Naujienų srautas

Wiadomości2024.10.02 08:41

Čmilytė-Nielsen: o „stylu” Šimonytė, problemach oświaty i wizji pozycji premiera

Aida Murauskaitė, LRT.lt 2024.10.02 08:41

Gdyby liderka Ruchu Liberałów, przewodnicząca Sejmu Viktorija Čmilytė-Nielsen została premierem po wyborach do Sejmu, już pierwszego dnia zaprosiłaby przedstawicieli partii na rozmowę dotyczącą finansowania obronności. Za wyjątkowo ważny obszar uważa edukację. Jako córka nauczycieli i matka nauczyciela, wierzy, że w oświacie należy przede wszystkim uspokoić wspólnotę i skorygować błędy poprzedników.

Zapytaliśmy partie i koalicje startujące w październikowych wyborach do Sejmu, kto w przypadku powodzenia zostanie ich ministrem(ami) i premierem(ami) oraz jaką politykę będą wspierać kandydując na to stanowisko. „Aleja Giedymina 11” to projekt poświęcony wyborom, w którym potencjalni premierzy kraju wskazani przez partie i koalicje odpowiadają na pytania dziennikarzy portalu LRT.lt i naukowców Uniwersytetu Wileńskiego.

Čmilytė-Nielsen twierdzi, że doskonale wie, z jakimi partiami partnerstwo byłoby niemożliwe dla kierowanej przez nią siły politycznej i jaki byłby wspólny mianownik ewentualnej współpracy, przewiduje, jaki będzie nowy Sejm – na pewno nie taki, jaki jest obecnie i zapewnia, że ​​będzie trzymać się własnego stylu.

- Nie próbowałabym sama objąć wszystkich stanowisk, bo rozumiem, że na tym konkretnym stanowisku, na stanowisku premiera, jest to niemożliwe – stwierdziła Čmilytė-Nielsen.

- Czy praca premiera byłaby pracą Pani marzeń?

- Nie, nie nazwałabym tego pracą marzeń. Generalnie żadnej pracy w polityce nie nazwałabym pracą marzeń. Każde stanowisko, które jest wyjątkowym stanowiskiem przywódczym, wiąże się przede wszystkim z ogromną odpowiedzialnością. Jednakże jestem przewodniczącą Ruchu Liberałów, jestem liderem listy. Dlatego gdyby taka była wola wyborców, byłabym gotowa wziąć na siebie i tę odpowiedzialność.

– Premier czy przewodnicząca Sejmu?

- W tej chwili oczywiście trudno byłoby mi porównać te dwa stanowiska, bo mam doświadczenie tylko na jednym z nich. Bycie przewodniczącą Sejmu wymaga pewnych cech, których mam sporo w swoim charakterze. To m.in. tendencja do poszukiwania wspólnego rozwiązania, gromadzenie ludzi. Nie lubię konfliktów i staram się je rozwiązywać tak szybko i konstruktywnie, jak to tylko możliwe.

Sądzę, że praca przewodniczącej Sejmu, którą wykonywałam przez cztery lata, odpowiadała mi ze względu na moje cechy osobiste, niemniej jednak było to trudne wyzwanie.

Pozycja premiera jest nieco inna, ale w każdym razie, zgodnie z ciężarem odpowiedzialności, jest to nadal stanowisko kierownicze, chociaż stanowisko to ma oczywiście mniej wspólnego z koordynacją bardzo różnych interesów, a znacznie więcej z osiąganiem konkretnych celów.

W tym widziałabym największą różnicę.

- Ten cykl polityczny dobiega końca. Może mogłaby Pani otwarcie opowiedzieć jak reagowała Pani w tym okresie na ogromne napięcia pomiędzy koalicjantami? Czy zdarzały się takie chwile, że mówiła Pani: „Co się tutaj dzieje?” i myślała Pani o trzaśnięciu drzwiami?

- Przede wszystkim nie było ani jednej sytuacji, którą mogłabym określić mianem ogromnych napięć w koalicji. Były robocze różnice zdań. Zdarzały się sytuacje, w których nasze zdanie, jako mniejszych partnerów, nie było brane pod uwagę w takim stopniu, w jakim byśmy sobie tego życzyli. Ale w ciągu tych czterech lat za każdym razem, gdy zapraszałam moich kolegów do wspólnego stołu, spotykaliśmy się, rozmawialiśmy, w każdej sytuacji szukaliśmy rozwiązań.

Myślę, że temat konfliktów w koalicji jest zawsze pikantny i interesujący dla opinii publicznej i mediów. W niektórych przypadkach poświęcono temu więcej uwagi i wagi, niż było ku temu podstaw.

To jedna sprawa. A druga sprawa jest taka, że ​​przez cztery lata pracowaliśmy w okresie naprawdę wielu wyzwań zewnętrznych. Ta kadencja rozpoczęła się w szczytowym momencie pandemii, potem był hybrydowy atak Łukaszenki, a potem oczywiście wojna Rosji na pełną skalę z Ukrainą, która ma ogromne konsekwencje również dla naszego kraju, od gospodarki po bezpieczeństwo.

Ale w obliczu tych największych wyzwań naprawdę udało się znaleźć wiele konkretnych i stosunkowo szybkich rozwiązań.

Mówiąc o tych czterech latach, największa różnica zdań powstała, oczywiście, w związku z inicjatywą Gabrieliusa Landsbergisa o rozwiązaniu Sejmu w odpowiedzi na „aferę paragonową“, bo w tym przypadku nie było miejsca na kompromis . Widzieliśmy sytuację inaczej - żadna ucieczka ani ogłoszenie przedterminowych wyborów do Sejmu w żaden sposób nie rozwiązałoby problemu, a jedynie odwróciłoby uwagę, tworząc zupełnie nową, niepewną sytuację, ale w kontekście ryzyka niepewności międzynarodowej wydawało się to naprawdę złym pomysłem. I tu nasze opinie znacznie się różniły. Ale w końcu udało nam się przekonać głównych partnerów koalicji, że ten pomysł nie ma perspektyw.

- Pani kolega partyjny Eugenijus Gentvilas w donośny sposób opisał relacje między konserwatystami a małymi partnerami koalicji: „Nie rozmawia się z nami, jak z robakami w ziemi”.

- Często różnimy się w naszej retoryce z Eugenijusem, ale myślę, że na tym polega urok polityka. Pod wszystkimi innymi względami jesteśmy bez wątpienia podobnie myślący i jesteśmy towarzyszami.

Powiedziałabym, że była niejedna sytuacja polityczna, w której nieodpowiednia komunikacja w ramach koalicji zaszkodziła inicjatywom, które być może były nawet ważniejsze dla głównych partnerów koalicji. Mowa chociażby o inicjatywach w zakresie reformy podatkowej proponowanej przez Ministerstwo Finansów. Były sytuacje, które najbardziej uderzyły w inicjatorów, ze względu na z góry przyjęte przekonanie, że mniejsi partnerzy koalicji zgodzą się bez większych perswazji i długich dyskusji. Były takie sytuacje.

Ja, oczywiście, nie określiłabym ich tak donośnie, jak zrobił to Eugenijus. Ale mówiąc o najbardziej krytycznych sytuacjach, momentach krytycznych, wymieniłabym moment, kiedy w 2021 roku doszło do zamieszek pod Sejmem, dalej wszystkie wydarzenia związane z wojną na pełną skalę w Ukrainie, kiedy doszło do naprawdę wielu napięć, było wiele decyzji do podjęcia. Wówczas rozmawialiśmy.

Kolejnym momentem wartym wspomnienia jest niedawna historia dotycząca wyboru komisarza europejskiego. I myślę, że Eugeniusz miał na myśli fakt, że kandydatura, którą chciał zaproponować rząd, nie była ogłaszana publicznie przez bardzo długi czas, moim zdaniem, zbyt długi. To wyrządziło szkody dla samego procesu i najwyraźniej jeszcze bardziej zmniejszyło szanse Gabrieliusa Landsbergisa, które i tak nie były duże, ponieważ konieczna była zgoda prezydenta, a dopiero później Sejmu.

- Jak ocenia Pani zamieszanie wokół willi Landsbergisa i jego odpowiedzi w Sejmie?

- Niektóre odpowiedzi, moim zdaniem, były naprawdę trafne, jeśli chodzi np. o członków jego rodziny – nie ma podstaw do zarzucania im ewentualnej niechęci do obrony ojczyzny. I rozumiem, że on, przede wszystkim jako ojciec, a nie jako polityk, poczuł się urażony.

Jednak sama sytuacja, w której wymagano wytłumaczenia sprawy willi nie powinna dziwić polityka, gdyż najwyraźniej od początku informacja nie była przekazywana chętnie i wystarczająco szybko, co ze względu na powiązanie z pracą ministra zainteresowało nie tylko przeciwników, ale także media.

I zapewne gdyby nie padały oskarżenia zarówno pod adresem mediów, jak i przeciwników, można by było sprawniej poradzić sobie z tą sytuacją, która, jak rozumiem, nie była przyjemna dla Gabrieliusa Landsbergisa.

- Zakres pracy premiera jest bardzo szeroki. Czy mogłaby Pani krótko i konkretnie wymienić trzy największe problemy, jakie widzi Pani obecnie na Litwie i które wymagają największej Pani uwagi?

- Priorytetem jest obrona i bezpieczeństwo. Są one podstawą wszystkiego. I z nich wynikają wszystkie inne tematy, czyli polityka podatkowa, jak należy ją przeglądać i jak finansować potrzeby obronne, zwiększanie budżetu obronnego.

Jeśli mówimy o obszarach, to oczywiście edukacja jest obszarem, który zawsze będzie jednym z trzech priorytetów, nawet jeśli będziemy sobie z nim radzili bardzo dobrze. A czy dobrze się powodziło przez ostatnie cztery lata? Na pewno nie. Było wiele dobrych pomysłów, ale ich realizacja utknęła. Dziedzinie edukacji niewątpliwie należy poświęcić wiele uwagi.

My, liberałowie, uważamy, że pierwszym wysiłkiem powinno być uspokojenie środowiska edukacyjnego, aby nie musiało czekać na kolejną reformę, aby co kilka miesięcy nie mieli kolejnych nowości. Wydaje mi się, że jest to obecnie podstawowym priorytetem.

Trudno jest dopasować trzy priorytety do trzech obszarów, ale powiedziałabym, że wszystkie mają wiele wspólnego z naszym bezpieczeństwem i obroną. Chodzi tu i o politykę zagraniczną, i o jej kierunek, utrzymanie go. Litwa osiągnęła wiele sukcesów, jesteśmy w zasadzie historią sukcesu ze względu na nasze członkostwo w Unii Europejskiej i NATO oraz z wielu innych powodów, ponieważ przez długi czas mieliśmy konsensus w sprawie polityki zagranicznej, w kwestiach polityki obronnej. Moim zdaniem każdy premier i partie parlamentarne, które poczuwają się do odpowiedzialności, będą się starały utrzymać kierunek polityki zagranicznej.

Pytała Pani o trzy tematy, ale opieka zdrowotna też jest bardzo ważna. Bardzo ważnym tematem są prawa człowieka, które nie mieszczą się w jednym ministerstwie, ale mają charakter całkowicie horyzontalny. Temat ten dotyczy zarówno osób młodych, jak i starszych. Nie powinien się znaleźć w ostatniej linijce.

- Gdyby została Pani premierem, w czym byłaby Pani mocna, a w czym jednak słaba?

- Nie wiem, czy politycy chętnie wymieniają swoje potencjalne słabości.

Myślę, że byłabym mocna w tym, że dołożyłabym wszelkich starań, aby wykonywać tę pracę z maksymalną odpowiedzialnością i nie szczędziłabym wysiłku. Po drugie, umiem delegować prace, czyli nie próbowałbym sama zajmować się nimi wszystkimi, bo rozumiem, że na tym konkretnym stanowisku premiera jest to niemożliwe. Obowiązków jest za dużo, od tego jest gabinet. Myślę, że jako premier kierowałabym się tą samą zasadą co poprzednio, czyli pracą zespołową, która stanowi dla mnie wielką wartość.

Jeśli chodzi o słabe strony, trudno powiedzieć, nie wiem. Oczywiście, byłyby błędy, jak w pracy każdego polityka, ale starałabym się do nich przyznać.

- Obecna premier niemal w każdym przypadku tłumaczy się w sprawie swoich ministrów, wyraża stanowisko rządu i swoje stanowisko w sprawie zmian wprowadzanych przez ministerstwa. Czy zajęłaby Pani takie samo stanowisko – wszechogarniającej premier?

- Mój styl byłby inny, bez wątpienia. Najwyraźniej czasami pani premier to szkodzi, bo na sali sejmowej zdarzają się przypadki, gdy do mikrofonu prowokują ją niektórzy z najbardziej zaciekłych przedstawicieli opozycji i premier musi się wciągać w wyjaśnienia, które są w zasadzie niepotrzebne i nieobowiązkowe.

Praca premiera jest bardzo skomplikowana, odpowiedzialność duża, a problemy tak różnorodne, że bez delegowania prac nie da się efektywnie pracować przez całą kadencję.

- Proszę wymienić ministrów, których Pani i Pani partia nominowalibyście na ministrów, gdyby wybory wypadły na waszą korzyść.

- Po pierwsze, obecnie również mamy dwóch ministrów. Jest to Simonas Kairys, Simonas Gentvilas.

To naturalne, że o stanowiska ministerialne będą ubiegać się osoby z pierwszej dziesiątki listy, to oni są najwyraźniejszymi liderami. Rozważamy też możliwość zatrudnienia w niektórych ministerstwach osób niepartyjnych.

Mogę powiedzieć o ministerstwach priorytetowych jako o obszarach, które naszym zdaniem są najważniejsze w nadchodzącej kadencji i którym mamy coś do zaoferowania.

To Ministerstwo Komunikacji, Gospodarki i Innowacji, a także Ministerstwo Rolnictwa, którego szefem mógłby zostać Viktoras Pranckietis, przewodniczący Komisji ds. wsi, który dużo pracował z tym sektorem.

Również Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, Ministerstwo Ochrony Zdrowia – mamy znakomitych i młodych specjalistów w tej dziedzinie, którzy mają już doświadczenie przywódcze i zarządcze.

Podkreślę też, że w obszarach tradycyjnie zdominowanych nie przez liberałów, takich jak polityka zagraniczna czy obrona narodowa, również widzielibyśmy szansę na aktywną pracę, bo mamy ludzi, którzy mogliby to robić.

- Proszę o skonkretyzowanie nazwisk ministrów.

- To oczywiste, że w sprawie Ministerstwa Spraw Wewnętrzynych moglibyśmy rozważyć kandydaturę Vitalijusa Gailiusa. Z kolei, jeśli pojawią się możliwości, w przypadku Ministerstwa Transportu lub Gospodarki i Innowacji mogliby aplikować również obecni ministrowie, którzy mają już doświadczenie pracy w rządzie.

- A co z resortem oświaty, nauki i sportu?

- Mamy przemyślenia i kandydatury również dla obszaru oświaty. Ale ponieważ są to osoby, których nie ma na liście kandydatów, nie chciałabym na tym etapie wymieniać ich nazwisk i nie chcę ich wymieniać z prostego powodu. Praktyka jest taka, że ​​z reguły kandydatury wymienione dla tej dziedziny do czasu nominacji już znikają z grona kandydatów (uśmiecha się).

- Jaka byłaby Pani partia szachowa podczas budowania koalicji?

- Myślę, że każdy człowiek, każdy polityk, który teraz mówi, że naprawdę wie, co będzie po wyborach i jak wszystko będzie wyglądać, wróży z fusów po kawie. Myślę, że Sejm będzie bardziej rozdrobniony niż dotychczas. Do tej pory mieliśmy luksus, że na Litwie w zasadzie nie było partii radykalnych, mieliśmy tylko indywidualnych takich polityków. Niewykluczone, że po tych wyborach to się zmieni.

Jeśli chodzi o ewentualną koalicję, to uważam, że jej podstawą, głównym mianownikiem powinno być podejście do priorytetów bezpieczeństwa, obronności i polityki zagranicznej, aby priorytetem Litwy pozostało wzmacnianie swojej obronności, aktywne wspieranie Ukrainy, zachowanie swojej pozycji jako bardzo aktywnego członka Unii Europejskiej, aktywnego członka NATO.

Myślę, że takie rzeczy to podstawa, ponieważ stanowią one podstawę naszego bezpieczeństwa i obrony. I na tej podstawie możemy zbudować wiele dobrych rzeczy. Chodzi tu zarówno o wzrost gospodarczy, jak i atrakcyjność Litwy dla inwestycji zagranicznych.

Jeśli w kraju jest bezpiecznie, to wszystko przychodzi łatwiej i nie ma żadnych złych sygnałów, które obecnie niektórych straszą.

- Jakie partie mogłyby się znaleźć w koalicji?

- O wynikach wyborów zadecyduje wybór obywateli, ale już teraz możemy powiedzieć, kto stoi za naszą czerwoną linią, z kim nie możemy rozmawiać o żadnym partnerstwie. To siła polityczna Remigijusa Žemaitaitisa, znanego z antysemickich wypowiedzi, która buduje swoją polityczną przyszłość na mowie nienawiści. Jest to dla nas nie do przyjęcia.

Potem wszystkie mniejsze siły polityczne, które pod nazwą pokoju dążą do kapitulacji Ukrainy i naszej, więc wnoszą zmianę priorytetów polityki zagranicznej. Te siły są dla nas nie do przyjęcia. Również takie, których podejście do wartości jest zupełnie inne. Na przykład podejście do praw człowieka. To jest np. Związek Chłopów i Zielonych, który z liberałami nie ma absolutnie żadnych punktów styczności, bo są przeciwni wszystkiemu, co jest dla nas ważne.

- A socjaldemokraci?

- To jedna z tych dużych partii, których podejście do polityki zagranicznej, bezpieczeństwa i obronności wydaje się mieć charakter państwowy, tak bym to nazwała. Ale tu pojawia się pytanie, czy udałoby się znaleźć punkty styczne w takich kwestiach, jak prawa człowieka, gdzie socjaldemokraci zrobili dość ostry zwrot w złym kierunku lub w kierunku nietypowym dla socjaldemokratów.

Oczywiście bardzo ważnym obszarem jest gospodarka, polityka podatkowa, gdzie wydaje się, że jest rozbieżność. Ale to nie jest taka partia, która znalazłaby się za czerwoną linią, to jest po prostu zupełnie inny rodzaj siły politycznej.

- Czy wyobraża Pani siebie pełniącą drugą kadencję na pozycji marszałka Sejmu?

- To mało prawdopodobny scenariusz. Szczególnie ze względu na historię naszego kraju, naszego parlamentu. Byli tacy przewodniczący Sejmu, którzy sprawowali tę funkcję przez więcej niż jedną kadencję, ale nigdy nie były to dwie kadencje z rzędu.

Jest to zatem możliwość teoretyczna, której nie biorę pod uwagę.

- A gdyby sprawy potoczyły się tak, że zamiast premiera mogłaby zostać Pani ministrem, na czele jakiego ministerstwa widziałaby Pani siebie?

- Wydaje mi się, że dziedzina spraw zagranicznych jest tą, w której mam doświadczenie poprzez pracę w dyplomacji parlamentarnej, czyli jako marszałek Sejmu. To jest obszar, w którym teoretycznie mogłabym siebie wyobrazić.

Ale dla mnie praca w parlamencie jest naprawdę bardzo interesująca. Sejm nie jest instytucją zbyt popularną wśród społeczeństwa, ale jestem zwolennikiem demokracji parlamentarnej i po otrzymaniu zaufania chcę wykonać tu, w Sejmie, jak najwięcej pracy, wzmacniając funkcjonowanie Sejmu, jakość pracy Sejmu, ponieważ ostatecznie ludzie myśląc o polityce patrzą na Sejm.

- Ruch Liberałów był tradycyjnie nazywany partią miejską, ale w ostatnich latach coraz więcej waszych wyborców pochodzi z mniejszych obszarów. Być może sytuacja uległa zmianie ze względu na to, że poświęciliście więcej uwagi polityce agrarnej. Gdyby była Pani premierem, co by Pani zrobiła, aby podnieść poziom rolnictwa i rozwoju regionalnego?

- Regiony i wzmacnianie samorządności są dla liberałów bardzo ważne. To jedna z tych kwestii, które przewijają się przez wszystkie nasze programy polityczne, nie tylko dlatego, że mówienie o tym jest modne, ale dlatego, że naprawdę uważamy, że jest to ważne.

Czy Ruch Liberałów przestaje być partią miejską na skutek pewnych okoliczności z przeszłości, kiedy część liberałów opuściła oddział wileński i utworzyła Partię Wolności? Naturalnie, wówczas nasza pozycja w stolicy i niektórych dużych miastach osłabła. Myślę jednak, że na obecnym etapie zarówno konserwatyści, jak i Partia Wolności dużą uwagę zwracają na stołeczne Wilno, jako siły polityczne upatrując w nim największy potencjał.

Ruch Liberałów, będący jednocześnie partią centroprawicową, z tej samej flanki, jako jedyny widzi pewną równowagę i potrzebę zwrócenia uwagi nie tylko na stolicę, duże miasta, ale także na regiony. I robimy to poprzez naszych samorządowych polityków, poprzez naszych merów – w wyborach samorządowych w 2023 roku wybrano dziewięciu merów, to naprawdę jeden z najmocniejszych wyników wśród wszystkich partii, byliśmy pod tym względem drudzy.

Mówimy o tym, że wszyscy ludzie mają równe prawa, są równie ważni. Zarówno względem państwa, jak i siły politycznej chcemy zachować zasadę równości i aby nasza polityka była w zrównoważony sposób ukierunkowana na mieszkańców zarówno dużych miast jak i regionów.

- Ruch Liberalny nie szczędzi krytyki pod adresem partnerów koalicji - konserwatystów, często krytykowaliście ich reformy edukacji i zdrowia. Wasza partia stale wspiera prywatną inicjatywę. Czy jako premier rozszerzyłaby Pani prywatne obszary biznesowe w tych sektorach?

- Powiedziałabym, że zarówno jeśli chodzi o dziedzinę edukacji, jak i dziedzinę opieki zdrowotnej, mając na uwadze, że zarówno sektor prywatny, jak i publiczny działają w oparciu o te same ramy prawne i mają takie same wymogi jakościowe, to uważamy i podkreślamy w naszym programie, że oba sektory mogłyby ubiegać się o środki publiczne.

Opiera się to na bardzo prostym założeniu, że gdyby sektor prywatny wycofał się dzisiaj, niezależnie od tego, czy chodzi o edukację, czy o opiekę zdrowotną, spowodowałoby to naprawdę bardzo duże problemy i dużo „wąskich szyjek butelkowych“. Jako liberałowie wierzymy, że tam, gdzie prywatna inicjatywa może działać, należy stworzyć jej taką możliwość.

- Ale konserwatystom z tego powodu kieruje się wiele zarzutów, mam na myśli edukację.

- Być może wynika to z czysto osobistej sytuacji lidera partii. Przeciwnicy mogą wykorzystywać osobistą sytuację rodziny przewodniczącego partii do krytyki, ale nie wpływa to na pozycję liberałów. Nasze stanowisko jest niezmienne od chwili powstania partii i nie widzę powodu, aby to zmieniać.

- Wierzę, że obserwowała Pani problemy oświaty, te wszystkie narastające fale, zmartwienia nie tylko jako polityk, nie tylko jako marszałek Sejmu, ale także jako mama. Co w edukacji boli Panią najbardziej?

- Nie tylko jako mama, ale także jako córka nauczycielki. Co prawda, ​​moja mama przeszła już na emeryturę. Przez całe życie pracowała jako nauczycielka historii w szkole. Być może stąd też pochodzi mój pierwszy kontakt z problemami oświaty, gdyż oboje rodzice są pedagogami.

Problemem niejednej kadencji, który nadal jest aktualny, jest przeciążenie nauczycieli papierkową robotą, pracą biurokratyczną. Chcemy, aby dzieci były niezależne, aby wychodziły ze szkoły zainspirowane i czuły się odważne wkraczając w życie. Podobną bardzo jasną zasadą powinna być autonomia i usuwanie nadmiernej biurokracji z pracy nauczycieli.

Oczywiście dziedzinę edukacji obserwuję także jako mama czwórki dzieci lub po prostu jako mama. Tym bardziej, że jeden z moich synów pracuje nauczycielem matematyki, pomimo że jest jeszcze dopiero studentem.

To dziwne, że dyrektorzy szkół zmuszeni są szukać nauczycieli pisząc na koszulkach „szukam nauczyciela”.

Tutaj prawdopodobnie ważna jest realizacja porozumienia oświatowego ze strony polityków, podniesienie płac, aby gwarantowały stabilność finansową, bo to jest ważna rzecz. Cieszę się, że mimo to porozumienie w sprawie edukacji było w tej kadencji wdrażane.

Złe jest to, że wrzesień zaczynamy bez podręczników. Nie jest to sytuacja normalna, choć można próbować ją wytłumaczyć. Ale w wielu sytuacjach powiedziałabym, że pomysły czy reformy są dobre jako idee, ale zdarza im się utknąć na etapie realizacji.

Więc jak już mówiłam na początku, w dziedzinie edukacji trzeba zatrzymać się z reformami i wdrożyć to, co się zaczęło, naprawić popełnione błędy.

- Ma Pani na myśli programy kształcenia ogólnego?

- Tak, sam pomysł jest dobry, ale jego realizacja utknęła.

- Edukacja włączająca również znajduje się w centrum uwagi. Jedna ze stron twierdzi, że to żadna nowość. Druga strona twierdzi, że niestety nie dokonano przygotowań. Jaka jest Pani opinia?

- Z mojego punktu widzenia kierunek jest z pewnością słuszny. A największym błędem byłoby teraz zawrócenie, w jakiś sposób odwrócenie tej zmiany, jak się czasem sugeruje. Czy wszystko wszędzie działa równie dobrze? Na pewno nie, sytuacja bardzo się różni w samorządach, a nawet szkołach.

Jak słusznie Pani zauważyła, niektóre szkoły mówią, że prowadzą edukację włączającą od kilkudziesięciu lat, a gdzie indziej jest to bardzo duże wyzwanie.

Ale sens jest oczywisty: jeśli nauczyciel ma w klasie dużo dzieci, grubo ponad dwadzieścia lub około trzydziestu dzieci i nie ma asystentów, a mimo to musi poświęcić uwagę na dzieci ze specjalnymi potrzebami, jest to trudne.

Powiedziałbym, że trzeba to załatwić na poziomie praktycznym, za pośrednictwem asystentów nauczycieli, za pomocą środków potrzebnych szkołom i nauczycielom. Ale odpowiedź na podstawowe pytanie, czy była to słuszna decyzja, brzmi: tak. Czy wszędzie dokonano odpowiednich przygotowań do tego? Nie.

- Dwoje Pani dzieci jest uczniami. Czy odrabiacie razem pracę domową?

- Czasami tak.

- Czy zdarzały się sytuacje, w których Pani dzieci nie miały nauczyciela?

- Tak, tak było. W Szawlach zdarzały się sytuacje, gdy jeszcze starszy syn uczył się w szkole, pod każdym względem doskonałej, a brakowało tam nauczycieli. W Szawlach mieliśmy dotkliwy brak nauczycieli przedmiotów ścisłych.

- Uważnie obserwowała Pani komunikację prezydenta z panią premier. Przynajmniej ze strony dało się wyczuć duże napięcie. A jak wyglądała komunikacja między wami? I jak Pani zdaniem wyglądałaby Pani relacja z prezydentem?

- Myślę, że relacje z prezydentem nie zmieniłyby się zasadniczo. Relacje z prezydentem zawsze były formalne, robocze, tak bym je nazwała. Uważam, że w obecnym okresie priorytet jest taki, by między gałęziami władzy było jak najmniej konkurencji i jak najwięcej zdrowego, spokojnego dialogu.

Nawet teraz mamy do czynienia z jednym z takich burzliwych okresów, kiedy dochodzi do ostrej wymiany słów, ale zwykle odbywa się to między prezydentem a Gabrieliusem Landsbergisem, a nie między prezydentem a panią premier, ale wciąż jest to ta sama siła polityczna. To bardzo nieproduktywna ścieżka, szczerze mówiąc, nie rozumiem jej sensu. I jak widać nie przynosi to nikomu korzyści, a nawet od czasu do czasu, przy wszystkich dobrych wiadomościach o Litwie jako kraju bardzo aktywnym w sprawach żywotnie ważnych dla demokratycznego świata, wciąż pojawia się też informacja, że ​​nasze instytucje nie potrafią się ze sobą dogadać, a na pewno nie z tego chcielibyśmy być znani.

- Jak Pani uważa, czy politykom przeszkadza cień przeszłości? W waszym przypadku chodzi o wyroki sądowe wobec Ruchu Liberałów.

- Każdy polityk ma w sobie pewien ślad przeszłości. Historia roku 2016 bardzo zaszkodziła Ruchowi Liberałów, gdyż pod koniec ubiegłego roku, po decyzji drugiej instancji, otrzymaliśmy dość wysoką karę. Ale postrzegam to również jako pewne zakończenie tej historii.

Z biegiem czasu, w miarę jak zmieniają się ludzie zarówno wśród liderów partii i dołączają do nas nowi ludzie - obecnie mamy w swoich szeregach tysiąc osób, które dołączyły do ​​partii już po aferze Eligijusa Masiulisa – to podczas rozmów z ludźmi, na spotkaniach, na ulicy, w sklepie, czasem doczekuję się krytyki, ale nie dostaję już pytań o przeszłości Ruchu Liberałów. Jeszcze przed czterema laty to się zdarzało.

- Gdyby została Pani premierem, to jaką najważniejszą pracę zrobiłaby Pani pierwszego dnia?

- Uważam, że należałoby zaprosić liderów zarówno koalicji, jak i innych frakcji w parlamencie, aby porozmawiać o uzupełnieniu porozumienia obronnego, ustalając kwestie, co do których możemy się zgodzić w sprawie finansowania obronności i priorytetów w tym obszarze.

Pytanie od naukowca UW

Premier musi znać się na wielu dziedzinach, dlatego badacze Uniwersytetu Wileńskiego przedstawili listę pytań. Kandydaci losowo „wyciągali” pytania. Później pokazaliśmy odpowiedź kandydata naukowcowi, który z kolei ją skomentował. Naukowcy nie wiedzieli, czyją odpowiedź komentują.

Pytanie zadaje dr Danguolė Oželienė:

Zrównoważony biznes to biznes przyszłości. Jakie działania jako premier zamierza Pani podjąć, aby zrównoważony rozwój w biznesie nie był imitowany, ale faktycznie świadomie wdrażany?

Odpowiedź Viktorii Čmilytė-Nielsen:

Moim zdaniem zrównoważony rozwój już dziś staje się coraz ważniejszym czynnikiem w biznesie. I tutaj ważne są nie tylko pewnego rodzaju zachęty, ale także ogólne podejście społeczeństwa do zrównoważonego rozwoju jako nowej normalności. Nawet nie nazwałabym tego modą. I w tym obszarze, szczerze mówiąc, widziałabym mniejszą rolę polityków, a większą ogólnej presji społecznej poprzez oczekiwanie od biznesu, że jego metody działania, wykorzystywane materiały i jego wpływ na środowisko będą przede wszystkim zrównoważone, ekologiczne i przyjazne dla środowiska. Jest to chyba jeden z tych obszarów, gdzie zakodowany przekaz „nie przeszkadzać” zawarty w haśle liberałów ma bardzo duże zastosowanie – nie przeszkadzać tym, którzy myślą innowacyjnie, są przedsiębiorczy i oferują swoim klientom rozwiązania, które są jednocześnie zrównoważone, przyjazne dla środowiska i być może rozwiązują więcej niż jeden problem na raz. Ogólną zasadą liberałów jest rezygnacja ze zbędnych ograniczeń, zmniejszenie biurokracji i niewprowadzanie jej tam, gdzie nie jest wymagana dodatkowa regulacja.

Odpowiedź naukowca:

Odpowiedź jest ogólna i utożsamia zrównoważony rozwój z innowacją, co sugeruje, że zrozumienie przez kandydata zrównoważonego rozwoju jest ograniczone. Stosowanie zasady „nie przeszkadzać” jest atrakcyjne dla biznesu, ale w kontekście zrównoważonego rozwoju oznacza prowadzenie „biznesu na dotychczasowym poziomie”.

LRT has been certified according to the Journalism Trust Initiative Programme

Najnowsze, Najchętniej czytane