Ambasada RP i Instytut Polski w Wilnie zapraszają do obejrzenia wystawy „Walka o wolność. Powstanie Styczniowe 1863–1864”, która jest eksponowana przy ogrodzeniu kościoła franciszkańskiego w Wilnie.
Rozmowa z Robertem Kostro, dyrektorem Muzeum Historii Polski w Warszawie.
Jakie najważniejsze wątki ukazuje wystawa i na jakiego odbiorcę jest ukierunkowana?
Wystawa na temat Powstania Styczniowego została przygotowana we współpracy z Ministerstwem Spraw Zagranicznych i zależało nam na tym, żeby przede wszystkim zaakcentować te aspekty, które łączą Polaków z innymi narodami. To jest wystawa, która będzie pokazywana nie tylko w Litwie, ale również w innych krajach. Oprócz tego, co oczywiście zawsze musi być, czyli kiedy wybuchło powstanie i jacy byli najważniejsi dowódcy, właśnie zwracamy uwagę na powstanie na Litwie, Białorusi, na Ukrainie, ale również na udział Żydów w powstaniu. To też jest jeden z ciekawych aspektów. Chcemy pokazać powstanie jako wydarzenie wspólne dla naszych narodów, zwłaszcza tych, które są spadkobiercami dawnej Rzeczypospolitej. Wtedy to był ostatni taki moment, kiedy wszyscy razem walczyliśmy. Może nie ostatni, bo teraz znów wspierając Ukrainę jesteśmy razem, ale tym razem jako osobne państwa. Wtedy trudno było odpowiedzieć, czy Kalinowski był Polakiem, Białorusinem lub Litwinem. Albo Sierakowski? Możemy się kłócić, ale oni sami się specjalnie nie kłócili, tylko walczyli ze wspólnym wrogiem.
Czy to powstanie było nieuniknione, czy musiało wybuchnąć?
Nie ma czegoś takiego jak nieuniknione powstanie. To powstanie miało swoje dowództwo. Najpierw był Komitet Centralny Narodowy, potem był Tymczasowy Rząd Narodowy, który ostatecznie podjął decyzję o wybuchu powstania. Być może można było je jakoś powstrzymać. Chodzi o to, czy cena powstrzymania powstania była równie duża, jak cena wybuchu. Otóż Rosjanie ogłosili brankę, czyli chcieli wziąć do wojska tę najaktywniejszą młodzież, która była podstawą ruchów konspiracji i wszystkich działań, które się toczyły w Królestwie Polskim oraz na Litwie od 1860 roku. Przez kilka lat narastały działania niepodległościowe, manifestacje, rozmaite wydarzenia. Gdyby władze pozwoliły na to, aby zabrać tych ludzi, to byłaby ogromna strata dla narodu, bo poszliby do wojska i zginęliby, ale nie w sprawie polskiej, tylko rosyjskiej, na Kaukazie albo przeciwko Turcji. Nie wiadomo, czy te straty byłyby mniejsze.

Trudno też byłoby zmarnować pewien wysiłek. Przez kilka lat konspiracja się rozwijała i powstańcy chcieli jednak wykorzystać potencjał organizacyjny, który był wcześniej stworzony. Trzeba pamiętać o tym, że ówczesna sytuacja międzynarodowa była taka, że paradoksalnie to powstanie miało pewne szanse. Bo, na przykład, Francja prowadziła bardzo poważne rozmowy sondażowe z Austrią i Wielką Brytanią na temat przystąpienia do wojny ze względu na pomoc po powstaniu. Niestety, ze względu na stanowisko austriackie do tego nie doszło.
Jak Rosjanie w tamtym czasie wykorzystywali powstanie propagandowo?
Rosjanie chcieli jak najszybciej stłumić to powstanie. Poza tym ono stało się podstawą do współpracy przede wszystkim z Prusakami, z Niemcami, bo została zawarta Konwencja Alvenslebena o współpracy przy ściganiu powstania. Władze starały się przede wszystkim rusyfikować te tereny, zarówno zabrane, czyli Litwę, Białoruś, Ukrainę, jak i tereny Królestwa Polskiego. Oczywiście, Rosjanie oskarżali powstańców o to, że byli terrorystami czy ludźmi, którzy burzą porządek, przyczyniają się tylko do nieszczęść. Poza tym prowadzili brutalną politykę represji, czyli powstańców, których schwytali, mordowali, wieszali albo zsyłali na Syberię.
Powstanie poniosło klęskę. Tym niemniej jego przywódcy i uczestnicy są bohaterami.
Tutaj w Wilnie kilku przywódców powstania zostało straconych – Zygmunt Sierakowski, Konstanty Kalinowski, ks. Antoni Mackiewicz, przywódca powstania na Litwie. Józef Kalinowski, późniejszy św. Rafał Kalinowski, został zesłany na katorgę.

Powstanie Styczniowe rzeczywiście było takim powstaniem, które było skierowane przeciwko przeważającym siłom wroga. W związku z tym, niestety, nie mogło odnieść sukcesu. Natomiast pamięć o powstaniu była ważnym fundamentem pamięci narodowej o tym, że jesteśmy Polakami, że chcemy niepodległości. Tych powstańców otaczano czcią i szacunkiem, również w literaturze lub innych tekstach, np. Nad Niemnem, w którym jest mowa o Powstaniu Styczniowym, chociaż wprost nie nazwane.
Co najważniejsze, to pokolenie, które odzyskiwało niepodległość w 1918 roku, niesłychanie się inspirowało Powstaniem Styczniowym. Można tu wskazać na Józefa Piłsudskiego, który sam pisał na temat tego powstania, wielokrotnie o nim mówił. Dla niego właśnie ono było tym najbardziej inspirującym fragmentem historii Polski.
Hasło Powstania Styczniowego „Za wolność naszą i waszą” jest jakże aktualne dziś - w obliczu wojny w Ukrainie. Nabiera ono szczególnego znaczenia.
Walczyliśmy wtedy za waszą i naszą wolność. Zresztą warto powiedzieć, że wielu ochotników zagranicznych również walczyło w Powstaniu Styczniowym: Francuzi, Węgrzy, Włosi, Duńczycy, Niemcy. Można powiedzieć, że było to powstanie wspierane przez wielu ludzi, którzy widzieli carski despotyzm. Dzisiaj jesteśmy trochę w podobnej sytuacji. To znaczy, że Polska, Ukraina, Litwa – jesteśmy zagrożeni przez odradzający się imperializm rosyjski. Dlatego to wywołuje solidarność naszych narodów z Ukraińcami. To wsparcie naszych krajów jest chyba najsilniejsze dla ukraińskich wysiłków, zarówno wojskowe jak i pomoc humanitarna. To przypomina okres Powstania Styczniowego, a też jest jakimś dziedzictwem tej historii. Zachowujemy odrębność, jak również obawę przez rosyjskim imperializmem. Niestety okazało się, że słuszną obawę.

Skąd się wzięło hasło „Za wolność naszą i waszą”?
To jest hasło, które pojawiło się w czasie Powstania Listopadowego, w momencie, kiedy rozmaite ruchy rewolucyjne były dość silne w Europie. W tym czasie odbywała się rewolucja lipcowa we Francji, potem rewolucja w Belgii. Uczestnicy tych powstań mieli jakieś wyjątkowe poczucie solidarności. Mówi się często o tym, że Powstanie Listopadowe uratowało rewolucję belgijską. Niektórzy historycy to kwestionują, ale rozumienie, że ta walka służy nie tylko polskiej sprawie, ale również sprawie wolności innych ludów było głęboko zakorzenione.
Wystawa po Wilnie powędruje do innych krajów. Czy jest szansa, że będzie eksponowana w Ukrainie?
Jeśli chodzi o Ukrainę, to tutaj jest ogromne zainteresowanie współpracą z Polską. Jako Muzeum Historii Polski pokazywaliśmy wystawy ukraińskie w Warszawie. Ukraińcy pokazują nasze wystawy u siebie. Myślę, że wojna nie przeszkadza temu, aby współpraca, oczywiście w ograniczonym stopniu, była kontynuowana.





