Naujienų srautas

Wiadomości2024.12.30 09:18

Od jabłka do konsoli: jak w ciągu stulecia zmieniały się prezenty dla polskich dzieci

W okresie międzyświątecznym wiele domów tonie w nadmiarze prezentów i zabawek dla dzieci. Jednak jeszcze przed stu laty dziecko w tym czasie mogło liczyć, co najwyżej, na jabłko lub kęs lepszego jedzenia. Czasy radzieckie oprócz większej uwagi na dzieci niosły dodatkowo przekaz ideologiczny - wówczas noworoczny Dziadek Mróz miał wypchnąć katolickie tradycje Świąt. 

O zmieniających się tradycjach okołoświątecznego obdarowywania dzieci w Polsce na przeciągu XX w. w rozmowie z LRT.lt opowiadali specjaliści Muzeum Zabawek i Zabawy w Kielcach - kierowniczka działu wystaw dr Barbara Kasprzyk-Dulewicz i rzecznik Przemysław Krystian.

Mówiąc o początkach XX wieku, czy dzieci na terenach Polski mogły liczyć na jakieś podarunki w okresie międzyświątecznym?

Krystian: Te realia na początku XX w. były całkiem inne niż te, które znamy dzisiaj. Pojęcie dziecka, dzieciństwa zmieniało się przez lata. Musimy sobie uświadomić, że jeszcze na początku XX w. ośmiolatek pracujący ciężko, niemający czasu wolnego był czymś normalnym. Prezenty i zabawki dedykowane były tym najbogatszym, to oni mogli sobie pozwolić na wykształcenie dziecka, na przedłużenie dzieciństwa.

Dr Kasprzyk-Dulewicz: Tutaj możemy wspomnieć o takiej pierwszej i podstawowej kategorii prezentów. We wspomnieniach, różnych dziennikach są świetnie odzwierciedlone te realia – to był czas, w którym można było zjeść coś lepszego. Na Święta starano się naszykować jakieś lepsze jedzenie, czasami dziecko mogło dostać nawet jakiegoś cukierka.

Krystian: Warto zwrócić uwagę nawet na choinki – charakterystyczne wtedy były podłaźniczki, a nie takie choinki, o których my dzisiaj myślimy. I na tych podłaźniczkach znajdowały się m.in. jabłka powieszone, orzechy i to już była fantastyczna ozdoba, która, oczywiście, w trakcie świąt gdzieś tam znikała. Dla tych ówczesnych samo to jabłko czy ten orzech jakoś tam pomalowany miał być rewelacyjnym prezentem świątecznym.

Dr Kasprzyk-Dulewicz: Sięgnęłam do badań etnograficznych i okazało się, że w żadnym ze wspomnień osób, które opowiadały o tym okresie badaczom, nie zachowały się wzmianki i prezentach dla dzieci, tak jakby ta osobna kategoria nie istniała. To był czas przedwojenny.

Krystian: Też musimy zdawać sobie sprawę z tego, że zabawki nie były towarem tanim ani powszechnym. Bardzo często w rodzinie była jedna zabawka, przekazywana z pokolenia na pokolenie. Były to zabawki ręcznie robione i nie zawsze były to prezenty świąteczne.

Kiedy możemy mówić o polepszaniu się sytuacji dzieci, nawet tych z ubogich wiejskich rodzin?

Dr Kasprzyk-Dulewicz: Ważny wątek to jest kwestia dobroczynności. Zauważmy, że dwudziestolecie międzywojenne to jest okres, w którym działają różne towarzystwa dobroczynne. Mamy zorganizowaną państwowość, niepodległą Polskę, w której w określonych ramach zaczynają działać różne organizacje, pojawiają się też władze państwowe, które w jakiś sposób starają się wspomagać te warstwy najuboższe, bo jest to czas kryzysów i życie wyglądało dość kiepsko.

Wtedy pojawiają się też głosy, że trzeba zadbać o najmłodszych, bo są przyszłością narodu. I tu też pojawia się tradycja choinki, takiej, jaką znamy dziś. Pojawiają się ozdoby, reklamy – ówczesne gazety są świetnym źródłem. Były polecane prezenty dla kobiet, mężczyzn, pojawiały się też dla dzieci. I oprócz klasycznych lalek czy misiów pojawiały się też nowinki technologiczne.

W latach 30. uważano, że takim świetnym prezentem nie tylko dla dziecka, ale i dla całej rodziny może być radio. Nie był to, oczywiście, tani prezent, ale niósł za sobą ogromne korzyści, dostęp do kultury, rozwoju.

Jakie zmiany w kwestii prezentów przyniosły czasy powojenne i nowe realia socjalistyczne?

Dr Kasprzyk-Dulewicz: Zaczęły pojawiać się tzw. „choinki”, czyli spotkania, na których każde dziecko dostawało jakąś symboliczną paczkę. Organizowały to przede wszystkim zakłady pracy i ten aspekt socjalny, w którym to dziecko otrzymywało paczkę cukierków, był bardzo istotny.

Krystian: Wówczas prezenty były skromne i było ich mniej, dlatego te zakładowe „choinki” były tak dobrze pamiętane. Teraz dzieciaki mają wiele paczek: ze szkoły, z domu, od dziadków, każdy gość odwiedzający dom coś tam jeszcze dorzuci. Kiedyś, w czasach słusznie minionych, ta pojedyńcza paczka z zakładowej choinki miała większą wartość ze względu na jej wyjątkowość i niepowtarzalność. A do tego te wyjątkowe pomarańcze, mandarynki i wyroby czekoladopodobne. My pamiętamy szybką zmianę ustrojową i to też miało największy wpływ na powszechność i zmianę podejścia do prezentów.

Dr Kasprzyk-Dulewicz: PRL nie bez powodu jest nazywany okresem niedoboru, bo ciągle czegoś brakowało, nigdy nie wiadomo co rzucą w sklepie, więc już w czerwcu nieraz coś kupowano z myślą o świętach.

Krystian: To był też czas takich praktycznych prezentów. Dzisiaj troszkę się uśmiechamy do prezentów takich jak skarpetki, ale kiedyś to były prezenty jak najbardziej pożądane. Święta były okazją do tego, żeby wspomóc garderobę, kupić nową kurtkę i przy okazji świąt taki podarek był bardzo praktyczny i mile widziany.

Dr Kasprzyk-Dulewicz: Jest też taki motyw, który mnie bardzo rozczula. Mamy w zbiorach kilka listów pisanych przez dorosłych, gdzie opowiadają, jakie wykonywali zabawki dla swoich dzieci, żeby w obliczu tych niedoborów starać im się zrekompensować brak tych zabawek poprzez samodzielne wykonawstwo.

W naszych zbiorach też mamy takie zabawki, jedne z niewielu rzeczy, które zostały stricte określone jako prezent świąteczny z lat 50. Pewien pan przysłał list, w którym pisał, że chciałby przekazać dwie zabawki, które zostały wykonane przez jego tatę właśnie z okazji świąt Bożego Narodzenia.

Krystian: To wyjątkowe zabawki drewniane – pociąg z wagonikami i samochód ciężarowy. Warto zaznaczyć, że nie są to małe zabawki, bo samochód ma około 40 cm długości, a pociąg to jest solidny kawał pociągu – sama lokomotywa mierzy 30 cm, do tego wagoniki. Kunsztownie wykonane i widać tutaj nie tylko chęć zrobienia zabawki dziecku, ale także pewien profesjonalizm w wykonaniu. Dowiedzieliśmy się, że wykonawca tych zabawek pracował na kolei, więc może ten pociąg miał być zachętą dla dziecka do odziedziczenia tego zainteresowania zawodowego.

Jak w okresie PRL w Polsce wyglądała sprawa obchodzenia Sylwestra, Nowego Roku? Bo nie jest tajemnicą, że Dziadek Mróz i obchody Sylwestra w radzieckiej przestrzeni ideologicznej miały wypchnąć zarówno tradycyjne obchody Świąt, jak i św. Mikołaja.

Dr Kasprzyk-Dulewicz: U nas zawsze było takie rozdwojenie jaźni patrząc na te obchody, bo wiadomo, że w tej narracji państwowej, ogólnej to takie huczne obchodzenie świąt Bożego Narodzenia było jednak źle widziane, zwłaszcza, jeżeli ktoś w jakiś sposób działał w strukturach partyjnych. Samo świętowanie było źle postrzegane. Tym niemniej, w Polsce zawsze najważniejsze były święta Bożego Narodzenia.

A Sylwester? No był, pojawiał się tu i Dziadek Mróz, bo był właśnie ten koncept, gdzie nie Mikołaj miał przynosić prezenty, lecz właśnie Dziadek Mróz. I strefa wpływów była ogromna, ale Polacy byli tak bardzo przywiązani do swojej tradycji katolickiej, że ciężko było zmienić te przyzwyczajenia.

Krystian: Warto zauważyć, że ta okołoświąteczna tradycja obdarowywania prezentami nie jest jednolita w całej Polsce. Są miejsca, gdzie prezenty zdecydowanie przynosi Mikołaj, są miejsca, gdzie przynosi Gwiazdka, a gdzie indziej przynosi nawet Dzieciątko. Nie mówiąc już o tradycji, którą nam próbowano ze Wschodu zakorzenić, czyli Dziadka Mroza.

Ja jednak ze swojego dzieciństwa pamiętam, że fajnie by było, jakby to wszyscy przychodzili z prezentami przy każdej okazji – tutaj da Mikołaj, tu Gwiazdka, a tu z zakładu pracy taty przyjdzie i Dziadek Mróz – super, trzy prezenty! I punktu widzenia dziecka to było najbardziej istotne. Ale w Polsce, zdecydowanie, ta tradycja mikołajowa, świąteczna jest troszkę starsza.

W jakim okresie można już mówić o pewnym znaczącym wzroście dobrobytu i dostępności zabawek i prezentów?

Krystian: Są to raczej lata 70. i Gierek.

Dr Kasprzyk-Dulewicz: Tak, okres Gierka to jest ten czas, kiedy możemy już mówić o pewnym dobrobycie. Pozornym, co prawda. W nadesłanych listach z 1984 r. pewna dziewczyna, co była wówczas już studentką, pisała, że współczuje dzieciom, których dzieciństwo przypadało na ten okres, bo w jej dzieciństwie, czyli w tej tzw. dekadzie Gierka, zabawki były piękne i w prezencie można było dostać naprawdę piękne rzeczy.

Krystian: A już w latach 90. możemy mówić o zupełnie innych zjawiskach – o otwarciu, przemianach gospodarczo-społecznych, o otwarciu też na import zabawek, no i przede wszystkim o dominujących w latach 90. różnego rodzaju podróbkach. Dzisiejsze lata, kiedy gruntownie zmieniła się dostępność, to jest pokłosie swojego rodzaju dobrobytu, które społeczeństwo osiąga i możliwości przeznaczenia na zabawki coraz to większej sumy.

Wraz z wkroczeniem w lata 90. zaczyna się też pewnie pojawiać coraz więcej zabawek z Zachodu.

Dr Kasprzyk-Dulewicz: Tak, ale później pojawiają się też Chiny. Jest to kwestia pojawienia się tanich materiałów i zalewania rynku. To też dobrze widać na przykładzie sprzętu elektronicznego – jak pojawiają się rodzime inicjatywy np. magnetowidy polskie, które były nawet popularne, to już za 10 lat okazywało się, że kompletnie nie mają szans w starciu z tymi chińskimi rzeczami, bo tamte są tańsze.

Krystian: Nie tylko chińskimi, bo na rynku technicznym pojawia się też Tajwan i podróbki z Tajwanu. Przecież pierwsza polska konsola to jest właśnie Tajwan, a raczej zlecona przez Polaków do kopiowania oryginalnej wersji z Tajwanu.

Wracając do rzeczy najprostszych – czy książka w minionym stuleciu była postrzegana jako prezent dla dziecka? W jakim okresie była najpopularniejsza?

Dr Kasprzyk-Dulewicz: Jako prezenty stały się popularne w momencie, gdy nastąpił obowiązek powszechnego szkolnictwa, czyli w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Pojawiła się w ogóle możliwość czytania książki. W dwudziestoleciu międzywojennym mamy przepiękne książki, które mamy nawet w zbiorach naszego muzeum, dedykowane specjalnie dla dzieci. Był to też bardzo popularny prezent w PRL-u, do dzisiaj jest zresztą popularny i mam nadzieję, że jeszcze pozostanie takim przez wiele lat.

Krystian: Warto zauważyć, że książki kiedyś były towarem bardzo luksusowym, podobnie nawet jak zabawki. Jeśli cofniemy się do przeszłości, to był to towar, na który wiele osób wręcz nie mogło sobie pozwolić. Natomiast powszechność książek dzisiaj jest olbrzymią zaletą i nie będę mówił tutaj, jak w przypadku zabawek, że dzieciaki mają zagrożenie – nie, dzisiaj dzieciaki mają większy wybór książek i jeśli możemy zachęcać do dawania prezentów, to ja się obiema rękami podpiszę pod tym, że książki zawsze warto darować.

LRT has been certified according to the Journalism Trust Initiative Programme