Nigdy nieodpuszczające brzemię odpowiedzialności, nadgodziny, pośpiech, presja społeczeństwa i niekończący się urzędniczy biurokratyzm, nieraz mocno skomplikowane relacje z pacjentami i ich rodzinami, życie, w którym czas wolny jest bardzo ograniczony – to w warunki, w jakich codziennie funkcjonują lekarze na Litwie. Samobójstwo medyka z klinik Santaros wstrząsnęło zarówno opinią publiczną, jak i społecznością lekarzy - powróciły kwestie mobbingu i emocjonalnej atmosfery w pracy.
Beata Wincel chirurg dziecięcy w klinikach Santaros mówi dla LRT.lt, że wiadomość o kolejnym samobójstwie lekarza, do którego doszło w ostatnich dniach listopada wywołało lawinę emocji wśród całej społeczności szpitala.
„Nie wypada pokazywać, że się sobie nie radzi”
- Była to bardzo niespodziewana wiadomość, wręcz szokująca. Być może też dlatego, że ten wypadek dotyczy placówki, w której pracuję i to, że znałam tego lekarza. Uświadomienie samego faktu jego śmierci było bolesne – mówi Wincel.
Ministerstwo natychmiast zareagowało na incydent, wysyłając tego samego dnia mobilne zespoły kryzysowe psychologów.
- Z tego co mi wiadomo, ponad 70 osób z zespołu medycznego wyraziło wtedy chęć uzyskania pomocy psychologicznej. Pokazuje to, jak duże jest napięcie emocjonalne wśród medyków – dzieli się lekarka.
Dodaje, że coraz więcej osób uświadamia sobie i przyznaje, że problem rzeczywiście egzystuje.

- Widzimy, że coraz więcej lekarzy nie boi się mówić o swoim samopoczuciu i korzysta z pomocy psychologów. Świadczy to też o tym, że społeczeństwo medyczne się zmienia, gdyż ten problem jeszcze zupełnie niedawno był mocno stygmatyzowany, nie wypadało pokazywać, że z czymś się sobie nie radzi – wspomina Wincel.
„Znowu nie zdążyliśmy na czas”
Administracja klinik Santaros, po śmierci młodego lekarza, w swoim oświadczeniu wskazała, że „znowu nie zdążyła na czas”.
Beata Wincel jest przekonana, że bez wątpliwości jedną z przyczyn było wypalenie zawodowe, choć „takich przyczyn mogło być więcej”.
- Cała sytuacja jest bardzo skomplikowana, ponieważ nadal wielu lekarzy jest skłonnych do ukrywania tego faktu o sobie, jaki jest rzeczywisty jego stan psychiczny. Niektórzy nie są uczciwi nawet przed sobą, nie przyznają, że borykają się z tym ciężarem. Jest to trudne do przyjęcia. Tak samo trudno jest zauważyć krytyczne przesłanki emocjonalne u innego lekarza – przyznaje lekarka.
Tłumaczy, że medyk z wypaleniem zawodowym znajduje się w „patologicznym” środowisku, które nieraz uważa za absolutną normę.
- Wszyscy dookoła jesteśmy tacy sami i mamy tak samo ciężko. Jest to długoterminowy proces – mówi.
- Muszę też zauważyć, że bardzo wielu kierowników jest z „tamtych” czasów. To ci, którzy przeżywali nie tylko mobbing, ale i wiele innych strasznych rzeczy, bo wszelkiego rodzaju nękanie uważało się wówczas za absolutną normę. Dziś taki kierownik bardzo często jest po prostu znieczulony na podobne problemy swoich podwładnych, nie potrafi zrozumieć, a w konsekwencji też pomóc, bo przecież „my, młodzi lekarze, nie mamy dziś tak źle, jak oni kiedyś mieli” – wyjaśnia Wincel.
Mobbing nadal jest obecny w placówkach opieki zdrowotnej
Wincel z żalem przyznaje, że mobbing jest nadal obecny, choć z roku na rok staje się coraz mniejszym zjawiskiem.
- Różnica polega na tym, że teraz coraz więcej się o tym mówi – czytamy wywiady, wpisy w mediach społecznościowych, blogach lekarzy o tym, że mierzą się z pewnymi trudnościami. Ktoś przyznaje się, że korzysta z psychoterapii czy zażywa leki. Dziś już nawet student medycy może wystosować pismo czy skargę do administracji. Jeszcze zupełnie niedawno, za czasów, kiedy ja się uczyłam, było to nie do pomyślenia – wspomina.
Dodaje, że taki „nienormalny” stosunek do młodego lekarza jest ukorzeniony w naszym społeczeństwie, „dlatego ta reforma normalnego podejścia nie idzie zbyt szybko”.

Lekarka tłumaczy dla LRT.lt, że wymiar mobbingu zależy nieraz też od specjalizacji. - Ze swojego doświadczenia pamiętam, że przeróżnych form nękania było więcej na specjalizacjach chirurgicznych niż terapeutycznych - wspomina.
Dodaje, że za dużo takich gnębiących wykładowców nie miała. Jak mówi, było to jakieś 10-15 proc.
- Trzeba rozumieć, że chirurdzy kiedyś rzeczywiście nie mieli łatwo, czasami pracowali nie licząc godzin, ani dób, po kilka dni nie wracało się do domu. Jak ktoś z tym nie chciał się zgodzić, był uważany za lenia i niedostojnego tego zawodu. Nikt się nie zastanawiał, po co komu padający ze zmęczenia lekarz – próbuje wytłumaczyć dawne podejście do młodego lekarza Wincel.
Dodaje, że dziś młody lekarz też czasami pracuje nadgodziny zupełnie dobrowolnie, „nie zastanawiając się jakie konsekwencje to niesie”.
- Jesteś młody, pełen zapału i samozaparcia, jest niczym w różowych okularach, idealizujesz swój zawód i pragniesz nauczyć się jak najwięcej, żeby jak najszybciej samodzielnie wykonywać operacje i decydować o ich przebiegu – mówi Wincel.
Zaznacza, że nie ma ostrej granicy między normą, a poniekąd sytuacją patologiczną, ile godzin konkretna osoba jest w stanie pracować do momentu krytycznego przemęczenia.
- Dziś już nie jest normą, że po dyżurze młody lekarz zostaje jeszcze w pracy. Spokojnie, absolutnie normalnie i bez wyrzutów sumienia można iść do domu – przekonuje chirurg.
Wypalenie zawodowe lekarzy jednym z największych problemów litewskiej opieki zdrowotnej
Wincel ostrzega, że wypalenie zawodowe może spotkać w każdym zawodzie.
- Jednak taki stan u medyka może mieć wyjątkowo tragiczne skutki. Brzemię popełnionego przez lekarza błędu jest w wielu wypadkach gigantyczne i ciągnie za sobą wiele bolesnych konsekwencji, gdyż dbamy o zdrowie i życie pacjenta – wyjaśnia Wincel.

Tłumaczy, że jest to stan ogromnego zmęczenia emocjonalnego, „wręcz z napadami ataków paniki”.
- Czasami charakterystyczną cechą jest też pewna depersonalizacja, kiedy człowiek staje się bardzo cyniczny, znieczulony. Czujemy się niedowartościowani, jesteśmy niezadowoleni z własnych osiągnięć. Choć zupełnie niekoniecznie tak jest. Czasami też lekarz mierzy się z poczuciem, że jest niezastąpiony, że tylko on potrafi zadbać należycie o pacjenta – tłumaczy Wincel.
Zaznacza, że nie jest to problem tylko litewskiej opieki zdrowotnej.
- Z tym wyzwaniem mierzy się wiele krajów świata. Według badań jednej z najlepszych klinik świata Mayo w Rochester w USA, w 2021 r. trzech z pięciu lekarzy zgłosiło przynajmniej jeden symptom przejawów wypalenia zawodowego. Są to ogromne liczby – przyznaje.
Kolejną cechą tego zawodu, na którą wskazuje Wincel, są wygórowane oczekiwania społeczeństwa.
- Społeczeństwo spodziewa się ciągłego naszego rozwoju, wprowadzenia ponadczasowych metod leczenia czy diagnostyki, jakichś odkryć, pisania artykułów, robienia doktoratu, że apriori będziemy pracować nieustannie. Postrzega się nas jako najlepszych i postępowych specjalistów, koniecznie z piękną rodziną w domu, jakimś ciekawym hobby. Jest to wizerunek idealnego lekarza, który mimo wszystko jest zawsze uśmiechnięty i wypoczęty. Do takiego obrazku bardzo często przyczyniają się też media społecznościowe, gdzie wszyscy pokazują wyłącznie swoje najlepsze strony, tworząc pewną iluzję. Niestety doba ma tylko 24 godziny – mówi Wincel.
„Komuś wystarczy po prostu się wypłakać, innym to nie pomaga”
Chirurg wyjaśnia, że istnieje dość szeroki szary pas pomiędzy zmęczeniem a wypaleniem zawodowym. - Nie ma wyraźnej granicy – twierdzi.
- Do ogólnego naszego stanu przyczynia się wiele czynników - nasze życie, relacje poza pracą, mamy rodzinę czy nie. Każdy dyżur jest inny, czasami zdarza się zupełnie spokojny, a nieraz pracujesz 24 godziny na dobę. Po takim dyżurze naturalne jest, że możesz być zirytowany, bez nastroju czy wręcz zły. Komuś wystarczy po prostu wypłakać się w domu, bo może coś się nie udało tak jak chcieliśmy – przyznaje Wincel.
- Wielokrotnie widziałam wypadki, jak medyk budzi się podczas dyżuru o jakiejś 4 nad ranem i czuje taką panikę, jakby nie mógł w tych szpitalnych murach oddychać, koniecznie coś chce zrobić, chociaż nie wie co, wyjść, wybiec z tego budynku. W takiej sytuacji mówiłabym już o wypaleniu zawodowym – wskazuje.
Wincel tłumaczy, że przekraczając pewną granicę zmęczenia, nasz mózg przestaje kontrolować pewne funkcje poznawcze.
- Przestajemy w sposób świadomy kierować swoim życiem, włączają się instynkty, pomagające przetrwać, a wtedy wszystko może się wydarzyć – mówi.

Eksperci zaznaczają też, że wypaleni zawodowo lekarze częściej sięgają po alkohol czy inne używki.
Specjalizacje mniej i bardziej narażone na wypalenia zawodowe
Jak mówi Wincel, badania wskazują, że bardziej narażeni na wypalenie zawodowe są również ci na „pierwszej linii frontu”.
- Tak mówimy o lekarzach rodzinnych i lekarzach medycyny ratunkowej. Wiąże się to z ilością przyjmowanych pacjentów oraz wielką niewiadomą co do diagnozy na tym etapie. Na przykład w przypadku brygad ratunkowych, lekarze muszą podejmować decyzję tu i teraz, najlepiej bezbłędną. To ogromny stres – przyznaje.
Praca ta jest wyczerpująca także dlatego, jak mówi specjalistka, bo obowiązek nigdy nie odpuszcza – „po wykonanym zabiegu czy operacji, jeszcze długo po powrocie do domu, o tym pamiętasz”.
- Myślisz o diagnozie i wybranym sposobie leczenia, wspominasz, jak wykonywałeś jeden bądź inny ruch, czy mogłeś jeszcze o coś zapytać pacjenta i jego rodzinę, wszystko to w kółko przewijasz w głowie. Po pracy żyjesz pracą – mówi.
Rozmówczyni zauważa, że z ogromnym trudem mierzą się również ci specjaliści, którzy w swoim zawodzie znacznie częściej spotykają się ze śmiercią pacjentów.
- To intensywna terapia, pomoc paliatywna, onkolodzy. Rozumiemy, że części pacjentów, szczególnie z przewlekłymi chorobami nie uda się uratować, ale to i tak jest zawsze trudne. System nam w takich momentach ciągle za mało pomaga. Zalewa nas niepotrzebną ilością dokumentacji, procedur. Kiedy się wybierasz na studia medyczne, to przede wszystkim po to, żeby wszystkim pomóc – mówi Wincel.
Dodaje, że teraz lekarzom coraz częściej oferowane są różne sympozja, konferencje, podczas których się uczą przekazywania informacji rodzinie i bliskim o śmierci zmarłego.

- To nie jest takie łatwe. Pomimo trudności emocjonalnych, lekarz często spotyka się też z pewnym niedowierzaniem, złością, a nawet agresją bliskich – mówi.
Zaznacza, że nie ma wygodnych specjalizacji.
– Nawet chirurdzy plastyczni w prywatnych klinikach mierzą się ze swoimi wyzwaniami. W każdej specjalizacji są powikłania i niezadowoleni pacjenci – śmieje się Wincel.
Gdy mały człowiek potrzebuje chirurga
Rozmówczyni wskazuje, że zawód chirurga dziecięcego ma wiele płaszczyzn.
- Na całe szczęście dzieci mniej chorują, mają mniej chorób onkologicznych, ciężkich, przewlekłych. Zabiegi są mniejsze, krótsze. Trudność tej specjalizacji polega na tym, że mamy bliski kontakt nie tylko z samym pacjentem, ale również z jego przedstawicielami – z rodzicami, dziadkami, opiekunami – opowiada Wincel.
Dodaje, że kontakt z małym pacjentem też jest bardziej złożony.
- Dzieci się boją, często nie rozumieją. Równie ważne są tu: serdeczność, ciepło, czułość i troskliwość wobec zawsze ufnych dzieci i wyjątkowo duża dawka empatii wobec zatroskanych o los swoich pociech rodziców – wskazuje.
Zaznacza, że niepowodzenia przeżywa się tu również znacznie trudniej.
- Przeżycie i pogodzenie się z utratą dziecka jest dla lekarza niesamowicie trudne - dodaje.
- Miałam koleżankę na specjalizacji, którą zaczęły nachodzić ataki paniki w samochodzie za kierownicą, kiedy jechała do pracy. Po prostu nie mogła z tym sobie poradzić. Po roku akademickich wakacji zdecydowała, że zostawia medycynę i wycofuje się z tego zawodu. To był szok dla wszystkich – zarówno dla rodziny, ponieważ pochodziła z dynastii lekarzy, jak i grona znajomych w pracy. Niby jak tak można? Po tylu latach męczącej nauki i trudów odpuścić to, z czym zamierzałaś powiązać swoje całe życie? Tak po prostu się zdarza. Inaczej nie potrafiłaby żyć. Taką decyzję należy uszanować i przyjąć, pomimo tego, że kadry medycznej na Litwie rzeczywiście bardzo brakuje – mówi.

Dla tych, którzy zastanawiają się nad tą specjalizacją, Wincel przypomina - chirurg dziecięcy, zarówno jak inni lekarze dzieci, w naszym kraju zarabiają nadal znacznie mniej niż lekarze osób dorosłych.
Kto niesie odpowiedzialność za zdrowie psychiczne lekarza?
Wincel jest przekonana, że jest to odpowiedzialność nas wszystkich.
- Społeczeństwo lekarzy musi więcej o tym mówić i odważniej sięgać po pomoc – mówi.
Wskazuje, że „zmiany małymi krokami już zachodzą”.
- Mamy mobilne ekipy psychologów, w klinikach Santaros również pracują psycholodzy, którzy starają się nad nami czuwać. Musi zmienić się też pogląd samych lekarzy na swój zawód. Należy sobie uświadomić, że nikt z nas nie jest idealny, nikt nie jest nadczłowiekiem, że czasami nie wszystko od nas zależy. Czuć swój organizm i w odpowiednim momencie się zatrzymać, by na chwilę odetchnąć – mówi.
Chirurg wskazuje też na często spotykane w naszym kraju kłopoty systemu zarządzania.
- Należy ograniczać ilość kadencji kierowników placówek medycznych. Maksymalnie po dwóch kadencjach musieliby odejść ze stanowiska. Tylko w taki sposób może nastąpić wymiana pokoleniowa głów szpitali. Tylko tak pojawi się szansa na świeżość i dobre zmiany w zarządzaniu – jest przekonana Beata Wincel.
Wincel nawołuje Ministerstwo Zdrowia, by było bardziej stanowcze w podejmowaniu decyzji, które „czasami wyglądają mniej popularne czy pozytywne dla społeczeństwa”.
- Należy regulować godziny i ilości placówek, w których lekarz może pracować. Dziś jednak mamy taką sytuację, że gdyby każdy lekarz pracował wyłącznie na jeden etat, na Litwie momentalnie zdarzyłby się kolaps medycyny. Mielibyśmy też niezliczoną ilość placówek medycznych, w których nie byłoby komu pracować – mówi.
Dodaje, że dziś każdy lekarz pracuje na 1,25 – 1,5, a czasami nawet 2 etaty.
- Nikt nie chce się zabijać na kilku etatach, ale realność jest taka, że musimy. Dochodzi jeszcze cała biurokracja, którą jesteśmy obciążani. Nasza praca to ciągłe wyzwanie psychiczne i fizyczne oraz duża odpowiedzialność. Naturalnie, że człowiek czasami ma dość – podsumowuje chirurg Beata Wincel.
Nie ma statystyk dotyczących liczby samobójstw wśród medyków, nie są one gromadzone według zawodów.
Profesor psychiatrii Eugenijus Laurinaitis powiedział dla LRT.lt, że 53 proc. lekarzy na Litwie cierpi na syndrom wypalenia zawodowego, w Wilnie - prawie 80 proc.









