera się na Konwencji rady europy o ochronie mniejszości narodowych. Litwa ją ratyfikowała, ale ponieważ brakuje osobnej ustawy, ratyfikacja wisi w powietrzu - ubolewa Pukszto.

- W tej sytuacji nie chodzi o to, że ktoś nie będzie wiedział, jaka to ulica i miejscowość, więc nie znajdzie adresu. Jest to raczej spór emocjonalny i polityczny. W Europie napis dwujęzyczny jest odbierany pozytywnie. Na Litwie się uważa, że jest to atak na podstawy bezpieczeństwa Republiki Litewskiej - kontynuuje.
Pukszto wskazuje, że w swojej wypowiedzi Valotka wyszedł poza własne kompetencje. - Oceny w tej sprawie może dokonać historyk, kulturolog. Wnioski Valotki idą zbyt daleko i nie są w gestii szefa Państwowej Inspekcji Językowej. W końcu, jest jeszcze minister oświaty oraz kultury. Komentarze polityczne Valotki są zupełnie nie na miejscu. Valotka nie udzielił wypowiedzi jako osoba prywatna. Najlepiej jest zatem iść drogą prawną. Państwowa Komisja Etyki powinna się wypowiedzieć w tej sprawie - uważa politolog Uniwersytetu Witolda Wielkiego w Kownie.

LRT.lt przypomina, że w dzisiejszej audycji „Ryto garsai“ w LRT RADIJAS Valotka powiedział, że polskie nazwy miejscowości „Bieliszki“ i „Orzełówka“ w rejonie wileńskim są niezgodne z litewskim ustawodawstwem oraz obrazują „strefę okupacyjną, gdzie odbywała się polonizacja Litwinów“. Dodał, że „Rosjanie też chcą rosyjskich napisów w Donbasie, nie chcą ukraińskich (…)”. Mer rejonu wileńskiego Robert Duchniewicz ogłosił, że wystosował pismo do ministra kultury Simonasa Kairysa i przewodniczącej Państwowej Komisji Języka Litewskiego Violety Meiliūnaitė. W opinii Duchniewicza, słowa wypowiedziane przez Valotkę podżegają do nienawiści narodowej, są nieetyczne i nieprawdziwe.







