Przez cały tydzień w Niemczech trwają protesty rolników. Polegają na blokowaniu dróg, wjazdów na autostrady i centrów miast przez tworzenie poruszających się w żółwim tempie kolumn ciągników. Uwieńczeniem protestów ma być wielka manifestacja 15 stycznia w Berlinie, pod Bramą Brandenburską. Aktywnie protestują również polscy rolnicy, którzy zaznaczają, że jest to akt desperacji, bo uważają, że władze są głuche na ich wołanie o pomoc.
Maciej Mieczkowski, dziennikarz, fotograf, korespondent Znad Wilii, na co dzień mieszkający w Berlinie tłumaczy, że protesty rolników nasilają się każdego dnia.
- Tłumy ludzi przybyły własnymi ciągnikami i zablokowały centra miast. Ostatnio protest rozlał się na wyjazdy i zjazdy z autostrad. Manifestujący zapowiadają, że będą one dalej blokowane, aby pokazać rządzącej koalicji, że rolnicy są niezadowoleni ze zmian, które będą ich dotyczyły w najbliższych latach - wyjaśnia w rozmowie LRT.lt.
Zmiany dotyczą m.in. zmniejszenia subwencji paliwowych do diesla wykorzystywanego do traktorów i innego sprzętu. - Niedawno z protestującymi rozmawiał minister rolnictwa Cem Oezdemir. Doszło do porozumienia, że w tym roku subwencje nie będą zmniejszane. Jednak w efekcie końcowym do 2026 r. władze mają z nich całkowicie zrezygnować. Decyzja wywołała ogromną falę oburzenia wśród rolników. Na plakatach widnieją hasła, że nie ma komu przekazać zawodu, nikt nie być rolnikiem, bo to się nie opłaca. Tymczasem w telewizji widzimy protestujących z nowoczesnymi maszynami i sprzętem. Statystyki wskazują, że rolnictwo zarobiło dość dużo w ubiegłym roku. Nasuwa się zatem pytanie, czy jest aż tak źle? - pyta retorycznie Mieczkowski.

Dziennikarz wyjaśnia, że przyczyny niezadowolenia tkwią w ogólnokrajowej polityce niemieckich rządzących. Tak zwana rządząca koalicja sygnalizacji świetlnej (niem. Ampelkoalition) składa się z niemieckich socjaldemokratów (SPD) z kanclerzem Olafem Scholzem na czele, Wolnej Partii Demokratycznej Niemiec (FDP) z ministrem finansów Christianem Lindnerem na czele, oraz Zielonych.
- Ci ostatni dokonali wiele niepopularnych, proekologicznych decyzji, a sama koalicja przedstawia bardzo różnorodne, nie do końca dopasowane do potrzeb każdej partii programy polityczne. Zieloni ze swoim pakietem inwestycji w odnawialne źródła energii, rezygnacji ze szkodliwych środowisku źródeł kopalnych, jak też z benzyny i diesla, okazali się bardzo niepopularni. Oczywiście, że po prostu realizują swój program. FDP również realizuje własne obietnice, z tym, że minister finansów nie na wszystko się zgadza i często nie chce przeznaczać pieniędzy na duże projekty. Popiera jednak decyzje dotyczące oszczędzania, m.in. wcześniej wymienione zmniejszanie subsydiów na paliwo. Rząd w taki sposób planuje oszczędzić około 54 mld euro - wyjaśnia Mieczkowski.

Rozmówca podkreśla, że fala niezadowolenia dotyczy nie tylko reform rolniczych, ale decyzji całej koalicji rządzącej.
- Warto przypomnieć, że partie zostały wybrane jeszcze do wybuchu pandemii koronawirusa, wojny w Ukrainie i na Bliskim Wschodzie. Wszędzie są potrzebne środki. Z powodu pandemii Niemcy straciły niemało inwestycji. Z kolei dzisiejszy rząd rozpoczął pracę po bardzo długich rządach Angeli Merkel, Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU) i SPD. To były zupełnie inne czasy, kiedy sprawy ekonomiczne dobrze się rozwijały. Nowa koalicja przejęła szereg problemów, z którymi na przeciągu lat nie podejmowano żadnej walki. Na dzisiejsze władze spadły wszystkie bolączki Niemiec. Musimy przyznać, że kraj trzeba modernizować - ubolewa mieszkający w Berlinie Mieczkowski.

Dziennikarz zapewnia, że protesty będą kontynuowane również po 15 stycznia. Tymczasem 10 stycznia do protestu dołączył również związek zawodowy maszynistów (GDL). Tego dnia w trasę wyruszył tylko jeden z pięciu niemieckich pociągów. Ruch kolejowy ma odbywać się według awaryjnego trybu jazdy.
- Kolejnictwo stanowi bardzo ważną gałąź przemysłową i transportową. W każdym większym mieście działa kolej naziemna (niem. S-Bahn). Pracujący tam maszyniści żądają skrócenia tygodnia pracy o trzy godziny (35 godzin zamiast 38). Nie chodzi nawet o większe zarobki. Po prostu brakuje rąk do pracy i wykwalifikowanej siły roboczej. Pandemia koronawirusa zmieniła wszystko - ludzie zrezygnowali z niektórych stanowisk, przeszli do innych sektorów. Gospodarka potrzebuje czasu na wypełnienie luk. Tutaj chodzi jednak o bardzo niszowe zawody, a mieszkańców miast, a zatem i pasażerów kolei przybywa. Tymczasem Zieloni stawiają na odnawialne źródła energii, a więc popularyzują kolej, która i tak jest lubiana przez Niemców - tłumaczy.

- Na pewno nie jest to pierwszy czy ostatni tego typu strajk. Podobne w kraju odbywają się co rok lub nawet kilka razy do roku. Jednak jeśli się nie uda porozumieć co do próśb wystosowanych przez kolejarzy, to strajk potrwa dłużej, choć był zaplanowany do 12 stycznia - podsumowuje Mieczkowski.
W protestach aktywny udział biorą rolnicy z Polski i Rumunii. Monika Przeworska, dyrektor Instytutu Gospodarki Rolnej, organizującego protesty z polskiej strony, zaznacza, że Polacy łączą się z rolnikami europejskimi, ale część postulatów się różni.
- Jednym z podstawowych postulatów niemieckich, jak też polskich rolników jest taki, że nie mogą dalej jako obywatele krajów członkowskich Unii Europejskiej zgodzić się na to, aby produkty rolno-spożywcze z Ukrainy, które trafiają na europejski rynek, miały przełożenie na ostateczną dochodowość europejskich gospodarstw. Unijni biurokraci mówią o tym, że wpływ tych produktów na gospodarkę jest marginalny, ale jeżeli chodzi o kraje przyfrontowe, takie, jak Polska, w rzeczywistości jest on nieco większy. Prawda jest taka, że inne kraje, takie, jak Holandia, również obserwują, że, niestety, UE nie stała się oknem na świat Ukraińców. Nie została pośrednikiem w sprzedaży produktów rolnych czy miejscem, przez które są transferowane. Unia stała się rynkiem zbytu, utrudniającym europejskim rolnikom funkcjonowanie - ubolewa dyrektor w wywiadzie LRT.lt.

Każdy europejski rolnik musi spełnić szereg wymagań UE. - Wszystkie je spełniamy, ponosimy koszty modernizacji naszych gospodarstw, sięgamy po bezpieczne środki ochrony roślin czy leczenia zwierząt. Tymczasem UE nagle otworzyła wspólnotowy rynek na tyle szeroko, że nam, europejskim rolnikom, bardzo trudno jest konkurować z ofertą z Ukrainy. Niemieccy rolnicy wyszli na ulice, bo zaczęto tam nakładać kolejne obciążenia, m.in. opodatkowanie ciągników poprzez konieczność uiszczenia opłat za przejazdy po drogach, jak też wymuszanie kolejnych modernizacji służących poprawie dobrostanu zwierząt - wyjaśnia.
Przeworska podkreśla, że właściwie rolnicy całej UE borykają się ze spadającą opłacalnością produkcji rolnej. - Z podobnymi działaniami rządów poszczególnych państw, czy też Wspólnoty jako całościowej organizacji z własnymi strukturami unijnymi, doszło do tego, że opłacalność rolnictwa dramatycznie spadła. Tak było w Holandii, Niemczech, tak jest również na Litwie. Tymczasem Polska aktywnie strajki organizowała, organizuje i niestety, będzie musiała je dalej organizować. Konkurowanie z dużymi producentami z Ukrainy jest coraz trudniejsze - mówi.
Ilu Polaków protestuje? - Nie chodzi tu o konkretne liczby obywateli Polski, ale o rozmiar blokad. Koncepcja jest taka, że 8 stycznia zaczęliśmy delikatnie od trzech blokad na granicy między Polską a Niemcami. Nie były to protesty bardzo liczne, raczej symboliczne. Chcieliśmy pokazać, że Polska i polscy rolnicy solidaryzują się z problemami i wymienionym postulatem. Protesty nie musiały być duże, jeśli chodzi o Polskę, ale miały pokazać politykom UE, że nie tylko Polacy i mieszkańcy innych krajów przyfrontowych mają problem, ale dotyczy to całej UE - odpowiada Przeworska.

Instytut liczy przede wszystkim na to, że UE zacznie rozmawiać z rolnikami i traktować ich jako partnerów do rozmów, a nie jako sektor, który można „wyłączyć“. - UE przygotowuje szereg decyzji wykonawczych, które bezpośrednio uderzają w poszczególne gospodarstwa. Warto, aby władze myślały o rolnikach również podczas formułowania aktów prawnych. Domagamy się podjęcia szerokiego dialogu władz z europejskimi rolnikami m.in. na temat akcesji Ukrainy do struktur unijnych. Rolnictwo jest sektorem, które akcesja dotknie najszybciej i najwyraźniej. Potrzebujemy zatem rozmowy o tym, jak mamy funkcjonować. Kwestia zdjęcia ceł i kontyngentów taryfowych jest też ważna. Jak należy układać tą współpracę? Jak ma funkcjonować europejskie rolnictwo, jeżeli Ukraina dołączy do struktur unijnych? To są pytania, na które dzisiaj nie słyszymy odpowiedzi - dodaje dyrektor.
Przeworska zapewnia, że mimo protestów teraz granice są przejezdne. - Rolnicy nie zamierzają utrudniać pracy innych sektorów. Chcą po prostu pokazać, że są zdesperowani. Dzisiaj nie mamy o czynienia z problemami wywołanymi bezpośrednio manifestacjami. Do 15 stycznia może zdarzyć się tak, że z godziny na godzinę ciągniki się pojawią i do całkowitej blokady jednak dojdzie - twierdzi.
Instytut Gospodarki Rolnej zamierza dalej współpracować m.in. z organizacją EUnitedAgri, zrzeszającą europejskich rolników. - Będziemy rozmawiali z rolnikami kolejnych państw, aby głos tych, którzy chcą produkować w Europie był bardziej słyszalny przez polityków. Aktywnie współpracujemy również z Litewską Izbą Rolniczą i jej przewodniczącym Arūnasem Svitojusem. Myślę, że każde państwo, które w tym czy innym stopniu żyje z rolnictwa znajduje się w większym lub mniejszym kryzysie, więc współpraca merytoryczna i wymiana informacji jest naprawdę potrzebna. Solidarne, zjednoczone europejskie rolnictwo może być głosem słyszalnym w całej Europie - podsumowuje rozmówczyni LRT.lt.









