Polska dziennikarka i reportażystka, autorka filmów dokumentalnych o Czeczenii oraz wieloletnia korespondentka zagraniczna w Rosji miała okazję poznać ten kraj od podszewki. W rozmowie z LRT.lt Krystyna Kurczab-Redlich dzieli się swoimi spostrzeżeniami oraz opowiada o tym, dlaczego napisała książkę „Wowa, Wołodzia, Władimir. Tajemnice Rosji Putina”, która jest obecnie w Polsce bestsellerem.
Zmiany w świadomości Rosjan po latach 90-tych
- Będąc w Rosji od początku lat 90-tych obserwowałam bardzo powolne zmiany Rosjan w zrozumieniu tego, co trochę na zachód od Bugu, nazywa się demokracją. Jak się okazało, mimo, że Rosjanie wtedy wychodzili na ulicę setkami tysięcy i krzyczeli „demokracja, demokracja”, pod tym słowem mieli jednak na uwadze „lepsze życie”. Tak zwany „deficyt” był nieprawdopodobną bolączką wielu z nich – mówi Kurczab-Redlich oraz dodaje, że z biegiem czasu okazało się, że Rosjanie nie wiedzą, że demokracja, to nie tylko wolne wybory, ale także odpowiedzialność za kraj i zdecydowana walka o podmiotowość jednostki.
- Strasznie trudno im było zrozumieć, że nie państwo jest ważne, tylko obywatele. Demokratyzacja to też ogromna ilość frakcji parlamentarnych i partii. Trzeba przyznać, że przynajmniej częściowo za czasów Jelcyna wszystko to było, z tym, że Rosjan zdominowała bieda. Coraz częściej przy śmietnikach zaczęli się pojawiać grzebiący w nich ludzie – przypomina Kurczab-Redlich.
Wówczas, jak mówi, baryłka ropy kosztowała 12-18 dolarów. Budżet państwa był pusty. Bogaci szybko się bogacili, a reszta proporcjonalnie biedniała.

- To się odbiło na spojrzeniu Rosjan na przemiany popierostrojkowe, na przemiany tak zwane demokratyczne. I dlatego demokracja im się łączy niestety z biedą i z chaosem, który rzeczywiście zapanował – opowiada autorka.
Kurczab-Redlich jest przekonana, że gdyby nie afery na „dworze” Jelcyna, Putin nigdy nie doszedłby do władzy. - Mówię na przykład o aferach banków New York Bank czy Mabetex w które była zamieszana rodzina Jelcyna. W momencie, kiedy trzeba było te przekręty wygaszać pojawił się na Kremlu Putin i znakomicie się w tej roli sprawdził – przypomina dziennikarka.
I po Jelcynie do rządów w Rosji dochodzi Putin
- Od pierwszego momentu było jasne, że Putin będzie działał antydemokratycznie. Jedna z pierwszych jego dyrektyw głosiła, że tworzenie nowych partii wymaga 50 tys. podpisów potwierdzonych notarialnie. Politycznych ugrupowań robiło się coraz mniej, a w 2003 r. Putin w ogóle nie dopuścił partii opozycyjnych do wyborów – tłumaczy rozmówczyni.
Kurczab-Redlich podkreśla, że od samego początku Putin stawiał na militaryzację. - Już w pierwszych swoich przemówieniach wygłosił, że Rosja nie będzie takim państwem jak dotychczas, Rosję trzeba „podnieść z kolan”. Powiedział, że obecne państwo będzie działać w sposób, który niektórzy nazywają sposobem dyktatorskim, ale „my to nazywamy działaniem efektywnym” – przytacza wcześniejsze przemówienie Putina.
W 1999 r. Putin miał 2 proc. poparcia, był raczej mało znany. Wiedział, że musi zrobić coś spektakularnego, przeprowadzić jakąś akcję, którą była wojna w Czeczenii. Na początku 2022 roku zaatakował Ukrainę.

- 24 lutego rano pomyślałam, że stało się to, w co wierzyć nie chciałam. Miałam dwa odczucia – rozum mówił „przecież to było oczywiste – wojna będzie”. Przecież Putin dążył do niej od 1994 r. Serce natomiast mówiło: „to wykluczone, żeby Putin zgodził się na to, aby znowu do Rosji wracały setkami tysięcy cynkowe groby”. Nie wzięłam pod uwagę tego, że będzie tak samo jak w 2014 r. – mówi dziennikarka, która pomimo wieloletniego doświadczenia wciąż jest zaskoczona poziomem rosyjskiej propagandy.
- Wiedza o poległych na froncie w Ukrainie żołnierzach nie dociera do przeciętnych Rosjan. Mimo, że pisałam o tym tyle lat, nie wierzyłam, że ta putinowska propaganda będzie aż tak nachalna i przekona Rosjan, którzy poprzez walkę w Ukrainie zostali oszołomieni kolejnym podnoszeniem Rosjan z kolan – tłumaczy.
Urlopu od strachu w Rosji nie było
Kurczab-Redlich sięga do historii. W jej opinii od setek lat Rosjanie przechodzą tzw. „uniwersytet zginania karku”. - Musimy zdawać sobie sprawę jak bardzo ten naród jest wychowywany w dyktaturze pokory. Przede wszystkim wobec władzy, wobec kłamstwa, jakie władza narodowi wciska. Urlopu od strachu w Rosji nie było. W Rosjanach najbardziej mnie uderzyła niesłychana pokora wobec każdej najmniejszej stojącej nad nimi władzy. Mieszkaniec schyla kark przed administracją, urzędnik w administracji schyla kark przed dyrektorem itd. To nie jest zwyczajna podległość urzędnicza. Wszystko jest oparte na strachu. Jeżeli komuś przeszkadzasz, zawsze mogą cię wykończyć, łącznie z oligarchami. Najpierw zabiorą ci majątek, potem rodzinę, a potem ciebie samego zabiją – wymienia dziennikarka.
„Wowa, Wołodia, Władimir. Tajemnice Rosji Putina“
Kurczab-Redlich mówi, że biografię Putina napisała z wściekłości. – Czytając jego biografie pisane na Zachodzie, widziałam ogromną ilość powtarzających się kłamstw. Mamy tam nie tego ojca, nie tę matkę, nie tą datę i miejsce urodzin. Przecież Putin nie urodził się w Leningradzie, a pod Uralem. Nie urodziła go Maria Szełomowa, tylko Wiera Nikołajewna Putin. Jego ojcem nie był Władimir Putin z Leningradu, tylko Platon Piwałow, którego postać zaginęła w historii. Urodził się nie w 1952 r., a w 1950 r. Stało się tak w wyniku przeróżnych perturbacji w życiu jego prawdziwej matki, które skończyły się tym, że 10-letniego Wołodię oddano po prostu do adopcji rodzinie Putinów w Leningradzie. Władimir miał trudne i bardzo bolesne dzieciństwo, co z pewnością odbiło się na jego psychice – tłumaczy autorka.

W książce „Wowa, Wołodzia, Władimir. Tajemnice Rosji Putina” czytelnik znajdzie wiele dokumentów i wykazów uzyskanych od rosyjskich dziennikarzy, którzy za śledztwa zapłacili swoim życiem. Chodzi o Annę Politkowską, Jurija Szczechoczichina czy Siergieja Juszenkowa. - Współpracowałam z nimi wszystkimi. W mojej książce jest bardzo dużo dokumentów, informacji uzyskanych właśnie od tych ludzi. W książce są dowody popełniania wielu aktów terrorystycznych, które nie były związane z Czeczenami, a które były związane z FSB tylko po to, aby z Czeczenów uczynić pierwszego i głównego wroga – tłumaczy dziennikarka oraz przypomina, że na czele FSB w latach 1998 -1999 stał Władimir Putin.
- Jest zbrodnią historyczną pisanie o aktach terroru w postaci wysadzania domów w Rosji, które miały miejsce od 1999 r. Potem 2002 r. napad podczas spektaklu „Nord Ost” na moskiewski teatr Dubrowka. Kolejne uderzenie na Biesłan. Nawet do dziś wszystko to jest podawane - również przez moich kolegów polskich - jako wyłącznie czeczeńskie akty terroru. Przecież dzięki temu „wrogowi”, dzięki sprokurowaniu wojny w Czeczenii, Władimir Władimirowicz Putin mógł zaistnieć. Z tych 2 proc., które miał we wrześniu 1999 r., a więc tuż przed tymi wybuchami w Bujnaksku, Moskwie, Wołgodońsku wyłonił się nowy władca Rosji – podkreśla dziennikarka.

- Mieszkałam wśród Rosjan, spotykałam się z nimi na najniższych szczeblach. Widziałam jak w tym narodzie ponownie narasta strach. Za czasów Jelcyna tego strachu z wolna się pozbywali i natychmiast wrócili w te koleiny przy Putinie. Z jednej strony opanowywał ich dawno znany, od pokoleń wyrabiany strach przez terror psychiczny i fizyczny, z drugiej zaś strony – wmawiało się im, że Rosja jest wielkim militaryzowanym imperium. Skoro człowiek u władzy militaryzuje swój naród, stwarza setki szkół kadetów, wprowadza na nowo wychowanie wojskowe w szkołach, robi to w jakimś celu. Tym celem, jaki widzimy teraz, stała się Ukraina. Takie same rakiety, co teraz spadają na Mariupol czy Charków, spadały na Grozny. Tacy sami żołnierze mordują teraz Ukraińców, tacy sami ich torturują i gwałcą – mówi Kurczab-Redlich.
Krystyna Kurczab-Redlich to polska dziennikarka i reportażystka, autorka filmów dokumentalnych o Czeczenii oraz wieloletnia korespondentka zagraniczna z Rosji. Teksty jej autorstwa ukazywały się między innymi w takich gazetach jak „Gazeta Wyborcza”, „Newsweek”, „Polityka”, „Przekrój”, „Rzeczpospolita”, „Wprost” czy „Życie Warszawy”. Krystyna Kurczab-Redlich jest laureatką wielu nagród, w tym Amnesty International za publikacje o łamaniu praw człowieka w Czeczenii czy nagrody im. ks. Józefa Tischnera za książkę „Głową o mur Kremla”. Jej kandydatura została zgłoszona do Pokojowej Nagrody Nobla w 2005 roku.






