Naujienų srautas

Wiadomości2026.04.20 08:15

Ekspert: „Ropa płynie mimo sankcji - Bałtyk stał się kluczowym szlakiem Kremla“

Anna Grigoit, LRT.lt 2026.04.20 08:15

Zachód nakłada sankcje na rosyjską ropę, ale ta nadal płynie – tyle że w cieniu. Na Bałtyku każdego dnia operują tankowce, które formalnie nie istnieją w systemie, a w praktyce utrzymują jeden z najważniejszych strumieni dochodów Kremla. – „Flota cieni” to dziś nie tylko sposób omijania sankcji, ale narzędzie presji i destabilizacji regionu – mówi analityk polityki energetycznej Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych Tymon Pastucha.

Skala tego zjawiska jest większa niż pokazują oficjalne statystyki. Sankcjami objęto około 700 jednostek „floty cieni”, ale to tylko część obrazu. Obok funkcjonuje tzw. flota szara – statki, które na przemian działają w legalnym i nielegalnym obiegu, wykorzystując luki w systemie kontroli.

To biznes o bardzo wysokiej rentowności. Pośrednicy mogą zarabiać wielokrotnie więcej niż w oficjalnym handlu, a rosyjski budżet – mimo sankcji – nadal zasilany jest miliardami z eksportu ropy.

Jeśli doliczyć jednostki wykorzystywane do transferów „burta w burtę”, mieszania ładunków i ukrywania pochodzenia surowca, realna skala tego systemu może przekraczać tysiąc statków.

Bałtyk jest jednym z jego kluczowych ogniw. Odpowiada za ponad 40 proc. rosyjskiego eksportu ropy, a zdecydowana większość tego transportu odbywa się dziś poza oficjalnym nadzorem. – W praktyce oznacza to, że każdego dnia z rosyjskich portów wypływa kilka jednostek powiązanych z „flotą cieni” – szacuje Tymon Pastucha.

Po serii incydentów na statkach rosyjskiej „floty cieni” zaczęto instalować uzbrojone zabezpieczenia. Między innymi to duńscy żołnierze natrafiali na pokładach tankowców na uzbrojonych „zielonych ludzików”. Oficjalnie figurowali oni jednak w dokumentach jako „dodatkowa załoga”. Media spekulują, że mogą to być agenci GRU (Główny Zarząd Wywiadowczy Rosji). Wzmacnia to tezę, że Rosja wykorzystuje statki „floty cieni” nie tylko do transportu ropy, lecz także do działań rozpoznawczych i sabotażowych.

W ostatnich miesiącach napięcie w regionie dodatkowo wzrosło. W Zatoce Fińskiej gromadzą się dziesiątki tankowców powiązanych z „flotą cieni”, które, po uszkodzeniach infrastruktury naftowej w wyniku ukraińskich uderzeń, oczekują na wznowienie eksportu. Ich koncentracja w jednym z najbardziej ruchliwych szlaków żeglugowych Europy zwiększa ryzyko zarówno incydentów środowiskowych, jak i działań o charakterze sabotażowym.

Przedstawiciele wojska i eksperci ds. środowiska ostrzegają, że taka kumulacja jednostek znacząco podnosi ryzyko katastrofy ekologicznej. Tym bardziej że wiele z nich to stare tankowce – często bez odpowiedniego ubezpieczenia, które w razie wycieku nie byłyby w stanie pokryć kosztów jego usunięcia.

To nie jest przypadkowy efekt uboczny sankcji, lecz świadoma strategia. W latach 2022–2025 Rosja przeznaczyła około 14 mld dol. na zakup setek starzejących się statków z drugiej ręki, aby utrzymać eksport ropy mimo ograniczeń i zapewnić ciągłość wpływów do budżetu.

– Na ile „flota cieni” przestała być wyłącznie mechanizmem omijania sankcji, a stała się elementem szerszej strategii presji wobec państw regionu Morza Bałtyckiego?

– Przede wszystkim trzeba pamiętać, że „flota cieni” powstała po to, by Rosja mogła eksportować ropę mimo embarga i pułapu cenowego wprowadzonego przez państwa zachodnie na początku 2023 r. Dzięki temu Moskwa wciąż zapewnia sobie bardzo wysokie dochody budżetowe, niezbędne do prowadzenia wojny przeciwko Ukrainie.

Sankcje jednak działają – choć nie blokują eksportu, to go ograniczają. W 2022 r. dochody z ropy i gazu stanowiły około 40 proc. rosyjskiego budżetu, w ubiegłym roku było to już około 25 proc. To efekt zarówno sytuacji rynkowej, jak i presji sankcyjnej.

Do tego dochodzą niebezpieczne praktyki żeglugowe – wyłączanie transponderów, manewrowanie nad infrastrukturą, transfery ropy burta w burtę w celu ukrywania pochodzenia ropy.
Tymon Pastucha

Jednocześnie Rosja szybko zorientowała się, że „flota cieni” może służyć nie tylko do omijania sankcji. Stała się także narzędziem wywierania presji na państwa regionu Morza Bałtyckiego.

Najpierw była wykorzystywana do mapowania infrastruktury krytycznej – gazociągów, kabli energetycznych i światłowodowych, portów czy instalacji wojskowych, zarówno na Bałtyku, jak i Morzu Północnym. Później pojawiły się działania sabotażowe – szczególnie w rejonie Zatoki Fińskiej.

Równolegle Rosja prowadzi działania z zakresu walki elektronicznej – zakłócanie sygnału GPS, tzw. spoofing i jamming. Niewykluczone, że część tego sprzętu znajduje się na pokładach statków „floty cieni”.

Do tego dochodzą niebezpieczne praktyki żeglugowe – wyłączanie transponderów, manewrowanie nad infrastrukturą, transfery ropy burta w burtę w celu ukrywania pochodzenia ropy. To wszystko nadal się dzieje.

– Czy w takim razie Bałtyk stał się dziś przestrzenią systematycznego testowania reakcji Zachodu?

– W dużej mierze tak. Natomiast od początku 2025 r. widzimy pewien spadek liczby incydentów. To efekt zdecydowanej reakcji państw regionu – przede wszystkim operacji Baltic Sentry – oraz lepszej świadomości zagrożeń i gotowości do działania.

Zmieniło się też prawo. Polska przyjęła ustawę „Bezpieczny Bałtyk”, która znacząco rozszerzyła kompetencje w zakresie reagowania na zagrożenia wobec infrastruktury krytycznej. Decyzje o użyciu środków przymusu nie muszą już zapadać na najwyższym szczeblu politycznym.

To pokazuje, że państwa zaczęły traktować problem poważnie. Ale to nie znaczy, że został rozwiązany.

– Gdzie w praktyce przebiega dziś granica reakcji państw takich jak Litwa, Polska czy Estonia? Co realnie mogą zrobić, a czego nie zrobią z obawy przed eskalacją?

– To jest kluczowe pytanie. Państwa Zachodu działają w ramach prawa i to jest pierwsze ograniczenie. Dlatego konieczne jest dostosowywanie regulacji – tak, by w razie zatrzymania statku mieć jasne podstawy prawne i możliwość egzekwowania odpowiedzialności.

Dobrym przykładem jest przypadek fiński – jednostka Eagle S została zatrzymana, ale sąd uznał, że znajdowała się poza wodami terytorialnymi, więc sprawa nie podlegała jego jurysdykcji karnej. To pokazuje, jak duże znaczenie mają szczegóły prawne.

Drugi poziom to zdolności operacyjne – sprzęt, kadry, marynarka, straż przybrzeżna. Tu sytuacja jest relatywnie dobra: państwa NATO mają możliwości monitorowania sytuacji i reagowania, choć są one zróżnicowane.

Najważniejsza pozostaje jednak wola polityczna. I tu pojawia się dylemat: z jednej strony istnieje obawa przed eskalacją, z drugiej – doświadczenia ostatnich miesięcy pokazują, że reakcje i możliwości Rosji są ograniczone.

W wielu przypadkach – amerykańskich, brytyjskich czy francuskich – statki „floty cieni” były zatrzymywane i Rosja nie była w stanie skutecznie temu przeciwdziałać. Nawet gdy wysyłała swoje jednostki, kończyło się to demonstracją obecności, a nie realną interwencją.

– Czy to oznacza, że zdolności Rosji do odpowiedzi są przeceniane?

– W pewnym stopniu tak. Rosja zapowiada np. konwojowanie statków „floty cieni”, ale to oznaczałoby ogromne koszty i zaangażowanie marynarki wojennej, a nie da się eskortować wszystkich jednostek.

To nie znaczy, że ryzyko nie istnieje, ale skala realnych możliwości Rosji bywa zawyżana.

Dlatego tak ważne jest, by odpowiedzialność za reagowanie nie spoczywała wyłącznie na państwach graniczących z Rosją. Kluczowa jest rola państw takich jak Francja, Wielka Brytania czy USA, które mogą działać z mniejszym ryzykiem bezpośredniej odpowiedzi.

Potrzebna jest koordynacja na poziomie NATO – to ona może zapewnić zarówno skuteczność działań, jak i efekt odstraszania.

– Wspomniał Pan o zagrożeniach dla infrastruktury. Czy największym ryzykiem dla regionu pozostaje dziś sabotaż, czy raczej katastrofa środowiskowa?

– Jednym z największych zagrożeń pozostaje wyciek ropy. Bałtyk jest morzem zamkniętym i bardzo wrażliwym środowiskowo.

Tu widać pewien problem – gotowość do reagowania na takie zdarzenia wciąż nie jest wystarczająca, zarówno pod względem zasobów, jak i procedur.

Z drugiej strony trzeba pamiętać, że Rosja nie jest zainteresowana doprowadzeniem do takiej katastrofy. Taki incydent prawdopodobnie wywołałby bardzo zdecydowaną reakcję państw zachodnich.

– Czyli celem tych działań nie jest eskalacja, tylko presja?

– Tak, i także coś jeszcze – podnoszenie kosztów funkcjonowania rosyjskiej floty cieni na Bałtyku.

Jeśli inwestor chce budować farmę wiatrową, terminal paliw czy położyć kabel podwodny, musi brać pod uwagę ryzyko incydentów. To oznacza wyższe koszty ubezpieczenia, dodatkowe zabezpieczenia, większe nakłady na ochronę infrastruktury.

To jest element szerszej strategii. Rosja nie chce tylko destabilizować regionu – chce też utrudnić transformację energetyczną Unii Europejskiej. Bo im bardziej Europa będzie niezależna od paliw kopalnych, tym mniejszą dźwignię nacisku będzie miała Moskwa w przyszłości.

Skala realnych możliwości Rosji bywa zawyżana.

Tymon Pastucha

– Rosja bardzo szybko przestawiła się z samego omijania sankcji na działania, które można już nazwać wojną hybrydową na morzu. To była improwizacja czy raczej wcześniej przygotowany scenariusz?

– Rosja od dawna przygotowywała się na możliwość objęcia sektora energetycznego sankcjami. Już po 2014 r. zakładała, że ograniczenia mogą zostać wprowadzone, i próbowała politycznie osłabiać wolę ich nakładania, także na poziomie unijnym.

Ale to tylko jedna strona tej historii. Druga to operacje hybrydowe, które są wpisane w rosyjski sposób działania. Chodzi o destabilizowanie sytuacji przy jednoczesnym zachowaniu możliwości zaprzeczania odpowiedzialności. Gdy pojawia się podejrzenie, Rosja zawsze może powiedzieć, że to nie jej statek, nie jej załoga, nie jej armator.

Formalnie mamy więc statek pod egzotyczną banderą, kapitana z jednego kraju, armatora z drugiego, załogę z jeszcze innego. Ale wszyscy wiedzą, kto ten mechanizm inicjuje, nadzoruje i wykorzystuje.

„Flota cieni” jest tylko jednym z narzędzi rosyjskiej presji hybrydowej wobec Europy. Obok niej mamy przecież akty sabotażu jak pożary, cyberataki, akcje dezinformacyjne i inne działania, które mają osłabiać poczucie bezpieczeństwa i stabilności.

– Czy incydenty na Bałtyku – od uszkodzonych kabli po próby kontroli statków – układają się już w rozpoznawalny wzorzec testowania reakcji Zachodu poniżej progu otwartego konfliktu?

– Zdecydowanie tak. Jednym z celów rosyjskich działań hybrydowych jest sprawdzenie, jak reagują państwa Zachodu: gdzie decydenci się wahają, jakie są mechanizmy odpowiedzi, jak reagują społeczeństwa, czy dominuje lęk, czy gotowość do bardziej stanowczych działań.

To jest zbieranie wiedzy o przeciwniku w warunkach poniżej progu wojny. Rosja chce wiedzieć, jak zachowamy się w sytuacjach podwyższonego ryzyka, bo w jednym z możliwych scenariuszy chodzi także o przygotowanie gruntu pod konfrontację kinetyczną. Te działania mają sprawdzić, jakiej reakcji Moskwa może się spodziewać po państwach NATO, jeśli kiedyś zdecyduje się pójść dalej.

– Na ile uzasadniona jest teza, że część podmiotów z UE – przez pośredników, spółki zależne i fikcyjne struktury – nadal współtworzy system, który pozwala Rosji utrzymywać eksport i finansować wojnę?

– To bardzo trudny obszar, bo każdy, kto jest w to zaangażowany, robi wszystko, by to ukryć. Gdy pojawiają się dowody, takie podmioty trafiają na listy sankcyjne albo wycofują się z działalności.

Doświadczenia z ostatnich miesięcy pokazują, że zaangażowanie podmiotów z UE bywa problemem. W przeszłości dotyczyło to choćby części armatorów z Grecji czy firm cypryjskich, które świadczyły różne usługi albo sprzedawały stare tankowce podmiotom później wykorzystywanym w rosyjskim eksporcie.

Na wielu poziomach – od usług morskich, przez finansowanie, po handel starymi jednostkami – pojawiają się ludzie i firmy, które próbują zarobić na tym procederze. Często są ukryci za gęstą siecią spółek zależnych i jurysdykcji, nierzadko bardzo egzotycznych. Właśnie po to, by możliwie skutecznie zatrzeć ślady.

– Czy Zachód w praktyce pogodził się z istnieniem „floty cieni”?

– Nie użyłbym słowa „pogodził się”. Raczej cały czas trwa szukanie sposobu, jak ten proceder skutecznie ograniczyć. Problem polega na tym, że Rosja nadal odpowiada za około 10 proc. światowych morskich dostaw ropy i produktów ropopochodnych. To wciąż dużo.

Dlatego państwa Zachodu od początku próbowały pogodzić dwa cele: utrzymać rosyjską ropę na rynku, żeby nie wywołać gwałtownego skoku cen, a jednocześnie obniżyć dochody Moskwy. Stąd właśnie pułap cenowy ustanawiający możliwość sprzedaży rosyjskie ropy poniżej 60, a obecnie 44 dol. Niestety Rosja dość szybko ten mechanizm obeszła właśnie budując flotę cieni.

Dziś jesteśmy na etapie dyskusji, co dalej. Bo „flota cieni” stała się już zjawiskiem globalnym. Nie dotyczy tylko Rosji – wcześniej mieliśmy przecież podobne mechanizmy w przypadku Iranu, Wenezueli czy Korei Północnej. Dlatego w dłuższej perspektywie może się okazać, że potrzebne będą szersze zmiany w międzynarodowym prawie morskim i zasadach handlu ropą.

– Czy sankcje mogą zostać jeszcze zaostrzone? Co musiałoby się stać, by Zachód przyjął bardziej zdecydowaną linię?

– Nadal istnieje przestrzeń do zaostrzenia sankcji energetycznych i tych dotyczących „floty cieni”. W ostatnim czasie otworzyły się tu pewne możliwości polityczne, ale ograniczeniem pozostaje sytuacja na globalnym rynku ropy wywołana wojną USA i Izraela z Iranem.

Jeszcze kilka miesięcy temu, przy niższych cenach, wypychanie rosyjskich ładunków z rynku byłoby mniej dotkliwe dla konsumentów. Dziś, przy znacznie wyższych cenach ropy, gwałtowne działania mogłyby bardzo mocno uderzyć w portfele odbiorców.

To jednak nie znaczy, że sankcji nie należy zacieśniać. W najbliższym czasie celem powinno być nie tyle gwałtowne zmniejszanie rosyjskiego wolumenu eksportu ropy, co silniejsze egzekwowanie istniejących ograniczeń, tak by Moskwa sprzedawała ropę taniej.

Rosja jest brutalna i bezwzględna – to pokazuje wojna przeciwko Ukrainie. Ale nie możemy patrzeć na nią wyłącznie przez pryzmat strachu. Musimy też patrzeć na własne możliwości.

Tymon Pastucha

Do tego dochodzi możliwość dalszego obniżania pułapu cenowego na produkty ropopochodne – takie jak diesel, paliwo lotnicze, mazut czy benzyna. Część tego eksportu nadal jest obsługiwana przez podmioty z państw zachodnich, więc tu pole do działania wciąż istnieje.

Są też działania bardziej bezpośrednie, jak ukraińskie ataki dronowe na infrastrukturę energetyczną w Rosji, które fizycznie ograniczają możliwości eksportu z terminali takich jak Primorsk czy Ust-Ługa.

– Czyli jest tu miejsce na ostrożny optymizm?

– Tak, uważam, że jest. Tego optymizmu czasem w debacie publicznej brakuje.

Państwa regionu i szerzej Europa mają większy potencjał gospodarczy, technologiczny i demograficzny niż Rosja. Dysponujemy nowoczesnymi technologiami, dobrze wykształconymi ludźmi i realnymi zasobami.

Problemem przez długi czas nie był brak potencjału, lecz brak wystarczającej gotowości politycznej, inwestycyjnej i społecznej, by ten potencjał wykorzystać do ochrony własnego bezpieczeństwa.

Jedno jest pewne: Bałtyk nie jest dziś „wewnętrznym morzem NATO”. Operują tam rosyjskie statki handlowe, jednostki wojskowe, a Rosja rozwija także nowe zdolności – choćby w zakresie systemów autonomicznych i dronów morskich.

To oznacza, że zagrożenia są coraz bardziej złożone. Nie chodzi już tylko o klasyczną obecność wojskową, ale również o presję hybrydową, sabotaż, zakłócanie działania infrastruktury i demonstrację siły.

Rosja jest brutalna i bezwzględna – to pokazuje wojna przeciwko Ukrainie. Ale nie możemy patrzeć na nią wyłącznie przez pryzmat strachu. Musimy też patrzeć na własne możliwości.

Bezpieczeństwo informacyjne i odporność społeczeństw są dziś równie ważne jak bezpieczeństwo militarne czy infrastrukturalne.

LRT has been certified according to the Journalism Trust Initiative Programme

Najnowsze, Najchętniej czytane