Naujienų srautas

Wiadomości2026.09.04 11:32

„Albo oddaj za grosze, albo czekaj”: rolnicy liczą koszty trudnego sezonu

Anna Grigoit, LRT.lt 2026.09.04 11:32

Jeszcze na początku lata wiele pól zapowiadało całkiem dobre zbiory. We wrześniu część rolników zamiast ton liczy już jednak straty. W jednych gospodarstwach grad wybił znaczną część ziarna, w innych zboże, przemoczone kolejnymi opadami, zaczęło kiełkować jeszcze w kłosach. Nawet ci, którym udało się zebrać plony, nie spieszą się ze sprzedażą – ceny skupu określają jako jedne z najniższych od wielu lat. Do pogodowych strat dochodzą wysokie koszty paliwa i nawozów oraz coraz bardziej palące pytanie: z czego sfinansować kolejny sezon.

Oficjalne prognozy plonów nie dają na razie powodów do alarmu w skali całego kraju. Według oceny Litewskiego Centrum Nauk Rolniczych i Leśnych (LAMMC) z 20 sierpnia wydajność wielu upraw powinna w tym roku pozostać zbliżona do średniej wieloletniej, a w niektórych przypadkach nawet ją przekroczyć. Naukowcy zwracają jednak uwagę, że deszczowa i pochmurna pogoda już odbiła się na jakości ziarna i nasion. Jeszcze w lipcu LAMMC ostrzegało, że przedłużające się opady mogą utrudnić żniwa, zwiększyć ryzyko wylegania zbóż i strat w plonach. W sierpniu, z powodu niesprzyjających warunków pogodowych, Ministerstwo Rolnictwa musiało nawet wydłużyć część terminów prac polowych.

„Tak niskiej ceny owsa nie pamiętam”

Tauras Kurdzikauskas wraz z żoną prowadzi w rejonie trockim około 600-hektarowe gospodarstwo ekologiczne. Uprawiają głównie owies, grykę i pszenżyto – rośliny, które najlepiej sprawdzają się na ich ziemiach.

Tegoroczne zbiory rolnik określa jako przeciętne.

– Nie jest ani szczególnie dobrze, ani szczególnie źle. Problem w tym, że w tym roku bardzo trudno sprzedać zboże, a ceny są bardzo niskie – mówi.

Najbardziej uderzyła go sytuacja na rynku owsa. Jak twierdzi, za tonę oferuje się dziś około 170 euro, a nawet przy takiej cenie trudno znaleźć kupca.

– W ubiegłym roku owies kosztował 300–330 euro za tonę. Rolnictwem zajmuję się od 2008 roku i nie pamiętam tak niskiej ceny skupu. Specjalnie sprawdziłem faktury z 2016 roku – wtedy sprzedawaliśmy po 270–280 euro – opowiada.

Jak mówi Kurdzikauskas, o słabszym popycie mówią także jego partnerzy w Niemczech. W tym roku nie spieszył się z zawieraniem kontraktów terminowych, licząc na odbicie rynku. Stało się jednak odwrotnie – ceny jeszcze spadły.

Podobnie jest z pszenżytem.

– W ubiegłym roku płacono około 200 euro za tonę, dziś 170–180. Nawet za tyle sprzedaż nie jest łatwa. Trzymamy ziarno, czekamy i patrzymy, co będzie dalej – mówi Kurdzikauskas.

Kilka centów na litrze zamienia się w tysiące euro

Niskie ceny zbóż bolą tym bardziej, że koszty produkcji wcale nie maleją.

W gospodarstwie ekologicznym Taurasa Kurdzikauskasa wiele prac trzeba wykonywać mechanicznie. Nie może stosować chemicznych środków ochrony roślin do zwalczania chwastów, dlatego częściej trzeba podorywać, orać i wykonywać dodatkowe zabiegi na polu.

– Podczas wiosennych siewów olej napędowy kosztował około 1,30–1,40 euro za litr. Wcześniej przy takich pracach płaciliśmy 80–90 centów. Na pierwszy rzut oka różnica nie wydaje się ogromna, ale przy całym gospodarstwie robią się z tego bardzo duże kwoty – wyjaśnia.

Jak mówi rolnik, samo podorywanie pochłania około 10–12 litrów paliwa na hektar.

– Jeśli za każdy litr płacę o 50–60 centów więcej, to przy 600 hektarach już jedna taka operacja oznacza kilka tysięcy euro dodatkowych kosztów. A potem jest orka, siew i kolejne prace. I właśnie tak wszystko się sumuje – mówi Kurdzikauskas.

„Nie wiem, czy pieniędzy ze zbiorów wystarczy na nawozy”

Jeszcze bardziej dosadnie o tegorocznej sytuacji finansowej mówi Kasia Jankun, która prowadzi gospodarstwo w rejonie szyrwinckim. Uprawia około 200 hektarów ziemi, ma ponad 72 krowy mleczne i około 100 cieląt, a dodatkowo zajmuje się produkcją serów.

– Nie lubię narzekać. Chciałoby się powiedzieć coś dobrego, ale w tym roku trudno znaleźć jakikolwiek powód do optymizmu – przyznaje.

Jak mówi, jakość ziarna jest w tym roku wyjątkowo słaba, a gorsza jakość automatycznie oznacza niższą cenę. Na same nawozy dla 200-hektarowego gospodarstwa wydała wiosną około 50 tys. euro.

– Do października muszę się rozliczyć. Dziś nawet nie wiem, czy pieniądze uzyskane ze zbiorów wystarczą na opłacenie tych nawozów. A przecież dochodzi jeszcze sprzęt, jego amortyzacja, praca i paliwo. W tym roku zysku nie będzie – mówi Jankun.

W gospodarstwie zatrudnia osiem osób.

– Z miesiąca na miesiąc żyje się z niepewnością, czy zarobi się choć tyle, żeby rozliczyć się z pracownikami – mówi Jankun.

Jak tłumaczy, w ten sposób powstaje błędne koło: dochody z jednego sezonu idą na pokrycie wcześniejszych wydatków, a na rozpoczęcie kolejnego znów potrzebny jest kredyt.

– Teraz zarobione pieniądze pójdą na spłatę zobowiązań. Przyjdzie wiosna i znowu trzeba będzie brać kredyt na nawozy. I co roku człowiek liczy na lepsze ceny i spokojniejszą sytuację geopolityczną – mówi rolniczka.

Na jednym problemie się nie skończyło

W tym roku kłopoty ekonomiczne w części gospodarstw dodatkowo pogłębiła pogoda.

Robert Matulewicz, rolnik z rejonu solecznickiego i rozmówca LRT, wraz z rodziną prowadzi kilkusethektarowe gospodarstwo ekologiczne, w którym uprawia żyto ozime, owies i łubin. Za największy cios dla swojego regionu uważa gradobicie z 6 sierpnia.

– Na niektórych polach straty sięgają 60–70 proc. Ziemia jest dosłownie usłana ziarnem. Nie cały łan został zniszczony, ale duża część ziarna została wybita z kłosów i została na ziemi – opowiada rolnik.

W swoim gospodarstwie podaje konkretne przykłady spadku plonów. Na części pól z owsem, gdzie zwykle liczył na około 3 tony z hektara, zebrał zaledwie 1,7–1,8 tony.

Jeszcze bardziej ucierpiał łubin.

– W dobrych warunkach zbieraliśmy około 2–2,5 tony z hektara. Po gradobiciu na niektórych polach zostało około 700 kilogramów. Dla mojego gospodarstwa to ogromne straty – mówi.

Jak zaznacza, nie wszyscy rolnicy w regionie zdążyli zebrać zboże na czas. Po kolejnych ulewach gleba wciąż jest nasiąknięta wodą, a miejscami ciężki sprzęt nie jest w stanie wjechać na pola.

– Widzę jeszcze stojące żyto czy owies. Na niektórych polach ziarno zaczęło już kiełkować w samym kłosie. To już katastrofa – takiego ziarna nikt nie kupi, nie nadaje się nawet na paszę – mówi Matulewicz.

LAMMC również wskazuje, że tegoroczna deszczowa i pochmurna pogoda pogorszyła parametry jakościowe ziarna, a w części upraw zwiększyła ryzyko chorób.

„Dla części rolników burza była już ostatnim ciosem”

Po gradobiciu i przedłużających się opadach kolejnym ciosem dla części gospodarstw była ostatnia burza.

– Trudno mi prognozować, ale nie każdy rolnik wytrzyma to, co dzieje się w tym roku. Najpierw grad, potem deszcze, a ostatnia burza dla niektórych była już ostatnim ciosem – mówi Matulewicz.

Szczególnie trudna jest sytuacja tych, którzy wciąż nie zakończyli żniw. Wilgotne ziarno trzeba suszyć, a do tego potrzebne są zarówno odpowiednie urządzenia, jak i energia elektryczna.

– Ziarno na polu już porządnie nie wyschnie. Jeśli uda się je zebrać przy wilgotności około 20 proc., to będzie całkiem niezły wynik. Dni są coraz krótsze, noce bardzo wilgotne, a nawet kiedy nie pada, pola nie zawsze zdążą obeschnąć – tłumaczy rolnik.

W gospodarstwie Taurasa Kurdzikauskasa podczas przerw w dostawie prądu sytuacja była nieco lepsza – większość ziarna zdążono wcześniej zebrać i wysuszyć.

– Wilgotne ziarno nie może po prostu leżeć w pryzmie, trzeba je wentylować. Do tego potrzebne są już bardzo mocne wentylatory. Zwykły generator by nie wystarczył, potrzebny byłby przemysłowy – wyjaśnia.

W gospodarstwie Kasi Jankun stałe dostawy energii elektrycznej są z kolei niezbędne również ze względu na hodowlę bydła i produkcję mleka. Po ostatniej burzy prądu nie było tam przez trzy doby.

– Krowy trzeba doić, produkcję chłodzić, mleko pasteryzować i podgrzewać. Przez całe trzy dni prąd produkowaliśmy z generatora. Kosztowało nas to około 600 euro – opowiada rolniczka.

„Albo sprzedaj za grosze, albo czekaj”

Nawet dla tych, którzy żniwa mają już za sobą, sezon jeszcze się nie skończył. Teraz pojawia się kolejne pytanie: co zrobić ze zbożem.

Rolnik z rejonu solecznickiego Robert Matulewicz mówi, że duża część jego plonów wciąż leży w silosach i magazynach.

– Zboże nie zostało sprzedane. Cena jest tak niska, że po prostu się to nie opłaca. I wtedy człowiek nie wie, co robić – oddać za grosze czy jeszcze poczekać – mówi.

Sam ma nowoczesne silosy i może przechowywać ziarno przez rok, a nawet dwa. Podkreśla jednak, że nie każdy rolnik ma taką możliwość.

Dłuższe magazynowanie także wiąże się z ryzykiem.

– Im dłużej ziarno leży, tym więcej pojawia się zagrożeń – szkodniki, owady, wszystko trzeba stale kontrolować. Mimo wszystko na razie wybieram czekanie – mówi Matulewicz.

Rolnik zwraca też uwagę, że dziś liczy się nie tylko wydajny sprzęt, ale również ubezpieczenie upraw i rozsądne zarządzanie zobowiązaniami bankowymi. Jak mówi, wiele gospodarstw ma jeden lub kilka kredytów, dlatego przedłużająca się sprzedaż plonów albo bardzo niskie ceny szybko zamieniają się w problem z płynnością finansową.

Tymczasem Tauras Kurdzikauskas z rejonu trockiego stara się rozkładać ryzyko.

– Stosujemy mniej więcej zasadę 30–30–30: część przyszłych plonów sprzedajemy z wyprzedzeniem, część w czasie żniw, a resztę zostawiamy na później. Nie zawsze się na tym wygrywa, ale przynajmniej całe ryzyko nie kumuluje się w jednym momencie – mówi rolnik.

Jego zdaniem równie ważne jest wcześniejsze określenie ceny, przy której sprzedaż nadal ma sens.

– Nie można bez końca czekać na najlepszą możliwą cenę. Trzeba znać swoje koszty i wiedzieć, od jakiego poziomu sprzedaż jest już akceptowalna. Inaczej można czekać zbyt długo – dzieli się doświadczeniem Kurdzikauskas.

Chleba nie zabraknie. Ale ile będzie kosztował rolnika?

Mimo ponurych nastrojów rozmówcy LRT nie przewidują, by tegoroczne problemy miały doprowadzić na Litwie do niedoboru zboża czy chleba.

– Chleba na litewskich stołach nie zabraknie. Tego jestem pewien – mówi Robert Matulewicz.

Po 19 latach pracy w rolnictwie przyznaje jednak, że nie pamięta sezonu, w którym tak mocno nałożyłyby się na siebie niskie ceny skupu, wysokie koszty produkcji i straty spowodowane przez pogodę.

– To bardzo ciemny i smutny czas dla rolników, których znam. Trudno nawet powiedzieć, co okazało się decydujące – polityka, wojna czy natura – podsumowuje.

LRT.lt przypomina, że 26 sierpnia, w związku ze skutkami burzy z 22 sierpnia, rząd ogłosił na terenie całego kraju sytuację kryzysową na szczeblu państwowym. Decyzja uwzględniała także straty w rolnictwie i miała ujednolicić zasady pomocy dla poszkodowanych gospodarstw w całej Litwie.

Ministerstwo Rolnictwa apeluje do rolników, by jak najszybciej dokumentowali poniesione straty i zgłaszali je do wydziałów rolnictwa w samorządach. Samorządy mają przekazać informacje o szkodach ministerstwu do 11 września. Dane te mają być podstawą do podejmowania dalszych decyzji w sprawie wsparcia dla poszkodowanych gospodarstw.

Część ułatwień już obowiązuje. Narodowa Agencja Płatnicza przypomina, że rolnicy, którzy z powodu ulew, burz lub innych okoliczności siły wyższej nie są w stanie wywiązać się z zobowiązań związanych z pomocą, mogą zgłosić taką sytuację i – po udokumentowaniu strat – uniknąć zmniejszenia wsparcia. W tym roku, ze względu na niekorzystne warunki pogodowe, wydłużono również część terminów prac rolniczych.

LRT has been certified according to the Journalism Trust Initiative Programme