Naujienų srautas

Wiadomości2025.02.28 08:15

Dno Bałtyku to cykająca bomba chemiczna. Czy kąpiele i jedzenie ryb są jeszcze bezpieczne?

Barbara Charyton 2025.02.28 08:15

Dziś największym zagrożeniem na Morzu Bałtyckim wydaje rosyjska flota cieni, przecinająca leżące na dnie kable komunikacyjne. Jednak dno Bałtyku skrywa też inne narastające zagrożenie – z zatopionych statków na dnie morza co roku wydobywa się coraz więcej toksycznych substancji. Czy akcje sabotażowe mogą wydostać je na powierzchnię? I czy jedzenie ryby z Bałtyku i kąpiel wśród fal są jeszcze bezpieczne?

Morze Bałtyckie od wieków było polem walki, co widać też w ostatnich wydarzeniach, gdy rosyjska flota cieni za pośrednictwem chińskich statków dokonała jak dotąd 11 znanych uszkodzeń podwodnych kabli komunikacyjnych, poprzez, jak podejrzewa się, celowe przeciąganie kotwicy dnem morskim. Jednak Bałtyk jest zagrożony nie tylko obecnymi konfliktami, ale też śladami tych byłych.

Mroczne tajemnice dna Bałtyku

Szacuje się, że na dnie Morza Bałtyckiego znajduje się aż ok. 20 tys. znanych wraków statków wojskowych i cywilnych, pochodzących w większości z czasów II Wojny Światowej. Około 10 proc. z nich jest obecnie źródłem poważnego zanieczyszczenia paliwami lub pozostałościami zatopionej amunicji, w tym broni chemicznej.

Zbadać stan sytuacji i znaleźć możliwe skuteczne rozwiązania ma pomóc międzynarodowy projekt BaltWreck.

- Na całej tej drodze ze Wschodu na Zachód, tam, gdzie ewakuowano żołnierzy i ludność niemiecką w czasie II Wojny Światowej, szlaki transportowe, to takich wraków leży wzdłuż tej trasy mnóstwo – zauważa dr hab. inż. Adam Cenian, profesor w Instytucie Maszyn Przepływowych Polskiej Akademii Nauk i koordynator projektu BaltWreck.

- Musimy mieć świadomość, że wraków w Morzu Bałtyckim są tysiące. Setki z nich są istotnie zanieczyszczone, zawierające w sobie dużą ilość paliwa. Bo pamiętajmy, że to nie są jednostki wyholowane i zatopione - one zatonęły w trakcie różnych działań wojennych, różnych sytuacji kryzysowych, mając na sobie czy w sobie spore ilości paliwa – zauważa dr hab. inż. Benedykt Hac, hydrograf i emerytowany oficer Marynarki Wojennej, od 40 lat prowadzący badania wraków.

- Zwykle jesteśmy przyzwyczajeni do operowania wielkościami w litrach, czyli powiedzmy samochód tankuje 50 litrów. Natomiast jeśli chodzi o statki, rozmawiamy o setkach lub tysiącach ton, a więc w sytuacji takiej, kiedy tankowiec, który leży na środku Zatoki Gdańskiej i wiemy, że kiedy tonął, miał na sobie, powiedzmy, mniej niż 3 tys. ton, w tej chwili ulegnie degradacji gwałtownej poprzez działanie korozji i uwolni z siebie nawet kilkadziesiąt ton, to jest bardzo kryzysowa sytuacja, w której będziemy musieli gwałtownie działać – zauważa specjalista od wraków.

Ogromnym problemem w tym przypadku, jak zaznaczają naukowcy, jest też rodzaj paliwa, jakim tankowano statki w czasach wojny oraz sposób, w jaki te statki zostały zatopione. Przykładem może tu posłużyć wrak statku „Stuttgart”, największe obecnie znane źródło toksycznych odpadów u polskiego wybrzeża.

Naukowcy podają, że statek „Stuttgart” w 1943 r. został zbombardowany, wyprowadzony z portu w Gdyni, a potem dodatkowo był jeszcze rozstrzelany i zaminowany. Obecnie wokół wraku aż 40 hektarów dna jest zalanych ciężkim paliwem, co powoduje bezpośredni wpływ na cały ekosystem w tym obrębie.

- Tutaj problem polega na tym, że Niemcy pod koniec wojny nie mieli już paliwa takiego standardowego i żeby te statki poruszać używali tzw. oleju czy smoły pogazowej. To taka ciecz, która powstaje w trakcie pirolizy węgla. Ta smoła jest, po pierwsze, rakotwórcza.

Co więcej, ona nie zasycha tak jak na przykład mazut i w związku z tym stanowi duże zagrożenie dla fauny, czyli dla ryb, dla zwierząt, które się w tym taplają i, oczywiście, stanowi zagrożenie również dla ludzi – tłumaczy dr inż. Cenian.

Naukowiec zaznacza, że każdy z tysięcy wraków jest na innym etapie rozkładu i niektóre z nich, na szczęście, są jeszcze w miarę w niezłym stanie, czyli paliwo ze statku się nie rozlało i na razie pozostaje w środku. Jednak jak długo? Badacze podkreślają, że każdego roku korozja niszczy poszycie statków.

- My się wielkimi krokami do tego zbliżamy, bo rdza niestety nie ustaje w swoim działaniu i po prostu te wraki kolejno będą się opróżniały w jakiś mniejszy albo bardziej efektywny, może nawet efektowny sposób, bo być może będą duże plamy, a być może będzie to powolne wysączanie – zaznacza dr inż. Hac, były kierownik zakładu oceanografii operacyjnej Instytutu Morskiego w Gdańsku.

- Obok cykają bomby. My nie wiemy stanu tego cykania, prawda? To jest trochę tak, jak chodzenie po minach. Lada moment mogą się następne wraki otwierać i wtedy tego kłopotu będzie dużo więcej – dodaje dr inż. Cenian.

- Problemy z wrakami, z których wycieka ropa, ma Estonia, ma Finlandia mają Szwedzi. Takie przypadki zdarzają się na wodach duńskich – zauważa hydrolog.

Pod falami Bałtyku – tysiące ton broni chemicznej

Rakotwórcze paliwo nie jest jednak jedynym problemem – głębie Bałtyku skrywają też tysiące ton pozostałości broni chemicznej, chodzi też o takie substancje jak trotyl czy arsen.

- To jest istotny problem, ponieważ w obrębie Głębi Bornholmskiej leży około 40 tys. ton amunicji zawierającej broń chemiczną. Czystej chemii jest tam pewnie jakieś 15-20 tys. ton. To jest ogromna ilość. Kolejne 2 tys. ton jest na Głębi Gotlandzkiej, czyli to już w w samym środku Bałtyku. Mówi się o tym, że w obszarze Zatoki Gdańskiej jest 30 ton - podkreśla dr inż. Hac.

- Chodzi tu o TNT zawarty w broni konwencjonalnej, czyli jakichś ładunkach wybuchowych, pociskach, torpedach, w minach i wszelkiego rodzaju tego typu uzbrojeniu elaborowanym właśnie przez materiały wybuchowe, a zatopiono takiej broni w Morzu Bałtyckim kilkaset tysięcy ton. I ponieważ TNT czyli tzw. trotyl jest czynnikiem silnie rakotwórczym, no to mamy problem – dodaje.

Naukowcy w ramach projektu BaltWreck chcą rozpracować tak jak w przypadku wraków metody oczyszczania i neutralizacji broni chemicznej. Zaznaczają, że prace badawcze przy wycieku paliw z wraków mogą okazać się też użyteczne właśnie przy eliminacji gruntu, czyszczeniu gruntu skażonego bronią chemiczną zawierającą arsen.

W jakim stopniu zagrożone jest wybrzeże litewskie?

Badacz w Instytucie Badań Morskich Uniwersytetu Kłajpedzkiego dr Sergej Suzdalev zauważa, że w ramach projektu najwięcej uwagi zostanie poświęcone wrakom na polskich, niemieckich i litewskich wodach terytorialnych, chociaż na tych ostatnich notuje się stosunkowo niedużą liczbę wraków.

- Spośród tych 20 tys. wraków znalezionych na dnie Morza Bałtyckiego, na litewskich wodach terytorialnych nie mamy tak wielu, ale o ile udało mi się dowiedzieć, mamy około 19 oficjalnie zarejestrowanych wraków – podaje.

Naukowiec zaznacza, że większość z obecnych na litewskim terytorium wraków to drewniane statki, które należą raczej do pola badań archeologów i archeologów podwodnych, są elementem dziedzictwa kulturowego.

Jednak specjaliści ochrony środowiska zauważają, że jeden ze znalezionych wraków jest prawdopodobnie obiektem wojskowym.

- W naszej okolicy znajduje się też kilka zatopionych okrętów podwodnych, a nie tak dawno, w rejonie planowanej morskiej farmy wiatrowej odkryto niezidentyfikowany zatopiony obiekt, o którym również na razie nie ma zbyt wielu informacji. Będzie on natomiast objęty badaniami w ramach projektu BaltWreck – zauważa dr Suzdalev.

Specjalista zaznacza, że dla litewskich badaczy szczególne znaczenie mają obecnie dwa obiekty - wojskowy okręt podwodny oraz statek prawdopodobnie cywilny.

Na razie nie wiadomo jednak, czy na tych obiektach są niebezpieczne odpady. Specjaliści ochrony środowiska podejrzewają, że okręt podwodny może zawierać resztki paliwa, ale potwierdzić to mają dopiero specjalistyczne badania w ramach projektu BaltWreck.

Sabotażowe przecinanie kabli zdrowiu nie zagraża

Wykładowca Uniwerstytu Kłajpedzkiego zapewnia, że powstarzające się od kilku miesięcy przypadki uszkodzenia i zerwania kabli komunikacyjnych, znajdujących się na dnie Bałtyku, w dużej mierze nie zagrażają ekologii, chociaż zależy to od lokalizacji.

- Jeśli dno jest muliste lub zawiera dużo metali ciężkich, przeciąganie kotwicy może zmącić wody i wydostać to na zewnątrz, ale sam fakt zerwania kabli nie jest tragedią z perspektywy środowiska. Byłoby gorzej, gdyby chodziło tu o ropę – mówi dr Suzdalev.

- Na większości obszarów morskich, po których pływają takie statki, nie występują jakieś szczególnie toksyczne źródła, których poruszanie byłoby niebezpieczne dla środowiska. Jest, co prawda, miejsce, w którym znajdują się ogromne składy broni chemicznej, ale jest ono bardzo daleko, w Głębi Gotlandzkiej, a jest to duża głębokość – dodaje.

Czy ryby i woda w Bałtyku są rakotwórcze?

Polscy naukowcy, od lat zajmujący się badaniem wraków i stanu wód morza zapewniają, że na razie wyniki badań nie wskazują na znaczące ilości niebezpiecznych substancji w bałtyckich rybach.

- Na dziś bym powiedział tak - proszę się nie obawiać, można się kąpać, można korzystać z owoców morza, które się łowi, dlatego, że są oficjalne badania Morskiego Instytutu Rybackiego w Gdyni, który wyraźnie powiedział, jakie są wartości. One są dla naukowców istotne, bo są wykrywalne. Natomiast dla przeciętnego, przepraszam, że się tak wyrażę, zjadacza ryb nie jest do wyobrażenia, że można byłoby zjeść 20 ton ryb po to, żeby się otruć, bo taka byłaby mniej więcej skala – tłumaczy hydrolog Benedykt Hac i dodaje, że chodzi tu o wartości rzędu piko- czy nanogramów.

Jedno jest pewne – substancje te w organizmach bałtyckich ryb są już wykrywalne i nie jest to tendencja korzystna.

- Na razie są pewne wyniki, które mówią o tym, że w niektórych miejscach, np. w okolicy wraku „Stuttgart” te ryby są już dosyć skażone. (…) Tutaj właśnie w Zatoce Gdańskiej mamy więc problem. Ja zawsze mówię, że jak ktoś tu przyjeżdża na flądrę do Gdańska i płaci duże pieniążki, no to musi powąchać, czy ta ryba nie pachnie lekko wędzonką, bo to zgazowanie ma trochę zapach wędzenia – tłumaczy dr inż. Adam Cenian.

- Na szczęście na całym wybrzeżu nie jest jeszcze tak strasznie, ale chcemy zbadać jaki wpływ ma np. TNT i tu będą szczególnie zaangażowani nasi partnerzy z Niemiec, ale też z Litwy, ponieważ na Litwie jest instytut, który się zajmuje właśnie wpływem tych skażeń na zdrowie ryb. I będziemy coś więcej wiedzieli za trzy lata, kiedy ten projekt będziemy już kończyli, bo na razie dopiero zaczynamy – dodaje.

Litewski naukowiec dr Sergej Suzdalev potwierdza opinię polskich kolegów i obecną sytuację wód Bałtyku określa jako „stabilnie niezmienną”.

- Oznacza to, że sytuacja nie jest ani dobra, ani zła. A więc na razie stwierdzamy, że kąpać się można. Oczywiście nie zaleca się kąpieli, kiedy woda jest w pełnym rozkwicie, bo jest tam też więcej bakterii – tłumaczy dr Suzdalev.

Badacz zauważa też, że Zatoka Gdańska jest z pewnością bardziej wrażliwym i niebezpiecznym obszarem pod względem zanieczyszczenia w porównaniu z litewskim wybrzeżem. Jednak, jak zapewnia, skoro w Polacy nie zakazują wypoczynku na swoim wybrzeżu, to Litwa tym bardziej nie ma na razie podstaw do obaw o bezpieczeństwo kąpieli.

Niepewna przyszłość Bałtyku

Ekolodzy od lat alarmują, że przyszłość Bałtyku wygląda mało optymistycznie – obecne zanieczyszczenie morza, które jest dość izolowanym zbiornikiem wodnym, dodatkowo będą nasilały globalne zmiany klimatu. Czy zatem za 10 czy 20 lat Bałtyk będzie się jeszcze nadawał do użytku?

- Jeśli nie będziemy robili nic, aby poprawić obecną sytuację, to pod wpływem zmian klimatycznych będziemy po prostu obserwować powiększające się każdego roku obszary zanieczyszczeń, rozprzestrzenianie się bakterii. Ponieważ im jest wyższa temperatura, tym lepsze są warunki do rozwoju bakterii, co automatycznie prowadzi do wzrostu wszystkich stref beztlenowych, które i tak są już dość rozpowszechnione w dolnych warstwach Morza Bałtyckiego – wyjaśnia badacz Uniwersytetu Kłajpedzkiego.

- Ale wielokrotnie powtarzaliśmy, że nawet gdybyśmy dziś przestali zanieczyszczać całe Morze Bałtyckie, jego samoistna regeneracja zajęłaby co najmniej 30-40 lat. Trzeba być realistą i zdawać sobie sprawę, że prawdopodobnie nigdy do tego nie dojdzie – ocenia dr Suzdalev.

Podobnie sytuacja wygląda w przypadku zanieczyszczenia odpadami z wraków – polscy naukowcy zaznaczają, że przyroda jest sobie w stanie poradzić nawet z tak znaczącym niebezpieczeństwem, jednak zajęłoby to w przypadku Bałtyku ok. 200-300 lat.

- 200 czy 300 lat nie jeść ryb albo albo jeść ryby poważnie zatrute to nie jest perspektywa pocieszająca. (…) Nie chcemy czekać tych 200 lat, żeby te ryby najadły się jeszcze więcej tych rakotwórczych substancji. Chcemy właśnie jakoś przyspieszyć ten proces – twierdzi dr inż. Adam Cenian.

Dodatkowo jednak czas pracuje na naszą niekorzyść - moment, w którym zaczną się uwalniać środki chemiczne z broni chemicznej jest coraz bliższy.

- Może się okazać, że ten nacisk środowiskowy i spowodowany przez broń chemiczną np. na rybę spowoduje, że tych ryb będzie mniej, bo one po prostu nie będą w stanie się rozwijać, będą wymierać na wczesnym etapie rozwoju. I efekt końcowy będzie taki, że będziemy mieli morze, będziemy mieli jakieś tam ryby, ale będzie ich wielokrotnie mniej. Mogą nastąpić takie zmiany w tym środowisku, że być może będą glony, będą inne organizmy, ale nie będzie ryb i to środowisko będzie absolutnie ubogie – tłumaczy hydrolog Hac.

Jest to zatem powód, dla którego naukowcy dzisiaj szukają rozwiązań, przewidując niekorzystny rozwój sytuacji w przyszłych latach.

Projekt BaltWreck – szansą na ratunek

Projekt BaltWreck, finansowany przez unijny program „Interreg. Południowy Bałtyk“ ma być odpowiedzią na narastające zagrożenie ekologiczne z zatopionych wraków. Projekt do 2027 r. ma pomóc nie tylko zbadać obecny stan wraków, wpływ toksyn na florę i faunę, ale i opracować metody zwalczania skażenia Bałtyku.

Wcześniej używane mechaniczne sposoby usuwania zanieczyszczeń, zdaniem naukowców, nie dość, że są one kosztowne, to powodują katastroficzne szkody dla środowiska – jakby nawet udało się wypompować całe zanieczyszczenie, to utylizacja skażonego gruntu wymagałaby spalania, co uwolniłoby do atmosfery miliony ton CO2.

Dr Hac zapewnia, że obecny poziom wiedzy naukowców jest na tyle wysoki, że można spróbować metod nie tylko bardziej korzystnych środowiskowo, ale i tańszych, do tego jeszcze bardziej efektywnych i długofalowych. Co więcej – praktycznie niewidocznych i niemających skutków ubocznych.

Chodzi o wyjątkowe rozwiązanie, nad którym pracują polscy naukowcy – całą pracę oczyszczania mają tu wykonać bakterie.

- Będziemy w naszym instytucie zajmowali się taką metodą bioremediacji z wykorzystaniem bakterii tlenowych. Pan dr Hac będzie się zajmował wspieraniem bakterii beztlenowych, które już istnieją i działają koło tego wraku, sprawdzimy, jak przyspieszyć ich działania. Bo te bakterie czy mikroorganizmy cały czas działają i powoli oczyszczają, ale bez naszego wsparcia będzie to trwało setki lat – podaje koordynator projektu BaltWreck dr inż. Adam Cenian.

Metoda ta ma być zastosowana w przypadku najgorszego z wraków – „Stuttgartu”. Jeżeli sprawdzi się w jego przypadku, niewątpliwie będzie skuteczna również przy obiektach o mniejszym wycieku. Co więcej, może okazać się skuteczna nawet w przypadku likwidowania skutków broni chemicznej w morzu.

Natomiast strona litewska ma w ramach badań ma wypróbować inne rozwiązanie – zastosowanie wraz z innymi metodami badań chemicznych metody molekularnej.

- To jest coś takiego jak środowiskowe DNA, czyli właśnie materiał genetyczny, który jest obecny np. w osadach dna Morza Bałtyckiego. Możemy wykryć ślady DNA z tych próbek za wystarczająco długi okres czasu i możemy wykorzystać te wyniki do stworzenia wskaźników biologicznych do oceny wpływu na środowisko – tłumaczy dr Suzdalev z Uniwersytetu Kłajpedzkiego.

Udział w projekcie BaltWreck bierze 14 instytucji naukowych z 4 krajów nadbałtyckich: Polski, Litwy, Niemiec i Szwecji, swój udział w działaniach będą miały też instytucje partnerskie. Aktywne działania badawcze na Litwie będą prowadziły Uniwersytet Kłajpedzki i Centrum Badań nad Przyrodą, przy współpracy z Agencją Ochrony Środowiska.

Dr Suzdalev zaznacza, że projekt będzie się skupiał właśnie na wodach terytorialnych Polski, Litwy i Niemiec. Tu szczególnie ważna będzie rola strategicznej współpracy litewskich instytucji badawczych z polskimi.

- Jeśli chodzi o współudział w tym projekcie, to oczywiście będziemy pośredniczyć i komunikować się z innymi instytucjami naukowymi, zwłaszcza z Uniwersytetem Gdańskim, który będzie odpowiedzialny za organizację takich wypraw – podał.

Pierwsze wyprawy mają się odbyć już w tym roku. Litewscy badacze planują dwie wyprawy do wyznaczonych wraków, które zaplanowane są na lipiec. Obecnie prowadzone są prace przygotowawcze.

- Cóż, chciałbym, abyśmy mogli całkowicie zlikwidować to zanieczyszczenie, ale myślę, że jest to bardziej utopia niż rzeczywistość. Ale z drugiej strony, małe działania są nadal lepsze niż nie robienie niczego – podsumowuje dr Suzdalev.

Ostateczne wyniki badań mają natomiast być wiążące – inicjatorzy projektu zakładają, że w ślad za wynikami muszą nastąpić realne decyzje polityczne, mogące uratować Bałtyk.

LRT has been certified according to the Journalism Trust Initiative Programme

Najnowsze, Najchętniej czytane