Spora liczba Polaków jest niezadowolona z obecnych władz. Problem jest w tym, że nigdy nie powiedzą tego otwarcie – mówi w rozmowie z LRT.lt kandydat na mera w rejonie wileńskim konserwatysta Gediminas Kazėnas. Polityk od wielu lat mieszka w rejonie wileńskim, od kilku kadencji pełni funkcję radnego w Radzie Samorządu Rejonu Wileńskiego.
Jak się panu żyje w rejonie wileńskim?
Dziękuję, bardzo dobrze. Jest wspaniale, sąsiedzi są dobrzy. Kiedy zacząłem tu mieszkać, byłem pierwszym Litwinem w miejscowości. Ale nie miałem z tym problemu, ponieważ po polsku mówię dobrze. I to chyba w dużej mierze mi pomogło, miejscowa ludność mnie zaakceptowała. Oczywiście byli też tacy, którzy sceptycznie na mnie patrzyli. Ale ogółem mówiąc, było dobrze. Teraz zróżnicowanie pod względem narodowościowym się powiększa. Coraz więcej nowych ludzi tu przyjeżdża, budują domy i nasza wieś się rozrasta.
Skąd tak dobra znajomość języka polskiego?
Ukończyłem studia w Polsce na kierunku ekonomia ogrodnictwa. Tak się złożyło, że kiedy wróciłem, nie podjąłem pracy w zawodzie. Życie pokierowało mnie w inną stronę. Ale miło wspominam czasy studiów i myślę też, że zdobyta wiedza daje mi trochę zdrowszego podejścia. Nauka o przyrodzie nie da skłamać, powstaje zdrowy logiczny tryb myślenia. W przypadku nauk socjalnych można wszystko traktować lub interpretować w różny sposób. A w przyrodzie jednak jest jak jest. Z tym się nie da walczyć.
Jako mieszkaniec rejonu wileńskiego jakie widzi pan problemy oraz rzeczy pozytywne?
Mówiąc o problemach to mi się wydaje, że obecna władza trochę utraciła poczucie rzeczywistości. Obecnie jej głównym celem jest zachowanie władzy, a nie służenie ludziom i to wpływa na wszystkie podejmowane decyzje. Według mnie, robi się dużą krzywdę dla Polaków, ale też dla Litwinów, którzy w tym kontekście czują się bardzo dyskryminowani właśnie na tle narodowościowym. Dużo rzeczy po prostu nie da się wytłumaczyć, dlaczego jest tak, a nie inaczej. Natomiast mówiąc o rzeczach pozytywnych, ludzie w rejonie wileńskim też się zmieniają. Mi się wydaje, że stosunki polsko-litewskie w rejonie wileńskim nigdy nie były złe, w tej chwili jeszcze bardziej się polepszyły. Ludzie próbują żyć naturalnie, nie akcentując tych rzeczy i myśląc pozytywnie.
Czytaj również
Jest pan radnym Samorządu Rejonu Wileńskiego, widzi pan na bieżąco, co się dzieje w rejonie, jakie decyzje są podejmowane. Czy podczas posiedzeń Rady opozycji udało się zgłosić projekt, który następne został zaakceptowany?
Szczerze mówiąc, nie pamiętam ani jednej propozycji, która by była zgłoszona przez opozycję, a przez rządzących była przyjęta czy zaakceptowana. Pamiętam, jak kiedyś zgłaszaliśmy ustawę apolityczną, związaną z prawami zwierząt. Nawet to było odrzucone. Również wszystkie decyzje podejmowane przez obecne władze są „przepychane” na siłę. Nie uwzględnia się żadnych propozycji czy sugestii ze strony opozycji. Mam czasem wrażenie, że to jest zwyczajna złośliwość, sposób, by „pokazać nam nasze miejsce – my tu rządzimy, władza należy do nas, a wy nam nie przeszkadzajcie, znajcie swoje miejsce”. Z tego powodu jest przykro. Nie mogę tego wytłumaczyć. W pewnym sensie ręce opadają. Ale to nie znaczy, że nic nie robimy. Dalej będziemy proponować, rozmawiać z naszymi ludźmi. Będziemy krytykować, gdzie widzimy taką potrzebę. Nadal będziemy robić to, co do nas należy. Oni robią tak jak potrafią, jak to rozumieją. Trudno. My będziemy robić tak, żeby było lepiej dla wszystkich w rejonie wileńskim.
W listopadzie ubiegłego roku Związek Ojczyzny – Litewscy Chrześcijańscy Demokraci, Związek Liberałów i Partia Wolności po raz pierwszy w historii podpisały umowę koalicyjną i wystawiły pana kandydaturę na stanowisko mera rejonu wileńskiego. Te trzy partie przygotowały też wspólną listę kandydatów do rady samorządu. Będzie to przeciwwaga dla AWPL-ZChR?
Na pewno. Trzeba zrozumieć sytuację i specyfikę rejonu wileńskiego. Obecna partia rządząca jest u władzy od początku lat 90-ych, czyli ponad trzy dekady. W ciągu tych lat zapuściła korzenie w wielu dziedzinach życia, nawet w życiu prywatnym. Trudno to zwalczyć. Odrębną kwestią jest to, że mniejsze partie, w przeciwieństwie do dużych, nie mogą przekroczyć progu wyborczego. Wtedy powstaje taka sytuacja, że głosy wyborców idą do kosza. Dlatego, żeby tego uniknąć, postanowiliśmy zjednoczyć się, żeby jak najmniej głosów opozycyjnych zostało utraconych. To nas zmusza i w pewnym stopniu czujemy odpowiedzialność wobec wyborców, że trzeba tak robić, żeby jak najwięcej osób trafiło do Rady. Oczywiście też, żeby wzmocnić opozycję wobec władzy rządzącej.

Jak ocenia pan swoich rywali w wyborach? Ustępuje wieloletni mer rejonu wileńskiego Maria Rekść. Kandyduje dosyć nowy polityk. Czy w tym wypadku pana szanse wzrastają?
Mam nadzieję, ale wybory pokażą. Jestem w polityce od prawie 15 lat i doszedłem do wniosku, że prognozy w wyborach to sprawa bardzo skomplikowana. I tak naprawdę nikt tego nie może powiedzieć. Na razie można tylko interpretować.
Mówiąc o moim rywalu, Waldemarze Urbanie, jest on mało znany. Dwa razy spotkałem się z nim w Domu Kultury Polskiej w TVP Wilno. Szczególnie nie rozmawialiśmy ze sobą. Podczas naszego pierwszego spotkania to nawet nie było wiadome, że będzie kandydował. Działał po prostu w środowisku Polaków na Litwie. Tylko podczas drugiego spotkania w „Klubie u redaktorów” debatowaliśmy jako kandydaci na mera.
Kolejny rywal pana i kandydat na mera to Robert Duchniewicz z Partii Socjaldemokratów. Też dosyć młoda i ambitna osoba.
Tak, jest dosyć młoda. Ma duże ambicje. Tradycyjnie socjaldemokraci w rejonie wileńskim mają, moim zdaniem, lepszy klimat. Wiadomo, jest to rejon, w którym są liczne mniejszości narodowe, które zawsze będą opowiadały się przeciwko partiom konserwatywnym. To jest naturalne. Dlatego w tym wypadku socjaldemokratom jest znacznie lżej i w tym kontekście mają przewagę w stosunku do nas. Trzeba też zaznaczyć, że w rejonie wileńskim dużo się buduje, wprowadzają się nowe rodziny, głównie z Wilna. Wiadomo też, że nowi osiedleńcy to są ludzie z wyższym wykształceniem, o większych dochodach. Właśnie tacy ludzie opowiadają się za prawicą. Pod tym względem tu jest nasza przewaga. W ten sposób oceniłbym nasze szanse.

W celu zdobycia elektoratu i przekonania do siebie wyborców spotyka się pan z mieszkańcami. Jakie są ich oczekiwania?
Spora liczba Polaków jest niezadowolona z obecnych władz. Problem jest w tym, że nigdy nie powiedzą tego otwarcie. Świadczy to o tym, że nie jest dobrze, że człowiek nie jest wolny.
Inne zagadnienia, o których mówią mieszkańcy, to drogi, połączenia i oczywiście oświata, także brak miejsc w przedszkolach z litewskim językiem kształcenia. Ze szkołami natomiast jest trochę lepiej. Ale wciąż jest ich zdecydowanie za mało. Niektóre problemy możemy zaliczyć do ogólnokrajowych, takie jak np. autobusy szkolne. Jest ich za mało. Dzieci muszą wcześnie wstawać, późno wracają. Brak połączeń powoduje, że nie mogą one brać udziału w zajęciach pozalekcyjnych. Mają duże ograniczenia. Moim zdaniem, sytuacja hamuje socjalizację naszych dzieci. Uważam, że zagadnienia związane z komunikacją powinny być priorytetem. Ludzie muszą się kontaktować, nie może być tylko szkoła-dom. Muszą się spotykać ze sobą. Latem można temu zaradzić, dni są dłuższe, częściowo problem rozwiązują rowery.
Jak w rejonie wileńskim wygląda sytuacja z inwestycjami?
Na pewno inwestycje rosną. Obecna władza lubi się tym pochwalić, a my uważamy, że żadna to ich zasługa. Inwestycje zawdzięcza się temu, że obok jest Wilno. I nie da się tego zahamować. Ale nie jest to zasługa obecnych władz, które próbują ściągać inwestycje. Obecni rządzący o to się nie starają, dużych inwestycji w tym kierunku nie ma.
Rejon wileński ma duży odcinek granicy z Białorusią.
Ochrona granicy państwa nie jest funkcją samorządu, ale mobilizacja, ochrona cywilna są jedną z funkcji samorządności. Pod tym względem nie słychać, żeby samorząd w tym kierunku coś robił. Na naszej liście wyborczej jest osoba, która specjalizuje się w ochronie cywilnej. Mówi, że w rejonie wileńskim jest pole do popisu. Trzeba pracować z ludźmi, przewidywać, mieć plany na wypadek ekstremalny. W kraju jest problem z nielegalną migracją, blisko granicy znajduje się elektrownia atomowa. I tu potrzebna będzie bardziej ścisła współpraca z władzą centralną. Wiemy, że Białoruś nie jest dla nas przychylnym państwem. Trzeba rozmawiać na te tematy z ludźmi, walczyć z propagandą, także z przemytem, chociaż jego poziom się zmniejszył po zbudowaniu ogrodzenia na granicy. Ale pracy jest jeszcze dużo.
Jak pan przekona polskich wyborców, żeby na pana zagłosowali, aby w pana uwierzyli?
Tak bym powiedział: zmuszać nikogo nie będę, udawać kogoś – to też nie w moim stylu, nie w moim charakterze. Nie potrafię tego. Pomagałem wszystkim, którzy zwracali się do mnie o pomoc. Powiem od strony praktycznej. Po co nam się męczyć tam, gdzie w zasadzie wiemy, że wynik będzie znikomy. Za bardzo nie inwestujemy.
Jakie najważniejsze cele i zadania zawiera pana program wyborczy?
Nakreśliliśmy podstawowe 3-4 priorytety. Przede wszystkim uporządkowanie sektora oświaty, dróg i komunikacji, usług komunalnych i przejrzyste zarządzanie funduszami rejonu wileńskiego. Są też inne rzeczy, które należałoby uporządkować, ale to nieco później. Uważamy, że gdy rozwiążemy podstawowe problemy, wówczas zwiększą się nasze możliwości rozwiązania innych zagadnień. Trzeba wszystko robić krok po kroku. Dlatego uważam, że rozwiązując priorytety, zwiększają się nasze możliwości rozwiązywania innych rzeczy i polepszania życia mieszkańców rejonu wileńskiego.





