85-letnia DJ Wika (Wirginia Szmyt) to gwiazda warszawskich klubów nocnych. Jest najstarszą DJ-ką w Polsce. Charyzmatyczna i barwna. To kobieta, która musi zmierzyć się ze starzeniem, a jednocześnie do końca celebruje życie.
W 2023 r. powstał film dokumentalny „Vika” w reżyserii Agnieszki Zwiefki, w którym bohaterka przekonuje, że starość potrafi być piękna i potrzebna.
Kiedy się zaczęła pani przygoda z muzyką?
Pewnie to wynikło z konieczności. Muzyką się zawsze interesowałam. W dzieciństwie marzyłam, że będę muzykiem, ale nie tylko, bo ja chciałam też być aniołkiem. Wydawało mi się, że łopatki wystające z tyłu to są skrzydła, które mi rosną.
Jestem z wykształcenia pedagogiem specjalnym. Przepracowałam z młodzieżą trudną, młodzieżą upośledzoną głęboko i po wyrokach sądowych. Wiałam więc bardzo ciężką pracę.

Odeszłam na emeryturę. Po roku mieszkania w lesie, na działce zatęskniłam za ludźmi. Nie miałam motywacji do codziennego, powiedziałabym, regulaminu. Pracując w zakładzie z młodzieżą go miałam. To był obowiązek dyżurów, wstawania, przestrzegania dyscypliny. I brakowało mi takiej motywacji do tego, żeby być aktywnym, coś robić. Bo to działka, to ogródek, spacerki i niczego więcej. Chciałam zmieniać coś. Wydawało mi się, że mogę wesprzeć coś w tym życiu. Jak nie młodzież, to starych.
I dostałam propozycję pracy z seniorami. Poszłam więc do pewnego domu seniora. Akurat to były lata 90-te. Był w suterenie. Pomyślałam – dramat. Nie dość, że stary człowiek bliżej grobu, to jeszcze siedzi w piwnicy. To dla mnie było szokiem.
Poza tym należę do osób, które trochę widziały świat. W związku z tym uważam, że wszelkiego rodzaju wycieczki zagraniczne są drugim uniwersytetem. Byłam w Stanach Zjednoczonych w latach siedemdziesiątych, zwiedziłam Europę, mieszkałam w Szwajcarii, także widziałam życie starszych osób, porównywałam z naszym.

Widziałam tę kolosalną różnicę. Tam kolorowe, jakieś radosne życie, nie mówię, że bogate, inne, po prostu kolorowe, swobodne, wyzwolone, otwarte. U nas czarne, brązowe, chodzą tylko tam i z powrotem. Żadnej wizji. A jak już emerytura, to albo ogródek, ziółeczka, albo karmi ptaszki, albo w oknie siedzi. To mną bardzo mocno targnęło. I pomyślałam sobie, że nie będę takim seniorem.
Przeszłam w swojej pracy zawodowej wszystkie szczeble. Zaczęłam jako zwykły pracownik, wychowawca, nauczyciel. Potem zostałam kierownikiem, na końcu zostałam dyrektorem zakładu, więc miałam jakieś ambicje. I teraz, jak odeszłam na emeryturę jestem zero, nic nie znaczę kompletnie. Żadnej pracy. Więc mnie to tak mocno wstrząsnęło, iż postanowiłam, że z seniorami będę pracowała.
Otrzymałam klub. Na początku w tej suterenie przepracowałam rok, zaobserwowałam, co tam mniej więcej jest. Następnie otrzymałam klub na 460 osób z salą, z piękną sceną, no i zaczęłam działalność taką, jaką sobie mogłam wymarzyć. Zespoły artystyczne seniorów i teatr dla seniora, i zespół wokalny dla seniorów, i kabaret, a jednocześnie muzyka, muzykoterapia, gimnastyka z muzyką. No i oczywiście zabawa, bo przecież seniorzy w wielu wypadkach są samotni i samotne, a więc na zabawach niech się poznają. Jeżeli się zbliżą do siebie, każdy powie o swoich problemach i będzie łatwiej.
Często słyszymy, że seniorzy rozmawiają o chorobach, o lekach, o tych, którzy umarli. Czyli górę biorą negatywne emocje.
Więc pomyślałam sobie: przecież ci ludzie zamiast żyć jeszcze bardziej się topią. No i dlatego jak dostałam pole do popisu z tą salą, zapisało się 460 osób. Miałam muzyka, który prowadził zespół muzycznie, a ja pisałam teksty. Poza tym robiłam spotkania z politykami, bo co nas dzieli – polityka i Kościół. A więc zapraszałam przedstawicieli wszystkich wyznań, tych, które są w Warszawie. Po prostu zaczęłam od edukacji.
Jaką muzykę Pani dobierała na imprezy?
Przecież już miałam rozeznanie, bo pracując z młodzieżą też słuchałam muzyki. Wiadomo, że to były lata 80-90. Zaprosiłam didżeja, żeby zobaczyć, jak to wygląda. Dyrekcja powiedziała, że „Pani tak dużo robi dla seniorów i Pani się grać nauczy, bo pieniędzy na to, żeby były zabawy co tydzień nie ma”. No to ja jako kierownik się uczyłam. Aparatura była. Wtedy jeszcze nie było komputerów, były odtwarzacze, kasety. Seniorzy przynosili płyty, kasety. Jeżeli szłam do Empiku, kupowałam płyty. Ludzie przywozili z zagranicy. Ale potem pojawił się już komputer, pierwsze disco polo się pojawiło. To, co było łatwe i przyjemne do tańca. Wszyscy śpiewali i tańczyli. Występował zespół amatorski, który prowadziłam. I tak te 300 osób na sali tańczyło i śpiewało. Przynosili z działek swoje produkty, przy stolikach biesiadowali, mieli życie przeurocze.

Po zmianie władzy przeniosła się Pani do pubu. W pubach raczej się bawi młodzież. Jak Panią odebrali?
Młodzież grała np. w soboty od godziny 21. A ja grałam do 21-ej. Potem grałam w czwartki, soboty i niedziele. Przychodzili starzy i młodzi, ale seniorzy przede wszystkim. Tam poznałam młodych dj-ów, od których mogłam się nauczyć już bardziej profesjonalnego prowadzenia. Trzeba się było nauczyć pracować na komputerze, poznać miksery audio.
Do pubu zaglądali różni turyści. Widząc mnie bardzo się dziwili. Zaczęły zaglądać telewizje. Miałam wywiad z Reuters TV, potem byli dziennikarze z Francji, Anglii i Polski. I tak to z racji wiekowej. Ale mi zależało na tym, żeby pokazać ten wiek.
Pracując z seniorami postanowiłam zrobić paradę seniorów, ponieważ są parady równości, parady pokoju itd. Pomyślałam sobie, że młodzież w ogóle patrzy na starość z lękiem, a my wstydzimy się starości.
W latach 90. powstawały fundacje wspierające seniorów. Właśnie Fundacja Zaczyn zorganizowała pierwszą paradę w 2013 roku. Przyjechało na nią 14 tysięcy seniorów z całej Polski. I od tego czasu zaczęły się parady w całej Polsce. Parada była w czerwcu, w sierpniu była założona pierwsza polityka senioralna. Bo jeżeli chcemy, żeby coś żądać od kraju, od państwa, to trzeba się pokazać. Trzeba wyjść na ulicę się pokazać, że my nie jesteśmy ułomni przez wiek, bo starość to nie jest choroba. Jest to normalny proces naszego życia, tak jak młodość, dojrzałość i starość.

Nie każdy może być starym. Bo do starości to trzeba dożyć. To jest dar losu. A my się wstydzimy starości. Każdy chce długo żyć, ale chce być bogaty, piękny i młody. Przecież nie będę prasować zmarszczek.
Prowadzi Pani zdrowy tryb życia. Co Panią inspiruje? Pozytywne nastawienie do życia?
Mam to uczucie mimo bardzo ciężkiego dzieciństwa, bez zabawek, bez lalek, tylko z miłością mamy, która mną w domu się opiekowała. Dlatego, że takie były losy, to był okres wojny.
Urodziła się Pani w okolicach Wilna.
Urodziłam się w Podświlu (obecnie Białoruś), ale moje dzieciństwo było w Wilnie. Myśmy tutaj przebywali. Rodzina miała pod Wilnem majątek, ale wszystko zostało spalone, zniszczone. Rodziny też nie ma. Ja nie wnikam nawet, jakie tam były sytuacje.
My przyjechałyśmy z mamą i ze znajomymi z Wilna, udając ich rodzinę. Mama moja udawała, że jest żoną brata tego mężczyzny, który wrócił z frontu, bo ucięli mu rękę, więc był zwolniony do domu z racji inwalidztwa. A ja byłam ich z córką, tak żeśmy przy tej rodzinie razem przyklejeni z Wilna uciekali do Polski.
W filmie możemy zobaczyć, jak stoi Pani przy pewnym oknie obok Ostrej Bramy. W oknie siedzi lalka. O czym opowiada ten fragment?
Nie można było chodzić w dzień, bo mama się bała, iż ktoś rozpozna, że my tu jesteśmy. A wtedy ten ktoś zarobiłby pieniądze, a nas by złapali. My czasami wychodziłyśmy wieczorem i wiem, że wtedy żeśmy się ukrywały w takim miejscu, blisko Ostrej Bramy.

I tam za tą bramą był sklep, gdzie lalka siedziała. Ja tam biegłam wieczorem. Mama wstępowała do cerkwi i do kościoła. Potem ze mną do tej lalki. Ja na tę lalkę patrzyłam, bardzo chciałam, ale lalka kosztowała dość dużo. No i w tym czasie już było zamknięte i nikt mi tej lalki nie mógł kupić. I jak przyjechałam pierwszy raz do Wilna z filmem, to byłam zaskoczona, że ta lalka tam siedzi.
Pamiętam, że przez bramę przechodziłam do kościoła, czyli tam gdzieś musiałam mieszkać. Ale nie pamiętam, bo miałam się nie odzywać, nie rozmawiać, jak ktoś mnie zapyta. No bo to takie były czasy, wszyscy się bali.
Mieszkaliśmy za Zielonym Mostem. Pamiętam, szłyśmy pieszo, bo znowu zmieniałyśmy nocleg. Tak mnie nogi bolały, że ja na Zielonym Moście usiadłam i powiedziałam, że nie pójdę, bo mnie nogi bolą. I mama mówi, że tutaj już niedaleko. Pamiętam, że sięgałam do tych szparek w moście i tam patrzyłam na rzekę, na brzeg. Przecież nie było tak jak teraz. Brzeg był piaszczysty. Nie było budynków. Mama wzięła mnie na ręce i poszłyśmy.
Nie pamiętam w jakiej klatce mieszkaliśmy, na pierwszym piętrze, za szafą. Bo mieli bibliotekę i tam można było się schować. Więc co to za dzieciństwo? To było uciekanie.
Związek z moją mamą był bardzo silny. Mąż mi zmarł, ojciec zmarł. Ale jeżeli ja za kimś tęsknię, to za mamą. To był tak silny związek, trwa do dziś.

Jak wygląda Pani dzień dzisiaj?
Jestem sama. Dwa koty, trzy bezdomne w piwnicy, prawie co drugi dzień gdzieś gram. Mam bardzo aktywne życie, ponieważ wszystko robię sama i nikogo nie najmuję. Sama bałaganię, sama sprzątam. Wyciągam coś z szafy, to wszystko wywalę. Potem muszę wszystko układać.
Rozumiem, że w Pani przypadku najważniejsza jest niezależność?
Tak, dlatego ją mam. Jak człowiek był młody, to były dzieci, rodzina, jednemu trzeba i drugiemu. Trzeba było jakoś pomóc, wesprzeć, bo to początek, bo się ożenili. O sobie człowiek nie myślał.
Dla mnie praca jest motywacją, również motywacją niezależności. Synowie pytają mnie: po co ci to? Przecież to my możemy ci pomóc. A ja nie chcę. Póki mogę. To mi daje siłę. Bo człowiek przez życie był uzależniony od rodziny. A teraz człowiek żyje dla siebie.
Tu i teraz?
Nie żyjmy przeszłością. Przecież nasza przeszłość była tragiczna. Przeszłość nie wróci, nowe czasy będą zawsze inne i po prostu trzeba dostosować się do tych czasów.
Szanuję Kościół, ale nie zgadzam się z tym, że życie jest cierpieniem, ponieważ jeżeli jest cierpieniem i strachem, to jest błąd Kościoła. Kościół powinien promować radość życia.

To nie jest dla mnie ważne, że dwa tysiące czy trzy tysiące lat temu Chrystus został na krzyżu. To znaczy ja mam grzechy. Jakie grzechy ja mam? Za to, że żyję? Jeżeli ktoś w to chce wierzyć, to niech sobie wierzy. Ja nie wierzę ani w piekło, ani w niebo, bo uważam, że piekło to ludzie robią na ziemi. A ja chcę mieć na ziemi raj. A ten raj zależy od tego, jak ja patrzę, jak ja wymagam. Ja nie muszę wymagać dużo, tylko mogę tyle wymagać na ile mnie stać.
Cieszę się, że wstanę rano, że mnie nic nie boli, że mam chleb, że mam masło, że mam swoje koty, że rodzina jest szczęśliwa. I to jest dla mnie sukces.
Jest Pani przykładem i inspiracją nie tylko dla seniorów, ale też dla młodych ludzi.
Pokazuję, że jeżeli nie udało ci się coś w życiu zawodowym, to uda ci się na emeryturze! Przecież my teraz żyjemy prawie do 100 lat. To co będziesz robił, jak pójdziesz na emeryturę w 60 lat? Siedział i w nosie dłubał. Możesz zrobić bardzo dużo rzeczy. Nie można marnować życia.
Akceptujmy siebie. Akceptujmy swoją niesprawność. Ja się tego nie wstydzę, że jestem stara. Podchodzę do życia optymistycznie. Kocham życie, kocham ludzi. Mając 85 lat jestem w ogóle szczęściarą losu. Stałam się gwiazdą.

Jest Pani znaną DJ-ką nie tylko w Polsce, ale też w Europie.
Ja się strasznie boję, bo ja wcale nie myślę, że jestem didżej. Jestem Janko Muzykant. Miałam okazję, żeby skończyć szkołę DJ-ską, bo pracowałam tam, gdzie była. To mi się też nie chciało. A gram na tym, co gram. Mam miksery, mam płyty, gram i nie mam zamiaru coś zmieniać. Ja nie muszę być jak wszyscy. Ja gram muzykę taneczną. Gram muzykę dla dwojga. Gram muzykę, przy której mogą tańczyć jedni i drudzy.









