Naujienų srautas

Wiadomości2024.11.28 10:05

Dorota Mamaj: 4 lata sukcesów i wyzwań. Wyjeżdżam z Wilna spełniona zawodowo

Renata Dunajewska, LRT.lt 2024.11.28 10:05

Blisko pół tysiąca imprez w ciągu czterech lat, wyjątkowe wystawy w różnych miastach i miasteczkach Litwy, promocja polskiej kultury poprzez edukację i degustacje, a co najważniejsze – utrzymanie świetnych kontaktów z partnerami litewskimi – takim dorobkiem może się poszczycić Dorota Mamaj, dyrektor Instytutu Polskiego w Wilnie, która kończy swoją pracę w Wilnie i wraca do Warszawy.

Cztery lata minęły bardzo szybko, ale były to niezwykłe lata, bo na początku Pani kadencji świat przeżywał pandemię i trzeba było w trudnych warunkach jakoś działać.

To były wyjątkowe cztery lata. Istotnie, pierwsze dwa lata była pandemia i dotknęła ona właściwie cały świat. Dotknęła w dużej mierze, oczywiście, świat kultury. Cała kultura została zamknięta po raz pierwszy. To było doświadczenie dla wszystkich osób, które nie tylko zajmują się kulturą w sensie promocji kultury, ale przede wszystkim dla twórców, artystów, aktorów, konserwatorów, muzealników, bo tak naprawdę zostaliśmy zamknięci w domach.

No ale co to za kultura, która nie ma kontaktu z ludźmi? W związku z czym to było ogromne wyzwanie, ażeby wytworzyć nowe narzędzia promocji. Wtedy faktycznie uświadomiliśmy sobie o niewiarygodnej mocy i potędze internetu, że, aczkolwiek nie ma bezpośrednich kontaktów, to mimo wszystko można zachęcać ludzi do czytania, do przeglądania filmów i własnych archiwów. Do zainteresowania się teatrami. Zresztą, proszę zauważyć, że teatry grały i grały bez widzów. Można było obejrzeć na żywo relację. Sama zakupywałam bilety do teatrów w ramach wsparcia tej legalnej kultury. Uświadomiliśmy sobie, że osoby, które pracują w obszarze kultury, zostały bez środków do życia. Było to absolutnie przerażające, a poza tym nie działa księgarnia, nie można pójść do kina, pozamykane muzea. Była to wizja absolutnie katastroficzna, aczkolwiek tak jak zawsze powtarzałam, że co człowieka nie zabije, to go wzmocni.

Nauczyliśmy się funkcjonować w tej absolutnie nienormalnej i chorej rzeczywistości, bo nie było innego wyjścia. Nie mogliśmy pozwolić sobie na to, żeby zamknąć również, na przykład, Instytut. To absolutnie nie wchodziło w grę. Bardzo się cieszę, że nasze ministerstwo dało taką możliwość i że pracowaliśmy, oczywiście, w systemie zmianowym, w maseczkach, z zachowaniem środków bezpieczeństwa, ale mieliśmy tę możliwość, mogliśmy przygotowywać każdego dnia swój pakiet informacji. To były informacje właśnie o literaturze, o filmie, o kinie. Przywoływaliśmy filmiki, publikowaliśmy to, co można było. Istotnie, były to takie dwa lata. To było ogromne wyzwanie.

Potem, po pandemii, te większe instytucje kultury odżyły w miarę szybko. Małe nie wszystkie wróciły do działalności. Małe prywatne muzea czy galerie po prostu upadły. Natomiast duże instytucje, zwłaszcza te, które są dofinansowane przez państwo, w miarę szybko wróciły do normalnego działania, co nas bardzo cieszyło, bo to oznaczało, że możemy zacząć działać normalnie. Myślę, że po pandemii minimum 6 miesięcy to był taki troszkę czas po kryzysie, że już mogliśmy cokolwiek robić, ale jeszcze nie w pełnym wymiarze. Natomiast ostatnie półtora roku to jest naprawdę okres bardzo ciężkiej pracy z ogromną ilością projektów. I to już jest taka rzeczywistość, w jakiej powinniśmy pracować.

W Wilnie działa kilka instytutów kultury przy ambasadach państw zagranicznych. Ale większość ludzi przyznaje, że Instytut Polski jest najaktywniejszym instytutem pod względem propozycji kulturalnych. Widoczny jest w kinie, w teatrze, w muzeach. Realizuje dużo projektów w szkołach. Jak się udaje to wszystko połączyć?

To jest niełatwe zadanie. W sumie jest nas 9 osób, z czego projektami zajmują się 4 osoby plus dyrektor. To nie jest dużo, zważywszy na to, że w skali roku organizujemy ponad 130 projektów. To łatwo policzyć, ile wypada w tygodniu. I to są czasami projekty bardzo duże, wymagające nakładu, wysiłku, organizacji, wyliczeń. Bo za tym wszystkim stoją, oczywiście, pieniądze polskiego podatnika. W związku z czym bierzemy na siebie odpowiedzialność wydania ich absolutnie zgodnie z obowiązującymi przepisami. To nie jest łatwe zadanie, ale to jest możliwe. To jest po prostu kwestia chęci, ale też i zadań, jakie otrzymujemy z naszego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, bo każdy Instytut Polski działający w świecie otrzymuje zadania i my staramy się przygotować wcześniej wkład do takich zadań.

Będąc na Litwie i w Wilnie najlepiej wiemy, jakie jest zapotrzebowanie rynku, jakie wydarzenia odbiorcę interesują, kto do nas przychodzi, czy należy zrobić piątą czy piętnastą edycję, czy po prostu po którejś edycji to wydarzenie zawiesić. W związku z czym, jak otrzymujemy zadania, to oczywiście te zadania staramy się realizować, ale sami robimy też mnóstwo projektów autorskich.

To, że nie działamy tylko w Wilnie, to myślę, że też świadczy o naszym sukcesie. Nie jest sztuką zaprosić jakiegokolwiek artystę z Polski do Wilna. Wilno jest stolicą i stolica ma ten przywilej, że bardzo chętnie przyjeżdżają wszyscy. Natomiast zadaniem i marzeniem oraz sensem działalności Instytutu było, ażeby z tą kulturą polską dotrzeć do miast poza Wilnem. Są takie miasta, jak Kłajpeda, Płungiany, Szawle, Poniewież, Kowno, Kiejdany, z którymi mamy bardzo dobrą współpracę. I wtedy to, co przywozimy, jest bardzo dobrze przyjmowane. Staramy się oczywiście zawsze, ażeby, jeżeli jest to wystawa, przygotować opisy w języku litewskim. Jeżeli mamy większy budżet, to również w języku angielskim. Bo mamy świadomość tego, że jesteśmy w kraju absolutnie wielokulturowym i wielojęzycznym. I zawsze, nawet w najmniejszej miejscowości na Litwie, zdarzają się młodzi ludzie, którzy świetnie komunikują się w minimum trzech językach.

Dlatego dla nas to jest wyzwanie, ażeby dotrzeć do młodych ludzi. Mamy świadomość tego, że nawet najskromniejszy projekt, dobrze przygotowany, z dobrze przygotowaną promocją może zaistnieć w lokalnej społeczności. I to czynimy. Uważam, że jest to w dużej mierze nasz sukces, bo tak jak powiedziałam, tutaj w Wilnie, nie musimy specjalnie ponosić ani kosztów, ani nawet powiedziałabym wysiłku takiego organizacyjnego, ponieważ Instytut na rynku wileńskim jest naprawdę marką.

Przez prawie 30 lat funkcjonowania tej instytucji zrobiliśmy tak dużo w obszarze polskiej kultury, że Litwini sami zwracają się do nas o kolejną edycję kina polskiego, o nasz udział w teatrach, o akcenty polskie w kinie, np. w Międzynarodowym Festiwalu Scanorama czy w Kino Pavasaris. To jest dla nas bardzo dobre. To jest dla nas zaszczytem, wyróżnieniem, że ludzie pamiętają, że Instytut Polski robi naprawdę dobre wydarzenia.

Nie jest to pierwsza Pani placówka w życiu zawodowym. Jak wielokulturowe Wilno wyglądało na tle innych? Czy można go porównać z innymi?

To jest placówka wyjątkowa. Z racji tego, że mieszka tu ponad 270 tysięcy Polaków. To jest w ogóle coś niewiarygodnego. Nie ma tutaj Polonii, tutaj są Polacy, którzy mieszkają od zawsze, od pokoleń. To było dla mnie takie zjawisko, które po raz pierwszy spotkałam w swojej pracy w takiej skali. Bo dotychczas na placówkach, w których byłam, a miałam bardzo często uprawnienia konsularne, byłam konsulem, to zawsze była grupa polonijna, ale to była Polonia, to byli ludzie, którzy zostali - w przypadku Azerbejdżanu byli to jeszcze zesłańcy - albo, którzy sami wyemigrowali.

Natomiast tutaj to było coś, z czym się zderzyłam po raz pierwszy. W pierwszym tygodniu zastanawiałam się, jak funkcjonować. Bo tak naprawdę Instytuty swoją ofertę programową adresują do kraju urzędowania, czyli tak naprawdę do Litwinów, do odbiorcy litewskiego. Tutaj się nagle okazało, że na pierwsze wydarzenie, które miałam okazję otworzyć, przyszła ogromna grupa ludzi, owszem, Polaków, ale z litewskimi paszportami. I zadawałam sobie pytanie: coś jest tutaj na rzeczy. Trzeba się naprawdę dobrze zastanowić, dla kogo my tę ofertę mamy. Bardzo szybko zrozumiałam, że oferta Instytutu Polskiego promująca kulturę polską jest dla wszystkich mieszkańców Litwy. Nie możemy robić żadnego podziału. My jesteśmy tutaj po to, żeby ludzi łączyć, a nie dzielić. Zwłaszcza, że obszar kultury to są miękkie narzędzia, które wspomagają politykę zagraniczną państwa, w związku z czym mamy naprawdę bardzo dobrą rolę do odegrania.

W czasie mojego pobytu tutaj wybuchła pełnoskalowa wojna w Ukrainie. Po wyborach w Białorusi sytuacja jest tragiczna. Ci, którzy chcieli być wolni, wyjechali. Opuścili swój kraj, co też jest tragiczne dla tych ludzi. W związku z czym na nasze wydarzenia przychodzą Polacy, Litwini, Białorusini, Ukraińcy. Oczywiście mamy bardzo dobrą współpracę, również z diasporą żydowską, z litwakami. To świadczy o wielokulturowości miejsca, w którym przyszło mi pracować.

Jakie wydarzenia najbardziej się zapamiętały, z których Pani ma ogromną satysfakcję, że się udało je zorganizować? Wiemy, jak trudno jest ściągać artystów czy innych twórców, którzy mają wypełniony swój czas na kilka lat do przodu.

Nie chciałabym nikogo skrzywdzić mówiąc, że ten projekt był dobry, a tamten słabszy. Ale myślę, że zawsze wrażenie robią na widzach czy na odbiorcach takie wydarzenia, podczas których można obejrzeć rzeczy wyjątkowe. I takimi wyjątkowymi rzeczami na pewno dla mnie samej była wystawa arrasów ze zbiorów Zamku Królewskiego na Wawelu. Oczywiście, byliśmy tylko partnerem tego wydarzenia, ale mimo wszystko w mojej pracy zawodowej był to ogromny zaszczyt i wyróżnienie, ponieważ po raz pierwszy nawet jako Polka, która wielokrotnie odwiedzała Wawel, nie widziałam takiej ilości wystawionych arrasów i eksponowanych w tak przepiękny sposób. To było naprawdę coś wyjątkowego.

To samo dotyczy, kiedy przyjechała zbroja Zygmunta Augusta z jego okresu dziecięcego. Po raz pierwszy zawitała do Kowna wystawa wszystkich prac Nikifora. To było coś absolutnie wyjątkowego. Nawet to, co robiliśmy w ostatnim czasie, czyli wystawa dedykowana znakomitemu rodowi Paców. Budynek, w którym siedzimy (Instytut Polski w Wilnie – red.), również należał do Paców. Wystawa dotycząca malarstwa renesansowego ze zbiorów Zamku Królewskiego na Wawelu. Unikat absolutny.

Natomiast też bym chciała powiedzieć o takiej wystawie, którą robiliśmy sami i którą sami wymyśliliśmy w wyniku mojej współpracy jeszcze z czasów pracy na Białorusi. To była wystawa, która nazywała się bardzo ładnie „Tałesy, kapoty, załóżki”, która była dedykowana ubiorom polskich Żydów od średniowiecza do czasów współczesnych. To było też coś wyjątkowego, bo po pierwsze była to wystawa, która pokazywała, że Żydówki były również bardzo zamożne. Chodziły pięknie ubrane, na te stroje przeznaczały majątek. Stroje były projektowane, wyszywane ręcznie złotą nitką, ozdabiane perłami czepce, które były wykonane właśnie w pracowni rekonstrukcji dawnego ubioru Nomina Rose. To było coś absolutnie wyjątkowego, ale dla mnie osobiście było to o tyle bardzo ważne, ponieważ stanowiło połączenie dwóch instytucji. To było to, nad czym Instytut pracuje i co jest właściwie rolą Instytutu - taka rola menadżera kultury, że po jednej stronie mamy Instytut Polski, a po drugiej Muzeum Gaona Wileńskiego i wspólnie mieliśmy trzeciego partnera, który przywiózł gotowy produkt, wystawę i sukienki.

Zrobiliśmy coś wyjątkowego, pokazaliśmy to, co było przywiezione z Polski, a uzupełnieniem były zbiory Muzeum Gaona. I to było naprawdę coś wyjątkowego, ponieważ Muzeum Gaona samo zaproponowało, że przygotują rekonstrukcję warsztatu krawieckiego z maszyną, która się u nich została, ale też akcesoria – rękawiczki, okulary, rzeczy osobiste, torebki zamożnych kobiet, pięknie ozdobione. Niektóre miały srebrne rączki, ale też, na co zwróciłam uwagę, właśnie buty. Była para damskich butów, które są w muzeum do obejrzenia. To są takie rzeczy, które pokazują, że człowiek jest śmiertelny. Ale istotnie, jeżeli zadbamy o nasze dziedzictwo, to jednak jakieś elementy, mimo zawieruchy, mimo wojny i absolutnie tragicznego losu Żydów na całym świecie, zostały.

Drugą taką wystawą były warsztaty robione organizowane ze wspólnotą żydowską, z litwakami. To były warsztaty poświęcone kuchni Fani Lewando. Jak wszyscy wiemy, zamieszkiwała ona przed wojną w Wilnie. Prowadziła jarską kuchnię. To było w ogóle coś wyjątkowego na tamte czasy. Kuchnia była wzorowana na przepisach Żydów aszkenazyjskich. Fania Lewando była jedyną Żydówką, która została zaproszona w rejs do Nowego Jorku na statek Stefan Batory.

Udało nam się również połączyć dwie wspaniałe instytucje, czyli Litwaków Wileńskich plus Muzeum Historii Żydów Polskich Polin. Przygotowaliśmy warsztaty. Została przygotowana potrawa, była degustacja. Koordynatorka, która zajmuje się i poświęciła właściwie życie naukowe Fani Lewando, opowiedziała w sposób bardzo dostępny dla wszystkich historię tej niezwykłej kobiety, bo tak naprawdę nie wiadomo, co się z nią stało. Jest taka historia, że ona opuściła getto wileńskie i prawdopodobnie udała się do Polski, do Białegostoku, ale nie ma żadnych dokumentów na to, czy przeżyła wojnę, czy została jeszcze zamordowana w Wilnie, czy już zamordowana w Białymstoku. Aczkolwiek samo to wydarzenie było czymś naprawdę wyjątkowym. Pamiętam, że przyszła przewodnicząca wspólnoty żydowskiej Faina Kukliansky i powiedziała: "To jest projekt dla ludzi i za to Wam dziękuję". I to jest fantastyczne, że właśnie tutejszy partner powiedział, że robicie różne projekty, ale ten to był taki projekt dla ludzi.

Pani w jednej z rozmów powiedziała, że wyjeżdża z Wilna z wysoko podniesioną głową. Jakim Wilno pozostanie w Pani życiu?

To jest dla mnie placówka, z której wyjeżdżam absolutnie spełniona. Mam poczucie, że wykonałam tutaj bardzo dużo pracy, angażowałam się cała sobą. Tak jak powiedziałam wcześniej w jednym wywiadzie, że wszędzie szłam tam, gdzie mnie zapraszano. A zapraszano mnie czasem do miejscowości naprawdę małych, do których trzeba było czasami pojechać 200 czy 300 kilometrów. Ja wszędzie starałam się dotrzeć. Bardzo sobie ceniłam współpracę z małymi ośrodkami, starałam się być otwarta, empatyczna w stosunku do ludzi.

Wyjeżdżam z Wilna z poczuciem takim, że byłam w kolejnej części Wielkiego Księstwa Litewskiego. Po wyjeździe z Białorusi więcej zrozumiałam z tej trudnej, aczkolwiek fascynującej historii. Naprawdę nie jest to możliwe, żeby nawet przez 4 lata zrozumieć wszystko i wszystkie niuanse. Natomiast to Wilno zostanie w moim sercu na zawsze.

To jest absolutnie wyjątkowe doświadczenie, jeśli chodzi o pracę polskiego dyplomaty, a przede wszystkim kogoś, kto pracuje w obszarze kultury. Natomiast, jak powiedziałam, nigdy nie mówię do widzenia. Wyjeżdżając z każdej placówki, zawsze mówię do zobaczenia. Bo w naszej pracy nigdy nie wiadomo, kiedy się nasze losy skrzyżują i czy kiedykolwiek zawitam. Być może jeszcze kiedyś wrócę do Wilna. Natomiast wyjeżdżam stąd absolutnie spełniona zawodowo, co mnie bardzo cieszy.

Praca została wykonana. Instytut doceniany jest bardzo dobrze, jest rozpoznawalny na rynku. Tak jak powiedziałam wcześniej, starałam się od razu po przyjeździe tutaj, ażeby dyrektor Instytutu to była osoba, która absolutnie łączy, która idzie z ofertą koleżeńską, która przekonuje do tego, że kultura polska jest ciągle warta, żeby ją promować. A nawet jeśli nie promować, bo już jest znana, to żeby ją zapraszać.

Mogę powiedzieć, że wykonaliśmy z moimi kolegami jeden krok w kierunku przyszłych obchodów, bo w roku 2026 będzie 30-lecie funkcjonowania Instytutu. I naszym marzeniem, czyli moim i moich kolegów, jest, ażeby na ten rok i na te obchody przyjechała kolekcja Tamary Łempickiej, która znajduje się w tej chwili w Muzeum Narodowym w Lublinie. To byłoby naprawdę spełnienie moich marzeń. Jestem pełna nadziei, że mój następca będzie się tematem dalej interesował i że to jest możliwe do wykonania.

Dziękuję Pani za współpracę. Do zobaczenia.

LRT has been certified according to the Journalism Trust Initiative Programme

Najnowsze, Najchętniej czytane