Naujienų srautas

Wiadomości2024.09.04 08:15

Ekspert: czy ideologia nacjonalizmu w Serbii jest jedynie przykrywką do utrzymania władzy?

Nikodem Szczygłowski 2024.09.04 08:15

W Belgradzie odbywają się masowe protesty przeciwko zapowiedzianemu przez rząd otwarciu kopalni litu Rio Tinto w zachodniej Serbii. Wcześniej prezydent kraju Aleksandar Vučić określił protesty jako „próbę obalenia rządu“. Organizatorzy szacują, że w protestach w dniu 11 sierpnia wzięło udział od 30 tys. do 40 tys. osób. O co chodzi tym razem? Dlaczego Serbowie ponownie wyszli na ulice? Na czym polega specyfika reżimu Vučicia w Serbii? - o tym opowiada Christian Ecchert, publicysta, pisarz i badacz naukowy z Nowego Sadu.

Belgradem po raz kolejny wstrząsnęły masowe protesty, podobnie jak w zeszłym roku. 11 sierpnia, według różnych szacunków, na ulice wyszło do 50 000 Serbów. Co stanie się tym razem? Czy naprawdę chodzi tylko o planowane w Serbii przez rząd kopalnie litu?

Ludzie w Serbii są rozgoryczeni i niezadowoleni z różnych powodów, a planowane kopalnie są tylko katalizatorem tego niezadowolenia. Nie oznacza to, że coś radykalnie zmieni się w kraju, niezależnie od tego, czy dojdzie do otwarcia tych kopalń, czy nie. Oczywiście ludzie mieszkający w środkowej Serbii są bardzo zaniepokojeni potencjalnym zagrożeniem, które otwarcie kopalń niesie ich bezpośredniemu środowisku i próbują zapobiec przybyciu Rio Tinto do Serbii. Przypominam, że protesty miały miejsce już 3 lata temu, a wówczas prezydent Aleksandar Vučić obiecał, że temat Rio Tinto więcej nie powróci. Następnie, w tym roku, kanclerz Niemiec Scholtz podczas swojej wizyty do Serbii poprosił Vučicia, aby ten mimo wszystko zgodził się na wydobycie litu, a Vučić oczywiście poszedł na to. Ludzie więc znów wyszli na ulice. Jeśli spojrzysz na historię Serbii w ostatnich latach, zauważysz, że protesty ciągle się powtarzają i są bardzo powszechne. Ostatnie masowe protesty miały miejsce po morderstwie w szkole podstawowej „Vladislav Ribnikar” w Belgradzie w zeszłym roku. Jednak nic się nie zmieniło. Dlaczego? W Serbii istnieje cały szereg nierozwiązywalnych problemów: po pierwsze, opozycja jest podzielona i nie potrafi skierować niezadowolenia ludzi na jakiś określony cel polityczny. Innymi słowy, nie może zaoferować prawdziwej alternatywy dla Vučicia. Po drugie, protesty zawsze mają tylko jeden cel: niezależnie od tego, czy są przeciwko kopalniom, czy przeciwko przemocy, z pewnością zawsze przede wszystkim są „przeciwko” czemuś, a nigdy „za” jakąś prawdziwą alternatywą. To sprawia, że ludzie są zdezorientowani, poza tym ciągle są biedni i wściekli, więc protestują, ale kiedy potrzebują pracy lub pomocy, mogą zwrócić się tylko do Vučicia i jego ludzi. W miejscowości Mali Zvornik, wiosce w środkowej Serbii, kiedy Vučić rozmawiał z ludźmi o kopalniach, niektórzy z mieszkańców poprosili go, aby zamiast kopalni litu naprawił ich kanalizację. Obiecał, że wszystkim się zajmie. Ludzie w Serbii, zwłaszcza na obszarach wiejskich, nie mają świadomości obywateli, lecz poddanych. I tutaj mamy do czynienia z dwoma dużymi problemami: po pierwsze, istnieje duża przepaść między miastem a wsią. Przeciwko prymatowi władzy protestują ludzie z miasta, ale są w tym kraju mniejszością. Społeczeństwo obywatelskie stanowi w Serbii bardzo cienką warstwę, a na obszarach wiejskich Vučić kontroluje zarówno ludzi, jak i ich głosy. Kolejny problem: liderzy opozycji nie wiedzą, jak rozmawiać z ludźmi na wsi. Można odnieść wrażenie, że wręcz nimi gardzą. A ci, którzy żyją w biedzie, nawet jeśli szukają alternatywy dla Vučicia, zwracają się do innej opozycji, do Vojislava Šešelja i prawicowców, którzy wciąż są niczym innym, jak tylko fałszywą opozycją pracującą dla Vučicia. Ostatecznie oczywiście do otwarcia kopalni może nie dojść, ale w każdym przypadku będzie to decyzja prezydenta Vučicia, który jest jedyną osobą, która naprawdę wie, jak słuchać ludzi. Jeśli zaś dojdzie do zamachu stanu i Vučić zostanie obalony, należy powiedzieć otwarcie, iż opozycja nie jest przygotowana do przejęcia władzy, więc przejmie ją ktoś z obecnej ekipy Vučicia. Parafrazując slogan używany przez komunistów w Jugosławii po śmierci Tito: po Vučiciu – Vučić.

Czy twoim zdaniem reżim Vučicia uważnie monitoruje reakcje społeczne w omawianym kontekście, czy raczej sam je podsyca i próbuje kierować w pożądanym kierunku?

Próbuje przekonać ludzi, że wydobycie litu jest dobre dla Serbii. Możliwe, że projekt zostanie wstrzymany, jeśli Vučić zobaczy, że ludzie rzeczywiście go nie chcą, więc poczeka trochę dłużej i spróbuje ponownie. W międzyczasie będzie próbował przekonać ludzi lub wyeliminować (politycznie, a nie fizycznie) opozycję. Problem polega na tym, że prezydent obiecał Zachodowi, że kopalnie powstaną, więc jest w niewygodnej sytuacji: między Europą, która toleruje jego (nie)rządy prawa w zamian za lit, a ludźmi, którzy nie chcą wydobycia. Ale Vučić jest mistrzem balansowani i utrzymywania równowagi i, przynajmniej jak dotąd, zawsze udawało mu się utrzymać władzę i robić dokładnie to, czego chce.

Według wielu analityków politycznych, podczas swoich długich rządów Vučić stworzył system, który jest samonapędzający się – innymi słowy, wszystkie inne partie i postacie polityczne w Serbii muszą podążać za nim, grać wg. zasad, które on ustalił z góry. Głównym ogniwem tego wzorca jest nacjonalizm jako idea narodowa – a Vučić jawi się w tym kontekście jako prawdziwy mąż stanu w porównaniu z innymi, bardziej radykalnymi partiami i postaciami, które zresztą sam skutecznie kontroluje. Czy zgodziłbyś się z tą opinią?

Tak. Dodam jedynie, że rzeczywiście w tym sensie jest prawdziwym mężem stanu. Moim zdaniem pan Vučić jest władcą w znaczeniu, jakie temu słowu nadał kiedyś Niccolo Machiavelli. Władcą, który się zmienia, który dostosowuje się do okoliczności i który oddziela moralność od polityki. Vučić był wielkim nacjonalistą i radykałem w latach 90-tych, po wygraniu wyborów przez Demokratów stał się otwartym opozycjonistą, a teraz jest prawdziwym neoliberalnym przywódcą, który twardo negocjuje z Zachodem za głosy i pieniądze. Nacjonalizm służy mu jako przykrywka, jako ideologia łącząca teraźniejszość, nowe czasy, z przeszłością. Jest tylko jedna zasadnicza różnica między nim a idealnym władcą opisanym przez Machiavellego: ten ostatni musi dostosować się do czasów, aby służyć swojemu ludowi, musi zmieniać się i zapomnieć o ideologicznych zasadach, aby jego ludzie mogli się rozwijać i żyć coraz lepiej. Vučić zaś, wręcz przeciwnie, dąży tylko do dalszego rządzenia, nie dba o to, jak ludzie żyją, czy się rozwijają, czy nie. Zmienia się tylko po to, by pozostać u władzy.

Mieszkasz w Nowym Sadzie, które to miasto w 2022 roku (wspólnie z Kownem) było Europejską Stolicą Kultury. Zamiast jednak wykorzystać naturalne zalety wieloetnicznego i wielojęzycznego charakteru Wojwodiny, zamieszkałej przez liczne mniejszości – Węgrów, Rumunów, Rusinów, Czechów, Słowaków – projekt ten stał się, zdaniem obserwatorów, mechanizmem przekazywania treści wielkoserbskich. Jak myślisz, dlaczego tak się stało i jak wygląda sytuacja teraz, dwa lata później?

Odpowiem słowami mojego przyjaciela, socjologa i profesora na Wydziale Filozofii w Nowym Sadzie, Aleksieja Kišjuhasa: „Nowy Sad – Europejska Stolica Kultury? Proszę cię, daj spokój!”. Nowy Sad nie ma nawet odpowiedniej sali koncertowej, a oferta jego programów kulturalnych jest przestarzała i nudna. Aby posłuchać lub obejrzeć coś ciekawego w teatrze, trzeba pojechać do Belgradu lub – najlepiej – do Budapesztu. Tytuł „stolicy kultury” został nadany Nowemu Sadowi przez Brukselę, aby zdobyć sympatię tych Serbów, którzy nie lubią UE (po tegorocznej wizycie Scholtza, chyba nawet jeszcze bardziej niż wcześniej). Organizatorzy jednak mogli robić, co chcieli, nikt z Europy tego nie sprawdzał i oczywiście kontynuowali powielanie w różnej formie swojej ulubionej wielkoserbskiej ideologii. Były też wydarzenia światowe, ale nie po to, by ludzie słuchali dobrych koncertów lub oglądali specjalne występy, ale po to, by zrobić wydarzenie, aby można było powiedzieć: „Jesteśmy światowi, patrzcie”; jeśli kultura jest środkiem zrozumienia świata, w Nowym Sadzie była tylko środkiem, dzięki któremu ludzie mogli powiedzieć: „Proszę, również byłem obecny” i to wszystko. Moglibyśmy również porozmawiać o tym, jak Fundacja „Nowy Sad – Europejska Stolica Kultury” rozdysponowała pieniądze i jak nadal kontroluje życie kulturalne w mieście, ale to już inna historia. W każdym razie polityka kulturalna jest czymś, co już istnieje, jak na przykład w Niemczech, lub nie istnieje wcale, niezależnie od tego, czy jesteś stolicą kultury, czy nie. W Serbii nie istnieje i złudne jest myślenie, że jeden tytuł i kupa pieniędzy mogą zmienić sytuację kulturalną.

Jakie są twoim zdaniem powody, dla których Belgrad próbuje ograniczyć lub nawet całkowicie znieść autonomię Wojwodiny? Mówi się nawet o zmianie nazwy prowincji na „Północna Serbia”, o czym to świadczy?

Wojwodina była upokarzana przez 30 lat, a jeśli chodzi o autonomię, to właściwie już dawno zniknęła. Wojwodina zawsze była inna niż reszta Serbii, obywatelska, otwarta, europejska, wielokulturowa. I to właśnie przeszkadza władzom w Belgradzie, które chcą wszystko scentralizować. W latach 90. władze skierowały do Wojwodiny uchodźców wojennych (chodzi o serbskich uchodźców z wojen w Bośni i Chorwacji – NS), aby zmienić skład etniczny prowincji. Od tego czasu nastąpiło „uświętysawienie” (chodzi o św. Sawę – prawosławnego patrona Serbii, który kult stanowi istotny element idei wielkoserbskiej – NS) i „serbizacja” Wojwodiny, która nie ma już siły, by przeciwstawić się Belgradowi. Istnieje pewien opór, zwłaszcza na północy prowincji, ale ma raczej bierny charakter. Ludzie są zmęczeni. Rozwiązaniem, nie tylko dla Wojwodiny, byłaby pewnego rodzaju autonomia: niech Albańczycy i Serbowie w dolinie Preševa, na przykład, sami decydowaliby o sprawach, które ich dotyczy, na przykład o języku, który ma być używany w szkołach. Nie wspominając już o północy Kosowa: byłem w Kosovskiej Mitrovicy kilka razy i są tam bardzo inteligentni i racjonalni ludzie, którzy natychmiast znaleźliby porozumienie w sprawie współistnienia, gdyby tylko mieli taką możliwość. Ale Belgrad nieustannie ingeruje i tylko mnoży problemy, szkodzi. Żeby było jasne, ten problem nie dotyczy tylko Serbii, całe Bałkany cierpią z powodu nadmiernej centralizacji.

Jak oceniasz dzisiejsze serbskie społeczeństwo? Czy linie polaryzacji i podziałów przebiegają wzdłuż linii Belgrad - prowincja, liberałowie - konserwatyści, czy jeszcze inaczej?

Polaryzacja jest spora. Liberałowie istnieją, ale mieszkają głównie w dużych miastach i są mniejszością. Nie mają pojęcia o życiu na wsi i, jak już mówiłem, gardzą „wieśniakami” i – powiedzmy to jasno i szczerze – po prostu biednymi ludźmi. I to właśnie biedni nie mają alternatywy i głosują na Vučicia. Jednocześnie ci liberałowie nie mają konkretnych pomysłów na to, co należałoby zrobić gospodarczo i politycznie, aby przezwyciężyć status quo. Młodzi ludzie nadal wyjeżdżają z kraju i wkrótce w Serbii nie będzie wykwalifikowanych specjalistów w żadnej dziedzinie. To, co mnie bardzo martwi, to degradacja systemu edukacji. Pracuję w szkolnictwie i mogę powiedzieć, że moi uczniowie są w większości funkcjonalnymi analfabetami. Niektórzy z nich protestują przeciwko wydobyciu litu, ale jeśli zapytać ich, co sądzą o rządach prawa w Serbii, nie mają pojęcia, o czym mowa. Nie znają różnicy między dyktaturą a demokracją. Żyją w wąskim kręgu rodziny i sieci społecznościowych, wierzą we wszystko, co widzą w Internecie i telewizji. Ich wiedza została zredukowana do bezrefleksyjnego przyswajania, a nie do krytycznego myślenia. Jeśli zaś kraj nie ma dobrych szkół, to taki kraj nie ma przyszłości. Ci, którzy pochodzą z bogatszych rodzin i mogą sobie pozwolić na luksusy w tym dotyczące kultury – wyjeżdżają za granicę.

We wrześniu po raz pierwszy weźmiesz udział w Forum w Nidzie, gdzie wspólnie z innymi uczestnikami będziesz dyskutować o tym, czym obecnie jest tożsamość europejska. Czy Litwa – i szerzej, ten region Europy – istnieje w umysłach Serbów w jakimkolwiek innym kontekście niż mecze koszykówki? Jeśli tak, to w jaki sposób?

Właśnie przeprowadziłem eksperyment. Zapytałem swoich studentów, jakie miasto jest stolicą Litwy. Nikt nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Również we Włoszech ludzie są zdezorientowani, gdy mowa jest o krajach bałtyckich, zwłaszcza jeśli chodzi o Łotwę i Estonię. Bardzo niewiele wiadomo o tych krajach, nie tylko w Serbii. Najczęściej ludzie myślą, że to „niektóre z krajów byłego Związku Radzieckiego”, które obecnie „prowadzą walkę z Putinem”. To wszystko.

*

Christian Eccher (Basel, 1977 r.) jest serbskim i włoskim publicystą, eseistą, pisarzem, reporterem i badaczem naukowym. Od 2007 r. na stałe mieszka w Serbii i wykłada na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu w Nowym Sadzie jako adiunkt na katedrze języka i literatury włoskiej. Obronił doktorat na Uniwersytecie La Sapienza w Rzymie. Jego praca dziennikarska koncentruje się na krajach, w których spotykają się kultury, a czasem ścierają się narody. Autor licznych esejów, publikacji, książek. Pisze i publikuje po serbsku i włosku.

We wrześniu b.r. Christian Eccher – jako pierwszy jak dotąd gość z Serbii – weźmie udział w VII-ym Forum w Nidzie, którego tegorocznym tematem będą „Zmiany tożsamości europejskiej”.

Forum będzie odbywał się 6-7 września w Muzeum Historii Mierzei Kurońskiej.

Organizatorem forum jest Centrum Kultury im. Tomasza Manna.

LRT has been certified according to the Journalism Trust Initiative Programme