Erika Laurinėnienė nigdy nie marzyła o stanowisku komendantki straży pożarnej. Po ukończeniu studiów z ekologii szukała pracy zgodnej ze swoim wykształceniem, a do straży pożarnej w Solecznikach – jak sama przyznaje – trafiła niemal przypadkiem. Dziesięć lat później kieruje czterdziestoosobowym zespołem. O swojej drodze zawodowej nie mówi jednak jak o osobistym sukcesie. Znacznie częściej wspomina ludzi, którzy ją wspierali i pomogli jej uwierzyć we własne możliwości. – Chyba bardziej wierzyli we mnie niż ja sama – mówi w rozmowie z LRT.lt.
Na początku czerwca dyrektor Departamentu Ochrony Przeciwpożarowej i Ratownictwa Renatas Požėla wraz z komendantem Wileńskiego Zarządu Ochrony Przeciwpożarowej i Ratownictwa Nerijusem Statkusem oficjalnie przedstawił nową komendantkę straży pożarnej w Solecznikach Erikę Laurinėnienė. Została ona pierwszą i jak dotąd jedyną kobietą na Litwie stojącą na czele jednostki straży pożarnej.
Do służby zaprowadziło ją życie, nie marzenia
Często słyszymy historie ludzi, którzy już od dzieciństwa marzyli o tym, by zostać strażakami lub policjantami. Historia Eriki Laurinėnienė wygląda jednak inaczej. Nie ukrywa, że służba nigdy nie była jej dziecięcym marzeniem, a jej zawodowa droga potoczyła się zupełnie niespodziewanie.

Po ukończeniu studiów licencjackich z ekologii na Uniwersytecie Wileńskim, a następnie studiów magisterskich z zakresu polityki i administracji ochrony środowiska na Uniwersytecie Michała Romera, szukała pracy zgodnej ze swoim wykształceniem. Właśnie wtedy otrzymała propozycję rozmowy kwalifikacyjnej w straży pożarnej w Solecznikach.
Zapropowano jej stanowisko inspektorki Państwowego Nadzoru Przeciwpożarowego. Choć służby mundurowe były dla niej wówczas zupełnie obcym światem, decyzja o przyjęciu tej oferty okazała się jedną z najważniejszych w jej życiu.
– Przyszłam do pracy, nie mając pojęcia, czego się spodziewać. Nie wiedziałam ani, jak wygląda codzienna służba, ani co mnie czeka. Miałam jednak ogromne szczęście trafić do wspaniałego zespołu. To właśnie dzięki ludziom pokochałam tę pracę i samą służbę. Dostrzegli we mnie więcej, niż sama w sobie wtedy widziałam. Chyba bardziej wierzyli we mnie niż ja sama – mówi.
To właśnie wsparcie kolegów i przełożonych dodało jej odwagi, by wyjść ze swojej strefy komfortu i podejmować kolejne wyzwania. Jak przyznaje, nigdy nie marzyła o stanowisku komendantki straży pożarnej. Z czasem zrozumiała jednak, że potrafi znacznie więcej.

Od koleżanki z zespołu do komendantki
Dziś Erika Laurinėnienė przyznaje, że największym wyzwaniem nie były nowe obowiązki, lecz zmiana relacji z ludźmi, z którymi przez lata pracowała ramię w ramię.
Przez kilka lat była specjalistką w tym samym zespole, dlatego przejście na stanowisko kierownicze nie dla wszystkich okazało się łatwe.
– Najtrudniej było zmienić własną rolę. Z koleżanki z zespołu musiałam stać się przełożoną. Do tej zmiany musiałam przywyknąć zarówno ja, jak i moi koledzy. Niektórym trudno było pogodzić się z tym, że przyszła kobieta i mówi im, co mają robić. Bywały różne sytuacje, nie wszystkie należały do przyjemnych. Z czasem zrozumiałam jednak jedno – komendant nie będzie dla wszystkich dobry i nie będzie dla wszystkich kolegą. Czasami trzeba podejmować decyzje, które nie wszystkim się podobają – mówi otwarcie.
Zapytana o cechy, które najbardziej pomagają w kierowaniu jednostką, Laurinėnienė bez wahania wskazuje odpowiedzialność.
– Zespół liczący czterdzieści osób to nie tylko obowiązki, ale także nieustanna troska o ludzi – podkreśla.
Jej zdaniem dobry przełożony powinien być nie tylko wymagający, ale także potrafić zjednoczyć zespół wokół wspólnego celu.

– Bardzo zależy mi na tym, aby ludzie czuli się potrzebni i mieli świadomość, że ich praca ma znaczenie. Nie chciałabym kierować zespołem, w którym każdy pracuje wyłącznie dla siebie. Chcę tworzyć drużynę, która zmierza w tym samym kierunku i w której każdy czuje się doceniany – podkreśla.
Rejon solecznicki stał się jej domem
Choć Erika Laurinėnienė pochodzi z Kowna, dziś mówi o sobie, że jest związana z ziemią solecznicką.
Do rejonu sprowadziła ją rodzina. Mieszka tu od blisko dwudziestu lat. Tu dorastają jej dzieci i tu stworzyła swój dom.
– Jestem tak zwaną emigrantką z miłości. Przyjechałam tu za przyszłym mężem i zostałam. Dziś moje dzieci chodzą tu do szkoły, tutaj toczy się nasze życie. Czuję, że jestem u siebie. To bardzo miłe, kiedy idąc ulicą spotykasz znajomych i uświadamiasz sobie, że jesteś częścią tej społeczności – opowiada.
Jak podkreśla, rejon solecznicki ma swoją specyfikę. Wpływają na to zarówno jego przygraniczne położenie, jak i wielokulturowy charakter oraz rodzaj zdarzeń, z którymi strażacy i ratownicy częściej spotykają się właśnie w tej części Litwy.
– To rzeczywiście szczególny region. Obszary przygraniczne zawsze mają swoją specyfikę. Czasami wspieramy inne służby i mierzymy się z sytuacjami, które w innych częściach kraju zdarzają się znacznie rzadziej. Właśnie ta odmienność sprawia jednak, że praca tutaj jest tak wyjątkowa – mówi komendantka straży pożarnej w Solecznikach.

Funkcjonariuszem jest się także po służbie
W ostatnich miesiącach rejon solecznicki kilkakrotnie znalazł się w centrum uwagi opinii publicznej z powodu śledztw prowadzonych wobec funkcjonariuszy różnych służb. Choć sprawy te nie dotyczyły straży pożarnej, po raz kolejny pokazały, jak ogromne znaczenie dla zaufania społecznego ma reputacja każdego funkcjonariusza w mundurze.
Zdaniem Eriki Laurinėnienė odpowiedzialność funkcjonariusza nie kończy się wraz z zakończeniem służby.
– Jesteśmy przykładem dla innych. Funkcjonariusz powinien myśleć o swoim zachowaniu nie tylko podczas służby, ale również poza nią. Czasem jeden nieodpowiedzialny czyn lub jedno niefortunne słowo może rzucić cień nie tylko na konkretnego człowieka, lecz także na całą jednostkę. Dlatego tak ważna jest świadomość odpowiedzialności, która idzie w parze z noszeniem munduru – mówi.
Jak podkreśla komendantka, dlatego funkcjonariuszom stale przypomina się, że każdy ich czyn i każda decyzja wpływają na sposób, w jaki społeczeństwo postrzega cały system.
– Jeden nieodpowiedzialny czyn funkcjonariusza może stać się nie tylko jego osobistym problemem, ale również podważyć zaufanie do całej służby – podsumowuje.

Strażacy nie boją się ognia. Boją się, że nie zdążą
Mówiąc o pracy strażaków, Erika Laurinėnienė unika górnolotnych słów o bohaterstwie. Jej zdaniem w tej służbie najważniejsze są odpowiedzialność i świadomość, że od podjętych decyzji nierzadko zależy ludzkie życie.
Dlatego za najtrudniejsze uważa interwencje, w których poszkodowani zostają ludzie, zwłaszcza dzieci.
– Myślę, że większość strażaków najbardziej boi się nie o siebie. Największym lękiem jest to, że nie zdążą na czas albo popełnią błąd, który może kosztować kogoś zdrowie lub życie. To naprawdę odważni ludzie. Jednak po trudnych akcjach każdy radzi sobie z emocjami na swój sposób. Jednemu potrzebna jest cisza, drugiemu rozmowa, a trzeciemu po prostu czas – przyznaje.
Jak podkreśla, dziś o kondycji psychicznej funkcjonariuszy mówi się znacznie więcej niż jeszcze kilka lat temu. W służbie organizowane są szkolenia z radzenia sobie ze stresem, strażacy uczą się rozpoznawać oznaki wypalenia zawodowego i zespołu stresu pourazowego, a w razie potrzeby mogą skorzystać z profesjonalnej pomocy psychologicznej.

Między służbą a domem
Kierowanie czterdziestoosobowym zespołem to nie tylko organizowanie pracy jednostki i podejmowanie decyzji. Jak przyznaje Erika Laurinėnienė, to przede wszystkim nieustanna odpowiedzialność za ludzi, która rzadko kończy się wraz z zakończeniem służby.
Choć strażacy każdego dnia uczą innych, jak zachować się w sytuacjach kryzysowych, komendantka przyznaje, że sama wciąż uczy się jednego – zachowania równowagi między pracą a życiem prywatnym.
– Wciąż szukam równowagi. Czasami mam wrażenie, że balansuję na granicy – albo się zatrzymam, albo to się źle skończy. Zdarza się, że praca wymaga poświęcenia czasu na odpoczynek, sen czy życie prywatne. Dlatego uczę się świadomie znajdować czas dla siebie, rodziny, na sport i swoje pasje – mówi.
Największym oparciem pozostaje dla niej rodzina. Nie ukrywa, że bez wsparcia najbliższych objęcie nowego stanowiska byłoby znacznie trudniejsze. Największą radość sprawia jej jednak to, jak jej pracę postrzegają synowie.
– Dla dzieci najważniejsze jest to, że mama pracuje w straży pożarnej. A odkąd objęłam to stanowisko, stałam się dla nich jeszcze większą superbohaterką – mówi z uśmiechem.

W rejonie solecznickim Erika Laurinėnienė znana jest nie tylko jako funkcjonariuszka. W wolnym czasie angażuje się w pomoc bezdomnym zwierzętom, za co została uhonorowana odznaką „Podążajmy śladami św. Franciszka”.
Zapytana o to, co dało jej dziesięć lat służby, ani przez chwilę nie mówi o awansach czy stanowiskach.
– Ta służba ukształtowała mnie nie tylko jako funkcjonariuszkę czy specjalistkę. Przede wszystkim ukształtowała mnie jako człowieka. Kiedy porównuję siebie sprzed dziesięciu lat z tym, kim jestem dziś, widzę ogromną zmianę. Cieszę się, że odważyłam się wyjść ze swojej strefy komfortu. Dopiero wtedy zrozumiałam, że stać mnie na znacznie więcej, niż sama przypuszczałam – podsumowuje Erika Laurinėnienė.









