Naujienų srautas

Wiadomości2024.01.22 08:01

Warsaw Calling. Kos. Historia szlachecka(?) z 1794 roku. Bez epilogu

Maria Makaruk, LRT.lt 2024.01.22 08:01

 „Kos” Pawła Maślony, nagrodzony „Złotymi Lwami” na ubiegłorocznym festiwalu w Gdyni, przed kilkoma dniami zapewnił reżyserowi prestiżowy Paszport „Polityki” w kategorii Film. 

„Kos” właśnie wchodzi do polskich kin, a entuzjastyczne relacje pierwszych widzów są zaskakująco zbieżne z opiniami krytyków. Jedni i drudzy prześcigają się w zestawieniach filmu z produkcjami Quentina Tarantino – zwłaszcza „Django” i „Nienawistną ósemką” – mówi się także, co mniej oczywiste, o „Bękartach wojny”. Z ducha Tarantino pochodzą bowiem nie tylko żonglowanie cytatami, błyskotliwy humor i wartka, trzymająca cały czas w napięciu akcja. Kluczowe jest także wprowadzenie motywu oczyszczającej masakry, która wyrównuje rachunek krzywd i przywraca formę światu oraz potraktowanie kina jako medium do opowiadania alternatywnych wersji historii.

W przypadku filmu, przynajmniej nominalnie poświęconego Tadeuszowi Kościuszce, porównania do stylu Tarantino obiecują odbiorcom wrażenia, o które trudno w zdominowanym przez pomnikową perspektywę polskim kinie historycznym. Tak jest w istocie, mnie jednak w trakcie oglądania „Kosa” stawał często przed oczami Mickiewiczowski „Pan Tadeusz” – poemat w jakiejś mierze założycielski dla myślenia o konsekwencjach upadku I Rzeczpospolitej i ufundowanym na nim wieku XIX. Matryca przepracowywania narodowej traumy, wpisana w tekst Mickiewicza, zestawiona ze strategią reżyserską Maślony daje olśniewające efekty – choć z kina wychodzimy rozumiejąc, dlaczego historia Rzeczpospolitej Obojga Narodów nie mogła potoczyć się inaczej.

Konstrukcja filmu, jakkolwiek przez pierwszą godzinę śledzimy rozwój wątków, które kulminują w finale, zogniskowana jest wokół bardzo długiej sekwencji wydarzeń dziejących się w podkrakowskim dworku Szymbarkowice. Fabułę filmu można streścić w kilku zdaniach: Jest wiosna 1794 roku, Kościuszko (Jacek Braciak) wraz ze swoim czarnoskórym adiutantem Domingo (Jason Mitchell) wracają do kraju, aby rozpocząć przygotowywane od miesięcy powstanie. Po spotkaniu z małopolską szlachtą – fatalnie uzbrojoną, niechętną wobec angażowania do walki chłopów (wszak idą żniwa), wyznającą naiwną wiarę, że „jakoś to będzie” – jadą do dworku pułkownikowej Giżyckiej (Agnieszka Grochowska) na spotkanie z Hetmanem. Rozmowa z magnatem ma stanowić ostatni akord przygotowań do powstania – po niej przyszły naczelnik ma się udać do Krakowa, gdzie oczekuje już na niego wojsko. Równolegle śledzimy losy właściwego bohatera filmu – chłopa Ignaca, pańskiego bękarta (Bartosz Bielenia), którego ojciec, szlachcic Duchnowski, obiecał mu na łożu śmierci nobilitację. Losy bohaterów niespodziewanie się splatają – Kościuszce, Domingowi, Pułkownikowej i Ignacowi przyjdzie stawić czoła oddziałowi Moskali, dowodzonemu przez rotmistrza Dunina (Robert Więckiewicz). Wydarzenia tej nocy przypieczętują losy Ignaca i jego sadystycznego przyrodniego brata, Stanisława (Piotr Pacek), wplączą w tkankę filmu oddział samozwańczych, zdeterminowanych kosynierów i ustanowią punkt wyjścia dla historii, której w filmie nie zobaczymy, chociaż doskonale znamy jej epilog.

Czy ta historia wydarzyła się naprawdę? Nie, ale mogła się wydarzyć. Arystoteles, dowodząc wyższości poezji (literatury) nad historią, wskazywał na wyrażanie przez nią tego, co ogólne, a nie jednostkowe. Nie jest jednak tak, że świat przedstawiony filmu Pawła Maślony jest całkowicie fikcyjny. Mamy tu liczne tropy wskazujące na to, że scenarzysta „Kosa”, Michał A. Zieliński, wnikliwie przestudiował dokumenty z epoki. Postać pułkownikowej Giżyńskiej, z którą przed laty romansował filmowy Kościuszko, to ukłon w stronę rozmaitych romantycznych relacji „pana Tadeusza Biedy” z zamężnymi kobietami. Spontanicznie tworzone przez Pułkownikową nazwiska, którymi przedstawia rosyjskiemu rotmistrzowi kolejnych uczestników „spóźnionej stypy” po mężu (z Sewerem Braneckim na czele) – to z kolei swobodne wariacje na temat bohaterów polskiej historii schyłku XVIII wieku. Zdanie, że „synogarlice nie są dla wróbli”, użyte w epizodzie z dyliżansem pocztowym, którym podróżuje rodzina polskiej szlachcianki i adorujący ją młodzieniec (Dobromir Dymecki), chwilę później zabity przez Moskala, pochodzi z romansowej biografii samego Kościuszki. Takie smaczki można by mnożyć.

Kościuszko jest w gruncie rzeczy drugoplanowym bohaterem filmu. Tytuł, w którego graficznym zapisie przykuwają wzrok wyraziste szramy, dzielące litery na pół, prowadzi widzów w trzech kierunkach, z których od skrótu nazwiska naczelnika powstania ważniejsze są przeistaczające się w narzędzie walki kosy i blizny na chłopskich ciałach. „Kos” Maślony jest jednym z nielicznych, a może jedynym filmem ostatnich lat, w którym pojawia się refleksja nad obecnym w najnowszych badaniach humanistycznych zwrotem ludowym. Rzeczpospolita w przededniu swojego upadku nie jest idealizowana ani heroizowana: podziały społeczne, spiski magnatów, znieczulica i głupota panów idą tu w parze z beznadziejnym losem chłopskich poddanych, niemających żadnej motywacji, żeby ginąć za kraj. Kościuszko i jego amerykański towarzysz są tego świadomi – podobnie jak istnienia analogii pomiędzy systemem gospodarki pańszczyźnianej i niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych. Powracające w filmie zestawienia Starego i Nowego Kontynentu wskazują na więcej podobieństw niż różnic: blizny od kija na plecach Ignaca niewiele różnią się od śladów na poranionych batem plecach Dominga.

Rzeczpospolita jest krajem tonącym w dosłownym i metaforycznym błocie, skazanym na przegraną. Nie zmniejsza to sprzeciwu, który budzą tyrady rotmistrza Dunina o Matuszce Rasiji, losach imperiów i narodów przeznaczonych do klęski. Kościuszko przegrywa z Duninem przy karcianym stole broń, o co jednak nietrudno, kiedy ma się w ręku „chudego waleta i bandę dziewiątek” przeciw „silnej królowej i asom”.

A jednak finał filmu zapewnia widzom podwójne katharsis: upokarzanym i maltretowanym chłopom udaje się zemścić na sadystycznym Wąsowskim (Łukasz Simmlat), a następnie, dzięki ich odsieczy, poprowadzonej przez dzielną Pocztylionkę (Matylda Giegżno) dochodzi do pokonania oblężających Szymbarkowice Moskali. Wcześniej, u boku Kościuszki, ich atak odpierają w brawurowym stylu Pułkownikowa, Domingo i Ignac: samotna, narażona na seksualne napaści kobieta, czarnoskóry były niewolnik i polski chłop pańszczyźniany. Ta fantazja historyczna, jakkolwiek znakomicie wiemy, co było dalej, przywraca wykluczonym bohaterom polskiej historii godność i sprawczość. O świcie, po dokonanej walce, na pobojowisku zostają zdeterminowani i gotowi na wszystko żołnierze pierwszego z rzędu polskich powstań narodowych – u progu klęski, która przypieczętuje losy kraju.

A gdzie w tym wszystkim miejsce dla analogii z „Panem Tadeuszem”? Akcja toczy się w przededniu wojny, której stawką będą losy Rzeczpospolitej. W scenach „stypy” w Szymbarkowicach odbijają się refleksy zajazdu, który poprzedził w Soplicowie bitwę z oddziałami majora Płuta. Mamy tu atak jegrów na kurnik, burzę, która umożliwia zwrot akcji, rosnące wraz z kielichami wypitego alkoholu napięcie. Ratunek, który u Mickiewicza przychodzi ze strony braci szlacheckiej, w „Kosie” zastępuje odsiecz uzbrojonych w kosy chłopów. Alternatywny wariant historii pozwala sobie wyobrazić, jak inaczej mogłoby się potoczyć losy powstania – a w domyśle kraju – gdyby potraktowano chłopów jako równoprawnych obywateli Rzeczpospolitej. Mickiewicz, przypisujący Tadeuszowi Soplicy gest uwolnienia włościan od pańszczyzny w przededniu wojny z Rosją, życie szlachty maluje w sielankowych barwach, choć cieniem rzucają się na nie dramatyczne dzieje Rzeczpospolitej. „Kos” obnaża fundamenty tak skonstruowanej narracji historycznej i stawia widza w obliczu faktów. Uważny czytelnik „Pana Tadeusza” wie, że po uniesieniach XII księgi poematu nastąpiła klęska zimy 1812 roku i że Soplicowo w jej następstwie przypuszczalnie zostało zmiecione z powierzchni ziemi. Widzowie „Kosa” zostają pozbawieni złudzeń – ale zdanie kończące film, mówiące o tym, że pierwszy krok do zrzucenia niewoli to odważyć się być wolnym, buduje fundamenty pod świadomość już nie osiemnasto-, ale dziewiętnasto- i dwudziestowieczną.

Dobrze się stało, że „Kosa” poprzedzili artystowscy „Chłopi” Wellmanów i prześmiewczy „1670”. Na ich tle film Pawła Maślony jawi się jako film klasy, której w polskim kinie dotąd nie było – i zapewne długo nie będzie.

Maria Makaruk - literaturoznawczyni i teatrolożka. Pracuje w Zakładzie Literatury Romantyzmu Instytutu Literatury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Współpracuje z Wydziałem Wiedzy o Teatrze i Wydziałem Reżyserii Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Interesuje się historią literatury romantyzmu, dziejami inscenizacji dramatu romantycznego a także literaturą i kulturą litewską.

LRT has been certified according to the Journalism Trust Initiative Programme

Najnowsze, Najchętniej czytane