Rejon wileński przyciąga wielu nowych mieszkańców, którzy od zaraz chcą mieć całą infrastrukturę. Wybudowanie 10 przedszkoli w ciągu dwóch lat jest niemożliwe, warto zatem nawiązać bliższą współpracę z Samorządem miasta Wilna - mówi kandydat na mera rejonu wileńskiego z ramienia AWPL-ZChR Waldemar Urban w odpowiedzi na pytanie o ograniczoną ilość litewskojęzycznych placówek oświatowych w przystołecznych miejscowościach.
Na politycznej stronie na Facebooku pana imię jest zapisane przez „W”, natomiast na swoim prywatnym profilu jest pan przez „V”. To Valdemar czy Waldemar Urban?
Waldemar. Zmieniłem swoje imię jeszcze na jesieni. Skoro jest taka możliwość, to dlaczego nie? Było to dla mnie ważne, ponieważ jestem Polakiem. Imię i nazwisko to nieodłączna część tożsamości każdego człowieka. Bardzo ważna.
Niewiele o panu wiadomo. Komentarze na pana stronie w mediach społecznościowych też to potwierdzają. Ludzie piszą po prostu, że pana nazwisko usłyszeli po raz pierwszy w czasie ogłoszenia listy wyborczej. A zatem kim jest Waldemar Urban?
Urodziłem się w rejonie wileńskim. Dokładnie w Czarnym Borze. Później mieszkaliśmy w Solenikach, tam też ukończyłem 8 klas, a następnie przeniosłem się do Mickiewiczówki. Po studiach na Uniwersytecie Wileńskim – jestem magistrem ekonomii międzynarodowej – przez dwa lata pracowałem w dziale inwestycji Samorządu Rejonu Wileńskiego. Później byłem szefem biura frakcji AWPL-ZChR w Sejmie. Następnie przez dwie kadencje - członkiem Głównej Komisji Wyborczej, przez co nie brałem udziału w wyborach. Byłem natomiast ciągle przy politykach i polskich sprawach w Sejmie. W 2019 roku, kiedy AWPL-ZChR weszła do koalicji rządzącej, objąłem stanowisko kanclerza w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Było to dużym wyzwaniem, ale dałem sobie radę i wciąż mam kontakt z współpracownikami. Więc kandydowanie w wyborach samorządowych na mera było naturalnym krokiem.

Przewodniczący partii Waldemar Tomaszewski powiedział dla naszego portalu: „To jest bardzo trafny wybór i decyzja pani mer Marii Rekść, która od wielu lat zarządza tym rejonem”. Jak się pan dowiedział o decyzji mer?
To nie było tak, że się dowiedziałem jednego dnia. Koła, których w rejonie wileńskim są 23, typowały kandydatów do Rady i na stanowisko merów. Wytypowano zarówno mnie, jak i innych członków partii.
Kogo?
To była i pani Maria Rekść, i prezes Waldemar Tomaszewski, i pani poseł Rita Tamašunienė, i jeszcze inne osoby. Jako że pani mer ma duży dorobek i autorytet w samorządzie, to typowały ją wszystkie koła. Na jednym z posiedzeń mer zdecydowała, że odejdzie, to była jej decyzja i w trakcie dyskusji zaproponowała moją kandydaturę. Nie sprzeciwiałem się temu i otrzymałem poparcie oddziału.
Na tle innych samorządów Litwy rejon wileński nie wypada najlepiej. Mieszkańcy skarżą się na stan dróg, brak wodociągów, niewystarczającą liczbę placówek oświatowych. W jaki sposób zamierza pan poprawić życie mieszkańców?
Mam przed sobą badanie Instytutu Analizy i Polityki, zgodnie z którym, wśród wszystkich 60 samorządów Litwy, pod względem dobrobytu mieszkańców nasz zajmuje dziewiąte miejsce.
Czytaj również
Ale jest to przystołeczny rejon.
Rozumiem, co pani chce powiedzieć. Rejon wileński jest bardzo dynamiczny i szybko się rozwija. Osiedla się tu dużo nowych mieszkańców. Rozumiem, że ten nowy mieszkaniec kupuje u kogoś ziemię, buduje dom i natychmiast chce mieć całą infrastrukturę: szkoły, przedszkola, drogi, oświetlenie, kanalizację, ścieki i wodę. Nie da się tego zrobić od zaraz. To proces. I być może pod tym względem jest zaniedbany. W ciągu ubiegłej kadencji wyasfaltowano 115 km dróg.
Ale musi się pan zgodzić z tym, że często środki finansowe na rozwój infrastruktury są rozdysponowywane w dość specyficzny sposób. Na przykład mieszkańcy Bujwidz informowali naszą redakcję o braku bieżącej wody czy oświetlenia. Lampy są tam ustawione przy domach administracji starostwa, a wieś tonie w ciemnościach. Mogę wymienić też inne miejscowości.
Nie będę wchodził w szczegóły konkretnych projektów. Mam wizję szczegółowego programu. Będziemy się starać, jesteśmy otwarci. Chcemy, żeby wszystkim było dobrze. Poza tym priorytetowe projekty dla mieszkańców będziemy omawiać wspólnie z nimi. Chcemy uruchomić platformę, gdzie ludzie sami będą zgłaszać swoje potrzeby w poszczególnych starostwach. Chodzi o to, żeby sami mogliby decydować, gdzie część budżetu będzie wykorzystana. Przyszłością jest właśnie współpraca z mieszkańcami.
Moje pomysły, w przeciwieństwie do oponentów nie są rewolucyjne, to bardziej ewolucja. Na pewno będzie to dofinansowanie na ogrzewanie, które obecnie wynosi 68 proc. Poza tym stworzenie infrastruktury w nowych osiedlach. Poprawa i rozwój oświaty, a następnie inwestycje w energię odnawialną.
Wspomniał pan o tzw. nowych mieszkańcach rejonu wileńskiego. Wciąż w przestrzeni publicznej słyszymy, że brakuje litewskojęzycznych przedszkoli i szkół. Czy w planach jest otwarcie sieci szkół i przedszkoli litewskich?
W ciągu ostatnich 15 lat rozbudowano albo otwarto 11 przedszkoli. Niedługo 12 zostanie otwarte w Rzeszy.

Ile z tych placówek oświatowych jest litewskojęzycznych?
To wspólne przedszkola. Więc można by powiedzieć, że w ciągu roku otwieraliśmy jedno przedszkole. Obowiązkiem państwa i każdego samorządu jest zapewnienie każdemu dziecku miejsca w szkole i przedszkolu. W przypadku rejonu wileńskiego widziałbym nawiązanie ściślejszej współpracy z Samorządem miasta Wilna. Wiele rodzin mieszkających w rejonie wileńskim jeździ do pracy w stolicy, więc można by było przyznać pewne dofinansowanie, jeżeli dziecko uczęszcza do przedszkola na terenie samorządu miasta.
W przedszkolach w Wilnie też brakuje miejsc.
Ale są prywatne przedszkola. Przecież to nierealnie, żeby w ciągu dwóch lat od podstaw zbudować 10 nowych przedszkoli. Samorząd nie ma takich funduszy. Szukamy rozwiązań w inny sposób. Modyfikujemy grupy przedszkolne. Wspomniałem o Rzeszy, gdzie będzie osiem grup przedszkolnych i to naturalne, że będą też grupy litewskie.
Jest też inny problem. Niektórzy mieszkańcy rejonu wileńskiego mają meldunek w Wilnie. Niektórzy po prostu decydują się na stołeczne szkoły, bo sami są ich absolwentami i to jakaś rodzinna tradycja.
Wróćmy nieco do przeszłości. Był Pan koordynatorem Spisu Ludności Polskiej na Wileńszczyźnie. Pana słowa: Ważne jest zauważyć, że Społeczny Spis Ludności Polskiej na Wileńszczyźnie, który organizowany był drogą tradycyjną, tj. rachmistrzowie ZPL odwiedzali każdego mieszkańca Wileńszczyzny i pomagali wypełnić pisemną ankietę, borykał się z dużymi ograniczeniami w związku z pandemią wirusa SARS-CoV-2 oraz rekomendacjami epidemiologów. Te okoliczności nie miały wpływu na pozytywny sukces akcji, lecz tylko na termin przebiegu inicjatywy”. Czy na pewno spisano wszystkich mieszkańców Wileńszczyzny? Do mnie i do moich znajomych nikt nie przychodził.
Większość tak, ale na pewno nie wszystkich.
Po co więc była potrzebna ta inicjatywa? Na czym polega sukces?
Ten cytat jest z 2021 roku. Spis odbywał się do połowy 2022 roku. Chodziło o pandemię. I to naturalne, jak był szczyt to po domach nikt nie chodził. Sukces polega na tym, że w poszczególnych miejscowościach zweryfikowaliśmy liczbę mieszkańców. Nie może tak być, że Departament Statystyki podaje, że w Bujwidzach mieszka 612 osób narodowości polskiej, a my mamy na liście 900. To są znaczące różnice. Nawet w wykazie mieszkańców Bujwidze liczą 800 osób narodowości polskiej.
Dzięki temu spisowi dowiedziałem się też, że w naszym państwie nikt nie wie, ilu jest mieszkańców.
Czytaj również
Dlaczego te dane się różnią?
Właśnie o to samo zapytałem Departament Statystyki, który odpowiedział, że być może meldunki mieszkańców są w różnych miejscach. Ponadto 2,5 proc. obywateli naszego kraju, czyli ok. 70 tys., nie posiada wpisu o narodowości. Więc Departament Statystyki wskazał również na to.
Ponadto ten spis dowiódł, że na Wileńszczyźnie jest od 3 do 5 proc. więcej osób narodowości polskiej niż podaje Departament Statystyki. I ostatnia, ważna kwestia w związku ze spisem organizowanym przez ZPL, medialne nagłośnienie oraz trzymanie w ryzach Departament Statystyki, możliwie było powodem wskazania, że liczba Rosjan zmniejszyła się o 1 proc., a Polaków o 0,1 proc. Więc korzyść i sens tego spisu były.
Państwowa Komisja Wyborcza (VRK) wszczęła śledztwo na temat możliwego przekupstwa wyborców w postaci prezentów noworocznych, które były przekazywane przez Związek Polaków na Litwie w ramach noworocznych spotkań. Jak pan to skomentuje?
Zgadza się, było kilka skarg, niczego nie ukrywamy. Odpowiadamy na pisma VRK. Od kilkunastu lat ZPL organizuje noworoczne spotkania, niezależnie od wyborów. W przypadku, o którym mówi VRK, listy kandydatów nie były jeszcze ogłoszone. Kandydaci oficjalnie nie byli potwierdzeni. Prezenty rozdawał św. Mikołaj dla dzieci do 12 lat. Na razie dwunastolatkowie nie mają prawa głosu w naszym kraju. Zdajemy sobie sprawę z tego, co możemy i czego nie możemy. To część strategii wyborczej oponentów. Nie boimy się ich. W ciągu 8 lat pracy w VRK widziałem naprawdę różne skargi.
Ale być może to wynika z tego, że Waldemar Tomaszewski coraz częściej zaczął mówić o AWPL-ZChR i ZPL jako jednym tworze społeczno-politycznym? Tworząc taką narrację sam wywołał burzę. Niewtajemniczonym trudno się zorientować, bo w dwóch organizacjach jest prezesem.
Waldemar Tomaszewski ma na uwadze to, że AWPL zrodziło się z ZPL. Ustawodawstwo się zmieniło i jeżeli organizacja chciała brać udział w wyborach, to musiała się przeobrazić. Ale pod względem prawnym są dwa różne twory. ZPL nigdy nie reklamowało i obecnie nie reklamuje AWPL.






