Pięć lat więzienia, miesiące całkowitej izolacji i życie podporządkowane więziennemu mechanizmowi. – Dopiero na wolności przyszły koszmary – dla LRT.lt mówi polski dziennikarz Andrzej Poczobut. Lider polskiej mniejszości na Białorusi opowiada o „nocnych demonach”, rosyjskiej propagandzie za kratami, strachu przed utratą polskości na Białorusi i o tym, dlaczego mimo wszystko nadal chce wrócić do ojczystego Grodna.
Andrzej Poczobut został uwolniony pod koniec kwietnia po ponad pięciu latach spędzonych w białoruskich więzieniach. Dziennikarz i działacz Związku Polaków na Białorusi (ZPB) został zatrzymany w marcu 2021 r. Dwa lata później skazano go na osiem lat kolonii karnej o zaostrzonym rygorze pod zarzutem „podżegania do nienawiści” i „rehabilitacji nazizmu”.
Dziennikarz trafił do kolonii karnej w Nowopołocku, gdzie był wielokrotnie umieszczany w izolatce, miał ograniczony kontakt z rodziną i dostęp do opieki medycznej. To jeden z najcięższych zakładów karnych, nazywany ze względu na brutalne traktowanie „czerwonym łagrem”.
Poczobut wielokrotnie odrzucał wcześniejsze propozycje opuszczenia Białorusi, obawiając się, że oznaczałyby przymusową emigrację bez prawa powrotu. Jak podkreśla w rozmowie z LRT.lt, decyzję o wyjeździe podjął dopiero wtedy, gdy otrzymał gwarancję, że będzie mógł wrócić do kraju.
Przez lata Poczobut był uznawany za jednego z najważniejszych więźniów politycznych Łukaszenki – zarówno ze względu na swoją działalność, jak i znaczenie jego sprawy w relacjach Mińska z Warszawą.
Andrzej Poczobut został uwolniony w ramach wymiany więźniów „pięciu za pięciu“ między Rosją i Białorusią z jednej strony a Polską i Mołdawią. Prezydent USA Donald Trump ogłosił w niedzielę, że dziennikarz i działacz polskiej mniejszości na Białorusi, Andrzej Poczobut, został uwolniony z białoruskiego więzienia dzięki wysiłkom jego i prezydenta RP Karola Nawrockiego.

W listopadzie ubiegłego roku Poczobut został odznaczony najwyższym polskim odznaczeniem państwowym – Orderem Orła Białego – za działalność na rzecz praw polskiej mniejszości na Białorusi oraz „niezłomną postawę wobec reżimu autorytarnego”.
Miesiąc później Parlament Europejski przyznał mu najwyższe wyróżnienie Unii Europejskiej – Nagrodę Sacharowa, nazwaną imieniem sowieckiego dysydenta Andrieja Sacharowa i przyznawaną za szczególne zasługi na rzecz praw człowieka.
Dopiero na wolności przyszły koszmary. W więzieniu człowiek skupia się po prostu na przetrwaniu.
Andrzej Poczobut
– Andrzeju, wszyscy widzieliśmy te pierwsze zdjęcia, na których stoisz już po polskiej stronie i trzymasz w ręku białoruski paszport. Co wtedy czułeś?
– Ogromne napięcie. Do końca nie miałem pewności, czy znowu nie zostałem oszukany przez reżim Łukaszenki. I przede wszystkim: nie chciałem opuszczać Białorusi. Nadal nie chcę.
Jestem Polakiem znad Niemna. Tam jest moja ojczyzna, moja Grodzieńszczyzna, tam są groby moich przodków. Nie widzę powodu, dla którego miałbym wyjeżdżać. Czuję się też zobowiązany wobec ludzi, którzy tam zostali i nadal działają w Związku Polaków na Białorusi.
ZPB – mimo wszystkich represji – nie zawiesił działalności ani na jeden dzień. Czuję wobec tych ludzi odpowiedzialność. Niestety dziś nie wszyscy to rozumieją.
Mam wrażenie, że część osób zaczęła patrzeć przede wszystkim przez pryzmat własnego bezpieczeństwa i prywatnego życia. Dla mnie nadal ważne są także sprawy wspólne. I stąd bierze się różnica w myśleniu między ludźmi, którzy zostali na Białorusi i tam na mnie czekają, a tymi, którzy obserwują to wszystko już z zewnątrz.
– Jak się dziś czujesz?
– Lepiej, ale wciąż jeszcze nie potrafię się do końca pozbierać. To trochę tak, jakbym nagle z jakiejś głębi został wyrzucony na szczyt góry, z kompletnej pustki. Dziś cały czas jestem w ruchu, spotykam się z ludźmi, rozmawiam. A przez ostatnie ponad pół roku siedziałem całkowicie sam. Nie miałem nawet z kim zamienić słowa, bo oni zauważyli, że samotność znoszę gorzej niż obecność wielu ludzi czy ciężkie warunki bytowe.
Dopiero teraz przyszły też koszmary, te „nocne demony”. To chyba reakcja organizmu na wszystko, co nagromadziło się przez te lata. W więzieniu człowiek skupia się na przetrwaniu. Dopiero później napięcie zaczyna schodzić.
– Podczas tych przenosin między więzieniami był moment, kiedy naprawdę zobaczyłeś, do czego zdolni są ludzie?
– Muszę szczerze powiedzieć, że nie dowiedziałem się o ludziach niczego nowego. Mam już swoje lata, sporo przeżyłem, więc więzienie nie odkryło przede mną jakiejś nowej prawdy o człowieku.
Doświadczyłem tam jednak wielu trudnych sytuacji i musiałem przez nie przejść. Więzienie działa trochę jak soczewka. To samo, co istnieje na wolności, tam jest po prostu mocniej skoncentrowane, bo przestrzeni jest mało, a człowiek cały czas funkcjonuje w tłumie innych ludzi.
Na wolności między działaniem a jego skutkiem często mija dużo czasu. W więzieniu wszystko dzieje się natychmiast. Konsekwencje twoich słów czy zachowań pojawiają się od razu.
To część psychologicznej gry, którą oni potrafią prowadzić. W takich warunkach bardzo szybko okazuje się, jak człowiek potrafi się zachować.
Nie czuję wobec nich nienawiści. Patrzyłem na nich jak na mechanizm.
Andrzej Poczobut
– Jak wyglądała więzienna propaganda po wybuchu wojny? Próbowano przekonywać więźniów, że Rosja „wyzwala” Ukrainę?
– O wybuchu wojny dowiedzieliśmy się już pierwszego dnia – z radia podczas spaceru. Słabo było słychać, radio było ściszone, więc nie wszystko zrozumieliśmy, ale dotarło do nas, że między Rosją a Ukrainą rozpoczęły się działania wojenne.
Kiedy wróciliśmy do celi, nagle przez więzienne głośniki zaczęły lecieć pieśni z czasów drugiej wojny światowej, tej „Wielkiej Wojny Ojczyźnianej”, jak mówi się na Białorusi. „Wstawaj, strana ogromnaja” i podobne utwory. Te wojenne piosenki grały praktycznie przez cały dzień.

Strażnicy chodzili wtedy po korytarzach wyraźnie podekscytowani. Pamiętam, jak między sobą radośnie komentowali: „chachły ubiegajut”, że Ukraińcy uciekają z własnego kraju, że zaraz będzie po wszystkim. Biła od nich ogromna pewność siebie.
Ale później okazało się, że wojna nie przebiega tak, jak spodziewała się Rosja. Ukraina zaczęła się bronić i ta pycha bardzo szybko z nich zeszła. Piosenki zniknęły, już ich więcej nie puszczali.
Z ich strony regularnie padały hasła w stylu: „możemy powtórzyć Berlin”. Sympatia służb więziennych i całego systemu była wyraźnie po stronie Rosji od pierwszych dni wojny.
– Co dziś czujesz wobec ludzi, którzy budują system Łukaszenki?
– Nie czuję nienawiści. Patrzyłem na nich raczej jak na mechanizm, który po prostu działa w określony sposób. A do mechanizmu trudno odczuwać nienawiść.
Wiesz, jak działa taka machina, wiesz, że jest niebezpieczna i po prostu musisz uważać. Tak do tego podchodzę. Skoro sami sprowadzają się do roli elementów systemu, trybików w mechanizmie, to co właściwie można do nich czuć? Chyba przede wszystkim obojętność.
Bardzo wcześnie zrozumiałem, że nie warto tracić energii na osobiste, emocjonalne podejście do tego wszystkiego. Ten mechanizm ma swój cel – chce człowieka złamać, podporządkować, coś osiągnąć. Wiem, czego on chce i nie zamierzam mu tego dać. Dlatego robię wszystko, żeby się temu przeciwstawić, ale jednocześnie nie chcę angażować się w to emocjonalnie bardziej, niż to konieczne.
– Co w ogóle pomogło Ci przetrwać te pięć lat?
– Na pewno bardzo pomogła mi wiara. Myślę, że ateiście byłoby dużo trudniej, bo jeśli człowiek wierzy, że istnieje tylko tu i teraz, że poza tym życiem nie ma już nic, to w momencie, kiedy odbiera mu się wolność i normalne życie, traci właściwie wszystko.
A jeśli wierzy się, że poza tym dzisiejszym światem jest jeszcze coś więcej, że istnieje prawdziwa sprawiedliwość i że ktoś to wszystko widzi i ocenia, wtedy łatwiej jest to znieść. Człowiek ma poczucie, że prędzej czy później przyjdzie sprawiedliwe rozliczenie.

– Jak patrzysz dziś na tę część białoruskiej opozycji, która wybrała mniej radykalne metody walki z reżimem niż Ty? I czy fakt, że większość demokratycznego ruchu działa dziś z emigracji, osłabia opór wobec Łukaszenki – czy przeciwnie, pozwala mu przetrwać?
– Na tę sytuację patrzę przede wszystkim przez pryzmat mniejszości polskiej na Białorusi. Białorusini mają wielu liderów, mają organizacje działające za granicą, struktury, które reprezentują ich interesy. A polska mniejszość ma właściwie tylko ZPB.
Dlatego jego znaczenie jest tak ogromne. Trzeba też pamiętać, że – inaczej niż na Litwie – na Białorusi od 1948 do 1988 roku praktycznie nie było nauczania w języku polskim. Nasza społeczność przez całe dekady była skazana na pełną rusyfikację i asymilację. Próbowano nas całkowicie wchłonąć.
I bardzo się boję, że ten proces może się powtórzyć. To jest dla mnie chyba najbardziej bolesne i najbardziej przerażające.
Dlatego robię wszystko, żeby temu przeciwdziałać, żeby znaleźć drogę, która pozwoli polskiej mniejszości na Białorusi przetrwać. To jest mój główny punkt odniesienia. Mniej patrzę na sytuację przez pryzmat wielkiej polityki, bardziej przez pryzmat losu konkretnej wspólnoty.
Białoruska opozycja podejmuje takie decyzje, jakie uważa za słuszne. Wypracowała własne standardy działania. Ja natomiast wychowałem się na trochę innych wzorcach. Bliższe są mi standardy polskiego ruchu antykomunistycznego – przede wszystkim w wymiarze moralnym.
Myślę o etosie Armii Krajowej, o bardzo wysokich wymaganiach wobec samego siebie. Oczywiście wiem, że to ideał, do którego sam pewnie nie dorastam, ale właśnie na takie wartości staram się orientować.
– Czy, Twoim zdaniem, z Łukaszenką trzeba dziś rozmawiać? Także na Litwie pojawiają się głosy o możliwym ociepleniu relacji z Mińskiem. Czy taki dialog jest dziś koniecznością, czy błędem?
– To bardzo trudne pytanie i dziś nie potrafię jeszcze udzielić na nie jednoznacznej odpowiedzi. Ostatecznie odpowiedź daje sama rzeczywistość – trzeba działać tak, żeby przynosiło to efekt.
Jeśli negocjacje przynoszą rezultat, jeśli dzięki nim można coś osiągnąć, to trzeba rozmawiać. Ale jeśli rozmowy nie dają żadnego efektu, to jaki jest sens ich prowadzenia?
Po tak długiej izolacji nie czuję się jeszcze gotowy, żeby wydawać jednoznaczne oceny i mówić, jaka strategia jest dziś właściwa. Muszę najpierw zobaczyć rozwój sytuacji. Dopiero wtedy będę mógł wyrobić sobie zdanie, czy to działa, czy nie.

– Powiedziałeś, że mimo wszystko chciałbyś wrócić na Białoruś, bo Twoim obowiązkiem jest być obok Polaków tam żyjących. A nie masz czasem poczucia, że dziś – właśnie będąc na wolności – możesz zrobić dla tej społeczności więcej niż kiedykolwiek wcześniej?
– Dzięki Bogu polska mniejszość na Białorusi przez cały ten czas miała wsparcie ze strony Polski. Związek Polaków nie został pozostawiony sam sobie i to jest bardzo ważne.
Ale sytuacja człowieka mieszkającego w Smorgoniach czy Oszmianach, zwykłego działacza, który może zostać zastraszony, zwolniony z pracy czy aresztowany, wygląda inaczej niż moja sytuacja. Represje wobec osoby rozpoznawalnej są czymś innym niż presja wywierana na zwykłych ludzi.
Dopóki jestem na miejscu, dopóty władze będą koncentrować się przede wszystkim na mnie, a nie na szeregowych działaczach. Dla wielu ludzi sam fakt, że się nie poddałem, jest ważnym sygnałem, że oni również nie powinni się poddawać.
– Andrzeju, zapytam inaczej. Jeśli wrócisz na Białoruś – czy jesteś gotów na to, że możesz znowu trafić do więzienia? I czy Twoja rodzina też jest gotowa zapłacić taką cenę?
– Takiej możliwości oczywiście nie można wykluczyć. Choć dziś, szczerze mówiąc, oceniam ją jako mało prawdopodobną. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale wynika to z kilku powodów.
Trzeba pamiętać, że cały czas trwają rozmowy z Amerykanami, które – jak się okazało – doprowadziły także do mojego uwolnienia. Publicznie mówi się również o kolejnych więźniach politycznych, którzy mogą zostać zwolnieni. Dlatego na dziś uważam, że ponowne aresztowanie byłoby mało prawdopodobne. Ale sytuacja na Białorusi potrafi zmienić się bardzo szybko i tego nigdy nie można wykluczyć.
Chcę też jasno powiedzieć jedno: gdyby nie dano mi gwarancji, że będę mógł wrócić, nie wyjechałbym z Białorusi. Wcześniej miałem propozycje wyjazdu – w 2021, 2022 i 2023 r. – ale zawsze je odrzucałem, bo oznaczały bilet w jedną stronę.

Dopiero zaangażowanie Amerykanów zmieniło sytuację. Padła propozycja, że mogę wyjechać, a potem wrócić nawet tego samego dnia – jednym przejściem wyjechać, innym wrócić. Tak mi to przedstawiono.
Oczywiście chciałem też po prostu dojść do siebie po więzieniu – przejść badania, odzyskać siły. Ale zależało mi również na tym, żeby spotkać się z ludźmi i opowiedzieć, jak patrzę dziś na sytuację wokół Białorusi i polskiej mniejszości.
Język jest fundamentem przetrwania wspólnoty narodowej.
Andrzej Poczobut
– Jak dziś wyobrażasz sobie swoją działalność na Białorusi? Czy w obecnym systemie istnieje jeszcze przestrzeń na uczciwe działanie bez ciągłej konfrontacji z władzą?
– Według informacji, które przekazała mi Andżelika Borys, dziś ponad trzy tysiące dzieci uczy się w społecznych szkołach prowadzonych przez ZPB. To cały czas działa.
Wystarczy spojrzeć na stronę ZPB czy profile działaczy w mediach społecznościowych – nadal odbywają się spotkania, organizowane są różne wydarzenia i obchody. Oczywiście ta działalność jest dziś mocno ograniczona. Szczególnie widać to w podejściu władz do historii Armii Krajowej i szerzej – do polskiej historii na Białorusi. Ta niechęć jest bardzo silna.
Dziś praktycznie nie ma już możliwości, by tak jak kiedyś zabierać dzieci na polskie cmentarze czy miejsca pamięci narodowej, opowiadać im o historii, o tym, co działo się na tych ziemiach. Ale nadal istnieje możliwość nauki języka polskiego. I to jest kluczowe.
Myślę, że na Litwie dobrze rozumie się, że język jest fundamentem przetrwania wspólnoty narodowej. Dlatego dziś najważniejsze jest, by go ocalić i przekazać dalej.

– Czy wierzysz jeszcze w zmiany na Białorusi, biorąc pod uwagę coraz większą zależność Mińska od Moskwy?
– Szansa na wolność i na to, by Białoruś mogła pójść własną drogą, zawsze pojawiała się wtedy, gdy Rosja bywa zajęta własnymi problemami. I jeśli Rosja znowu skupi się na sobie, taka szansa pojawi się również dla Białorusi.
– Powiedz proszę, czy jest coś, co więzienie zabrało Ci bezpowrotnie?
– Na pewno pięć lat życia, czas z moim synem. Kiedy trafiałem do więzienia, miał 11 lat i może metr czterdzieści wzrostu. Dziś ma 16 lat i jest już wyższy ode mnie. Tego czasu nikt mi już nie odda.








