19 marca 1955 r. w Wilnie został założony Polski Zespół Artystyczny Pieśni i Tańca „Wilia”. Jest to pierwszy zespół artystyczny powołany przez Polaków mieszkających po wojnie na terytorium ZSRR i propagujący elementy polskiego folkloru.
W roku 1955 obchodzono setną rocznicę śmierci Adama Mickiewicza. Wtedy to Jerzy Orda, jeden z przedwojennych inteligentów wileńskich, którzy pozostali w tym mieście, zachęcił grupę młodzieży polskiej do zorganizowania okazjonalnego wieczoru artystycznego. Wśród uczestników występujących w tym programie znaleźli się studenci Uniwersytetu Wileńskiego, Instytutu Pedagogicznego (w większości absolwenci „Piątki“) oraz grupa poetów amatorów skupionych w Kółku Literackim przy redakcji „Czerwony Sztandar”. Na program, który odbył się 19 marca 1955 roku, złożyły się występy chóru, inscenizacje, recytacje oraz występy solistów.
Początkowo z zespołem pracowali Piotr Termion – pierwszy dyrygent zespołu, Wiktor Turowski – kierownik artystyczny i wieloletni dyrygent, Edward Pilipaitis – kierownik kapeli, Zofia Gulewicz – wieloletnia choreografka zespołu, Czesława Bylińska-Rymszonok – dyrygent i kierownik artystyczny.

Zofia i Jan Kuncewiczowie są jedną z czterech pierwszych par tancerzy „Wilii”. Zofia zaczęła się uczyć w wileńskiej szkole nr 5 zaraz po wojnie. To w budynku przy Ostrobramskiej pedagog Pani Pieniążkowa uczyła tańców, m. in. tańczono krakowiaka na 20 par. Pani Czekotowska uczyła recytacji i piosenek. W ten sposób Zofia wciągnęła się do tańca. Twórczość artystyczna była także kontynuowana w szkole na Piaskach.
Po ukończeniu szkoły większość uczniów wstąpiła na dalsze studia. Młodzież najczęściej zbierała się w bursie.
– Na przykład, dziewczyny zbiorą się, śpiewają, ktoś wierszyki deklamował. Wtedy zrodziła się myśl, czy nie wystąpić nam przed publicznością – wspomina Zofia.

Na wydziale chemii studiował Tadeusz Stefanowicz. Więc grupa studentów poszła do rektora i poprosiła o zorganizowanie koncertu na tym wydziale. To był rok 1954. Zorganizowali się, zebrali chór, znaleźli Piotra Termiona.
– No i tak powstał pierwszy koncert, który był składanką, ale to jeszcze nie była „Wilia”. Koncert tak fajnie się udał, było bardzo dużo ludzi, niektórzy popłakali się, bo to po polsku. Poloneza tańczyliśmy na 16 par. Stroje były wynajęte, ktoś uszył je sam z firanek. Od tego czasu mieliśmy próby na wydziale chemii – dodaje.
Zofia Kuncewicz wspomina o pierwszym spotkaniu z p. Zofią Gulewicz.

– Ktoś nam powiedział, że w Kolonii Wileńskiej mieszka pewna pani z Warszawy. A myśmy się szykowały się do występu i same sobie wymyśliłyśmy taniec. Żeby nikt nas nie wyśmiał, moja koleżanka Ryszarda Romanowska i Barbara Garszkówna po lekcjach poleciałyśmy do Pani Zofii. Ona nas bardzo miło przyjęła, nie wypędziła. Popatrzyła na nasz taniec, dała nam pewne wskazówki – opowiada tancerka.
Przypomina, że w ogóle tamten czas był bardzo trudny. To był rok 1955, potem 56, 57, 58, wszyscy wyjeżdżali do Polski. I zostały tylko 4 pary tancerzy.
– Kiedy przyszła do nas Pani Zofia, od razu zaczęła od nas potrzebować trenażu, ćwiczeń, koordynacji ruchów. No, ale jakoś byliśmy wszyscy pełni entuzjazmu, chęci i zapału. Zofia Gulewicz bardzo dużo włożyła pracy, serca, umysłu. Była z jednej strony, bardzo uparta i wytrwała, z drugiej strony, delikatna i skromna – wspomina początki Zofia Kuncewicz, jedna z pierwszych tancerek zespołu.

Renata Brasel, obecna kierownik artystyczna zespołu, do „Wilii” przyszła w 1990 roku. W tym czasie podczas studiów w konserwatorium miała praktykę w Pałacu Związków Zawodowych, gdzie zespół „Wilia” miał siedzibę. Przypadkowo spotkała Czesławę Bylińską-Rymszonok, która była jej nauczycielką w szkole muzycznej.
– Ona mi powiedziała, że potrzebuje pomocy, bo nie ma chórmistrza i zaproponowała mi przyjść do „Wilii”. Uczyłam się na kierownika chóru, dyrygenta. To dla mnie był wielki zaszczyt i trafna propozycja, gdyż zgodna z moim zawodem, nie musiałam już niczego szukać. No i zgodziłam się – wspomina pierwszy kontakt z zespołem Renata Brasel.

Przyszła na próbę. Spróbowała. Bardzo jej się spodobało i tak została.
– Oczywiście, wtedy nie wiedziałam, ile lat i czasu potrwa ta praca, ale jak widać teraz – trwa to już 35 lat – stwierdziła.
Początkowo Renata pracowała na stanowisku chórmistrza i jednocześnie śpiewała w chórze. Po odejściu z zespołu Czesławy Bylińskiej-Rymszonok, kierowniczki artystycznej „Wilii”, Renata Brasel przejęła kierowanie zespołem i pełni tę funkcję do dziś.
Jak stwierdziła w rozmowie, nigdy nie usłyszała w stosunku do siebie zarzutów co do pracy, współpraca w zespole układa się dobrze, a ona do dziś stara się utrzymać taki poziom, z jakim spotkała się przychodząc po raz pierwszy do zespołu.

– Dla mnie „Wilia” to jest moje życie. Nawet nie mogę powiedzieć, że to jest praca, gdyż wszystko się przeplata z własnym życiem. Moja córka tańczyła, później też zięć. Moja mama szyła stroje. Zawsze mamy wspólne rozmowy, jakieś problemy, przeżycia, radość. Te sprawy omawiamy w rodzinie. Spotkania z zespołowcami, urodziny, wesela. To wszystko jest tak mocno powiązane, że nie da się tego oddzielić i tak 24 godziny na dobę. Na przykład, Muza przychodzi w nocy, budzę się czasami z jakąś ideą i biegnę do komputera, żeby coś zanotować. „Wilia” jest w sercu i to ma wielkie znaczenie dla mnie – wyznaje Renata Brasel.

Kierownik artystyczna „Wilii” zaznaczyła, że koncert jubileuszowy z okazji 70-lecia zespołu „Wilia” odbędzie się 22 listopada w sali koncertowej Compensa.
– Oczywiście, koncert będzie się składał z dwóch części artystycznych, zostanie pokazany wynik naszej pracy. No i na pewno jakaś część koncertu zostanie poświęcona naszym weteranom zespołu. To będą utwory z różnych okresów, a na scenie wystąpią różne pokolenia - dodała.
Zebranie organizacyjne dla członków zespołu odbędzie się 6 maja, na którym zostanie podany bardziej szczegółowy plan przygotowań do koncertu jubileuszowego.

Marzena Suchocka, choreograf zespołu „Wilia“ z tańcem jest związana od zawsze. Taniec zaistniał w jej życiu już w przedszkolu. Następnie Szkoła Średnia im. Wł. Syrokomli w Wilnie – naturalne, że był to zespół „Wilenka“. 10 lat w szkolnym zespole, a następnie „Wilia“, w której przetańczyła 15 lat.
Przed jubileuszem 50-lecia zespołu objęła kierownictwo młodszej grupy tanecznej. Z kolei przed jubileuszem 55-lecia, po odejściu ówczesnego kierownika zespołu, Marzena została kierowniczką podstawowej grupy tanecznej zespołu „Wilia” i jej choreografem. Ta praca trwa już 15 lat.

Henryk Kasperowicz, tancerz, choreograf i założyciel Zespołu Tańca Ludowego „Zgoda” w rozmowie zaznaczył, że bywał na koncertach „Wilii”, podziwiał zespół i był przekonany, że podobny wynik jest nieosiągalny.
– Dwie koleżanki tańczyły w „Wilii”. No i już jako student przyszedłem do Pałacu Związków Zawodowych, żeby wymienić konspekty. Trafiłem na próbę. Popatrzyłem, jak ćwiczą i po raz pierwszy zobaczyłem Panią Zofię. Ona mnie zapytała, czy tańczyłem kiedyś poloneza. Wiadomo, tańczyłem, bo jeszcze ucząc się w szkole nr 19 tańczyłem w Wilence – wspomina.
Dużo chłopaków z podstawowej grupy tanecznej było w tym czasie w wojsku, więc pani Zofia zaproponowała po prostu stanąć do tańca.
– Stanąłem do poloneza. A ona powiedziała – pasuje, na następną próbę przychodzisz. Starsza osoba kazała, więc musiałem. Do domu leciałem na skrzydłach, żeby się pochwalić, że jakiegoś tam chłopaczka młodego przyjęli do słynnego i wtedy nieosiągalnego zespołu „Wilia”. Tak się zaczęła moja przygoda – opowiada Henryk Kasperowicz.

Dodaje, że Pani Zofia potrafiła nauczyć albo zrzeszyć tych ludzi, których potem nauczała. Bo wiadomo, niektórzy przychodzili nie mając ani podstawy, ani zapoznania się z tańcem, folklorem. Bo był jeden zespół i trafić do niego było niemożliwe.
– Z różnych rejonów dojeżdżała młodzież. Wiadomo, podstawowy skład to osiem par tanecznych, więc nie był gumowy, a cała Wileńszczyzna chciała tam trafić. Więc Pani Zofia może wybierała w tym wypadku nie tych, którzy umieli coś, a którzy chcieli. A ona już potrafiła nauczyć – uważa tancerz.
– Miłość do folkloru, do śpiewu i tańca – to przede wszystkim Pani Zofia, kierownictwo „Wilii”, no i także towarzystwo i koledzy, którzy tam byli. Gdybym nie niósł wtedy konspektów, to bo ja wiem, czy znałbym polskie piosenki albo powiedzmy poloneza zatańczyć czy krakowiaka, a w końcu czy mógłbym przekazać swą wiedzę dla kogoś innego. Wiadomo, nie ma ludzi, których nie można zamienić, ale jednak te pierwsze nasiona miłości do tego, co robię, to jest Pani Zofia – mówi choreograf i tancerz Henryk Kasperowicz.

Dla Danuty Kowalczuk-Mieczkowskiej „Wilia” była i jest polskością, miejscem, gdzie się nauczyła tańczyć, gdzie poznała mnóstwo znajomych, miała przyjaciół i kolegów.
– „Wilia” nauczyła mnie patriotyzmu, na pewno zrozumienia innego człowieka – zaznaczyła.
Większość „wiliowców” uważa zespół za drugą rodzinę. Z tym się też zgadza Danuta. – Na pewno. A podejrzewam, że dla niektórych może nawet pierwszą, bo różnie układały się losy zespołowców. Tak, dla kogoś drugą, dla kogoś pierwszą, a może dla kogoś nawet trzecią. Ale rodziną na pewno – dodaje.
Tancerka pomagała dla Zofii Gulewicz w pracy z chórem, kiedy chór ruszył z miejsca, przestał stać na stopniach, a zaczął się poruszać, tańczyć.

Danucie Kolwalczuk-Mieczkowskiej zespół „Wilia” też zawdzięcza mazur ze „Strasznego dworu”, którego jest choreografką. Zresztą taniec ten jest tańczony na wszystkich uroczystych koncertach.
Choreografka wspomina, że po raz pierwszy zobaczyła „Wilię” na scenie w 1970 roku, na koncercie z okazji 15-lecia.
– Siedziałam na balkonie Pałacu Związków Zawodowych, bo wujek Janusz Salwiński tańczył, a jego brat Grzegorz Salwiński śpiewał w chórze. Grześ często bywał u nas w domu. Jako nastoletnie dziecko zapamiętałam jego opowiadania o tym, jak zespół był przyjmowany w Polsce na tysiąclecie państwa polskiego w 1966 roku. Wtedy zapytałam jego czy mogę iść tańczyć, a on powiedział, że ja jestem za mała. Więc ja przeczekałam rok i jesienią 1971 roku przyszłam do zespołu. Po miesiącu byłam już w starszej grupie, ale to zawdzięczając nie tyle moim zdolnościom, ile pani Zofii i temu, że podstawę baletową miałam ze szkoły, bo w szkole mieliśmy bardzo dobre kółko taneczne, gdzie tańczyły same dziewczyny – wspomina Danuta.

Rodzina Danuty jest mocno związana z zespołem „Wilia”. Siostra Jadwiga była tancerką, kuzynka śpiewała w chórze, wujkowie śpiewali i tańczyli, córka Beata także 10 lat tańczyła do momentu wyjazdu na studia do Polski.
Dzisiaj Danuta Kowalczuk-Mieczkowska jest znana wilnianom jako choreograf pięknych polonezów na Placu Ratuszowym, a ostatnio na Placu Katedralnym. Oprócz tego niejedna promocja Liceum im. Adama Mickiewicza w Wilnie jest jej wdzięczna za poloneza studniówkowego.
Dla konferansjerki Agnieszki Skinder zespół stał się częścią jej życia. Jest w zespole od ponad 30 lat.
– Trudno jest mi wyobrazić życie bez tego zespołu. „Wilia” dała mi wiele przyjaciół, którzy są ze mną na dobre i złe. Dała mi scenę, którą kocham. Dała mi też polski folklor. To tradycje i pokoleniowa więź. Kiedyś to była moja mama, teraz jestem ja i moja córka. „Wilia” to także polskość na Litwie. To miejsce, gdzie pielęgnujemy język, kulturę. Jestem szczęśliwa, że mogę być częścią tego zespołu – podkreśla Agnieszka.

Wyznaje, że po trudnym dniu pracy przychodzi tu, żeby pośpiewać, porozmawiać, po prostu pobyć z ludźmi, którzy są jej bliscy, z którymi dobrze jest być. Uważa, że to jest miejsce, gdzie czuje się sobą.
– Wilia jest w moim sercu i wiem, że już zawsze tam będzie – podkreśla.
Kiedyś miłośnicy zespołu zachwycali się Krystyną Jurewicz, która potrafiła pięknie poprowadzić koncerty. Teraz to czyni Agnieszka. Należy zaznaczyć, że jest to bardzo odpowiedzialny moment.
– Konferansjerką jestem 20 lat, bo na 50-lecie miałam debiut u boku śp. Staszka Michalkiewicza. Tak, uważam, że jest to zaszczyt pełnić taką ważną rolę w zespole. Pani Krystyna zawsze była moim idolem. Kiedy jeszcze jako dziecko chodziłam na koncerty „Wilii”, zawsze patrzyłam na te piękne chórzystki i widziałam tę panią pięknie zapowiadającą występy. Nawet w najskrytszych marzeniach nie mogłam sobie wyobrazić, że po 20 czy 30 latach zajmę jej miejsce – mówi konferansjerka.

Dodaje, że konferansjer to nie tylko ten, który wychodzi z gotowym tekstem, który ktoś mu przygotował i go odczytuje. – Oczywiście, z kierownictwem myślimy, jaki ma być temat podstawowy, co trzeba najbardziej zaakcentować, co jest najważniejsze, co wyróżnić w tym czy innym koncercie. Więc przygotowujemy teksty razem, potem już je trochę dopracowuję, dopinam na ostatni guzik – mówi.
– Czasami trzeba po prostu wypełniać jakieś pauzy, bo nasi tancerze na przykład nie zdążyli się przebrać. Gdzieś zza kurtyny kierowniczka mówi: Agnieszko, idź teraz i coś tam powiedz, możesz podziękować sponsorom albo organizatorom. Więc to taki żywy organizm, gdzie czasami trzeba improwizować, bo coś nie zawsze idzie według planu. Oczywiście publiczność tego nie powinna zauważyć, więc tak, uważam, że konferansjer rzeczywiście pełni ważną rolę – uważa Agnieszka Skinder.

Współczesna działalność zespołów ludowych często obejmuje edukację dzieci i młodzieży, które uczą się nie tylko tańców i pieśni, ale także szacunku do tradycji i kultury swojego regionu. Zespół „Wilia” to obecne młode pokolenie, które kontynuuje tradycje swoich przodków, a niektórzy tylko zaczynają pisać swoją historię związaną z zespołem.

Tak się złożyło, że rodzina Anny i Andrzeja Grygojciów nie miała żadnych powiązań z zespołem „Wilia”. Ale tę lukę nadrabiają ich dzieci – Agata i Mateusz.
– Na początku zachęciła mnie koleżanka, a potem to po prostu zaczęło mi się podobać. Tak zaczęła się moja przygoda z zespołem. Śpiewam od trzeciej klasy – mówi Agata. – Dlaczego wybrałam śpiew, a nie taniec? To proste – śpiewać potrafię i sprawia mi to ogromną radość – dodaje.
Agata nie ma tremy na scenie. Wierzy w siebie i swoich kolegów.
– Chór jest fajny tym, że wszyscy są razem i wierzę, że wszystko dobrze zaśpiewają. Bo człowiek nie jest sam – uważa.

Młoda chórzystka bardzo ceni sobie wsparcie rodziny, uważa, że jest potrzebne. Pomimo młodego wieku mocno jest związana z zespołem.
– „Willia“ dla mnie jest jak drugi dom. Lubię teksty piosenek. Piosenki są ładne, a stroje przepiękne – zaznacza.
Z kolei Mateusz jest ulubieńcem publiczności. Pomimo tego, iż jest na razie jedynym chłopakiem w młodszym chórze, dobrze daje sobie radę, a na scenie jest prawdziwym artystą.
Przygodę ze śpiewem rozpoczął w zespole "Stokrotki" w szkole-przedszkolu „Willia“. Wybrał sobie ten kierunek, ponieważ, jak stwierdził, lubi twórczość ludową i to jest mu bliskie.

Mateusz, jak zaznaczyłam, jest jedynym chłopakiem w młodszym chórze, bo koledzy z klasy nie chcą śpiewać. Ale to mu nie przeszkadza być artystą na scenie i dobrze zaśpiewać.
– Czuję się na scenie dobrze i nie mam tremy, kiedy na sali widzę rodziców, którzy na mnie patrzą. Wtedy jestem spokojny. Kiedy śpiewam solo uświadamiam sobie, że wszyscy na mnie patrzą. Staram się wykonać dobrze, żeby nikomu nie zrobić wstydu. Kiedy wszystko jest dobrze – czuję się dumny – stwierdza młody solista zespołu.
Mateusz dodał, że lubi „Willię“ za wszystko, za piękne stroje, za piosenki, za bardzo dobrą i wesołą atmosferę.
– Wszystko tu jest dobrze. To już jest rodzina – podsumowuje.

I takich historii można przytaczać mnóstwo. Przez zespół przewinęły się tysiące osób, każda z nich ma własne wspomnienia i własne historie. Ktoś zakończył przygodę z „Willią“, a ktoś dopiero rozpoczyna.
Obchody 70-lecia zespołu „Wilia” to okazja do wspólnego świętowania z rodzinami i przyjaciółmi członków zespołu, którzy przez lata budowali jego historię. To także spotkania z byłymi członkami, którzy przez lata byli częścią tej niezwykłej przygody.

Z kolei zespół to nie tylko grupa wykonawców, ale także wspólnota, która przez dekady pielęgnowała kulturę, tradycję i wartości. Jubileusz 70-lecia to moment pełen dumy i radości, ale również refleksji nad tym, jak wielką rolę odgrywają takie inicjatywy w zachowaniu tożsamości narodowej i kultywowaniu dziedzictwa folklorystycznego.









