Zespół Black Biceps z Niemenczyna sięga kolejnych wyżyn w swojej karierze i bierze udział w eliminacjach do Konkursu Piosenki Eurowizji, który w tym roku odbędzie się w Bazylei. Powalczą o wygraną z piosenką „Visaip man reik”. Obejrzeć ich występ pod numerem 09 będzie można już w najbliższą sobotę, 25 stycznia, o godz. 21.00, w telewizji LRT. Wcześniej portal LRT.lt porozmawiał z członkami zespołu - Edgarasem Kriwelisem i Witalijem Walentynowiczem - o przygotowaniach do wielkiego występu.
Czy jest to wasz pierwszy udział w eliminacjach do Konkursu Piosenki Eurowizji?
Witalij Walentynowicz (W.W.): To pierwszy raz. Zawsze żartowaliśmy, że tam pojedziemy.
Edgar Kriwelis (E.K.): W kwietniu powstał żarcik, że Black Biceps zwyciężyli w eliminacjach i pojadą na Eurowizję. Wszystko się zaczęło właśnie od niego. W końcu, każdy żart zawiera przynajmniej część prawdy.
Czyją piosenkę wykonujecie?
W.W.: Piosenkę stworzyliśmy sami. Napisałem ją o sobie, ale w zasadzie musiałaby rezonować z każdym z nas. Wszyscy szukamy pewnego balansu. Podmiot liryczny również poszukuje równowagi między rodziną a karierą. Piosenka jest o tym, że znalazł się na Eurowizji, gdzie nastał przełomowy moment wyboru, na co ma przeznaczyć więcej czasu - rodzinę czy karierę.

Wcześniej kraje przedstawiały piosenki wyłącznie w języku ojczystym. Później dokonano masowego przejścia na język angielski. W ostatnich latach znowu pojawił się trend wykonywania piosenki w języku ojczystym. Wasza piosenka z kolei jest w języku litewskim.
W.W.: Wykonujemy naszą piosenkę w języku litewskim, ale jest on nieco zmodernizowany. Miałem nadzieję, że kiedyś ta mowa szeroko zabrzmi na całym świecie. Dlaczego możemy śpiewać „Despacito“, ale nie nasz utwór? „Macarena“ również nie powstała w języku angielskim. Są popularne też piosenki rumuńskie, których tekst rozumieją wyłącznie mieszkańcy Rumunii. Robiłem analizę, jak język litewski ma zabrzmieć, aby się stał nieco bardziej światowy. Zrozumiałem, że ma w sobie słowa posiadające nieco angielskie brzmienie. Dodaliśmy zatem trochę wyrazów w tym języku, aby powstała gra słów. W refrenie wykorzystujemy antonimy. Na początku jest angielskie słowo, a później jego litewski antonim. W taki sposób słuchacze z Europy być może się czegoś nauczą.
Dla mnie jako dla filologa bardzo ważne są słowa. Komuś może to zabrzmieć jako przemoc nad językiem państwowym, ale przecież taka jest rzeczywistość. Młodzież dzisiaj rozmawia w taki sposób, że co drugi wyraz jest w języku angielskim. Chcieliśmy być zatem nieco bardziej „swoi“ dla „nieswoich“, jak też sprawić, aby litewski brzmiał bardziej „po angielsku“.

Czy długo tworzyliście piosenkę?
E.K.: Piosenka nie powstawała bardzo długo, ale pomysł na jej wykonanie już tak. Utwór przygotowywaliśmy przez miesiąc.
W.W.: Wersję demo stworzyliśmy w ciągu dwóch dni. Tradycyjnie dla organizatorów piosenka jest wysyłana właśnie w takiej postaci, aby poczuli klimat. Jeżeli im się spodoba, zapraszają na próby. Przez dłuższy czas analizowałem, czego potrzebuje Eurowizja, jakie show i piosenkę należy na niej zaprezentować. W zasadzie, do tych dwóch dni z piosenką szedłem przez 28 lat. Jako dziecko brałem udział w konkursie „Kresów“, deklamowałem i pisałem wiersze, tworzyłem piosenki.
Dużo czasu poświęciliśmy animacji, którą wykonaliśmy sami. Uwielbiam animację, rozumiem klimat piosenki, którą sam napisałem. Wiele nam pomógł Artur, który chodzi z nami z kamerą, a nawet Edgar, który nigdy tego nie robił.

Więc nie każdy może się zakwalifikować na eliminacje?
E.K: W zasadzie, trafić tam może każdy, ale nie wszystkim się to udaje. Trzeba bardzo mocno tego chcieć - to jest najważniejsze. Staramy się wszystko tworzyć sami. Jeżeli nawiązujemy współpracę, to z kimś, kto odczuwa ogromny zapał do pracy, a nie zamiłowanie do pieniędzy. Choreograf był jedyną osobą poza zespołem, która z nami współpracowała. Było to naprawdę szczere zaangażowanie.
Bardzo sympatyczny jest również wasz taniec.
E.K.: Tańczyć na scenie, grać i śpiewać jest trudno, ale podczas Eurowizji się nie gra na żywo. Jednak nad tym pracowaliśmy naprawdę dużo, mamy doświadczenie w tym zakresie. Zawsze byliśmy energiczni na scenie. Większym problemem był brak możliwości improwizacji, bo lubimy to robić, a tutaj musieliśmy wykonywać ruchy przygotowane przez choreografa. Daliśmy jednak radę.
W.W.: Ze śpiewem daję radę, ale było to ogromne wyzwanie. Musieliśmy nawet zmienić kolejność wykonania, ustawienie wokali wspierających. Na początku jest dużo rapowania, szybki tekst, który należy bardzo precyzyjnie wymówić, a później od razu leci śpiew. Poświęciliśmy dwie doby na rozwiązanie wszystkich trudności. Mamy wokalistę wspierającego, perkusistę, możemy z chłopakami dograć końcówkę rapu, więc jest dobrze.
E.K.: Próby i analizy czynią mistrza.

Macie bardzo sympatyczne stroje. Na scenie jesteście jednakowi.
E.K.: Stroje również przygotowaliśmy sami. Dużo pracowaliśmy ze stylistką, mieliśmy aż pięć-sześć spotkań. Na pewno nie było tak, że przyszliśmy, zmierzyliśmy i do widzenia. Skoro się nazywamy Black Biceps, to musimy być czarno-biali.
Jak się czujecie po pierwszych próbach?
E.K.: Po pierwszych próbach czujemy się bardzo dobrze. Oczywiście, doszło do lekkich poprawek. Ogółem rzecz biorąc, wynik jest taki, jakiego oczekiwaliśmy. Wszystko się znajduje na swoim miejscu.

Czy przystępujecie do konkursu z hasłem „Najważniejszy jest udział“?
E.K.: Nie. Najważniejsze jest zwycięstwo.
W.W.: Na początku chcieliśmy wystąpić z zupełnie inną piosenką, ale zbyt późno sprawdziliśmy termin rejestracji. Zostało wtedy nam dosłownie pięć dni, a jeszcze nic nie mieliśmy. To znaczy mieliśmy, ale piosenkę, która raczej się nie nadaje na Eurowizję. Fajna, w starym stylu, w jakim kiedyś graliśmy, ale nie taka, jaką można by było kogoś zadziwić w Szwajcarii. Przez trzy dni nosiłem pomysł w głowie i w końcu postanowiłem, że skoro iść, to z występem, który by był po prostu wow: ciekawy, autentyczny, wyróżniający się na tle innych. Ma być interesujący nie tylko dla Litwinów, ale również dla całego świata.
E.K.: Pomysł był maksymalnie spontaniczny. Pamiętam, siedziałem przy biurku, przybiega Witek i krzyczy, że robimy piosenkę. Myślę: „Co ty gadasz, zostały dwa dni, jaka piosenka?“.
W.W.: Uznałem, że i tak nic nie tracimy. Czułem, że mam lepszy pomysł.
E.K.: Najważniejsze jest dobre serce, zespół i chęć zwycięstwa. Tak naprawdę, nie chodzi o cel końcowy, Szwajcarię i zwycięstwo w niej, ale wyłącznie o sukces wewnętrzny. To, co teraz przeżywamy, jest złotym okresem naszego zespołu. Nigdy tak skrupulatnie nie pracowaliśmy nad naszym występem. Nasza długa droga jest kluczem do tego rezultatu.
Pozostaje zatem życzyć, aby ta droga była gładka i prosta…
W.W.: I troszeczkę ciernista, aby życie nie wyglądało zbyt złote i nie spoczywalibyśmy na laurach.
Opracowała Ewelina Knutowicz







