13 kwietnia obchodzony jest Dzień Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej. Tego dnia w 1943 r. w Berlinie ujawniono informację o znalezieniu w Katyniu masowych grobów polskich oficerów zamordowanych przez sowieckie NKWD na mocy decyzji Biura Politycznego KPZS. W tym roku obchodzimy 83. rocznicę zbrodni katyńskiej oraz 80. rocznicę jej ujawnienia.
Polski historyk, członek Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej prof. Tadeusz Wolsza przypomina, że zbrodnia została przeprowadzona na mocy decyzji władz sowieckich z 5 marca 1940 r., a brutalna realizacja tego rozkazu rozpoczęła się w kwietniu.
- Wówczas z obozów w Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku wywożono na egzekucje oficerów Wojska Polskiego, policjantów oraz innych uwięzionych, a następnie pochowano ich w bezimiennych grobach w Katyniu, Bykowni pod Kijowem, Charkowie – Piatichatkach, Miednoje oraz – jeżeli to zostanie ostatecznie potwierdzone – również w Kuropatach – mówi.

Przypomina, że Berlin nagłośnił sprawę zbrodni katyńskiej w kwietniu 1943 r., oczywiście, wcześniej mając stuprocentową pewność, że ów mord dokonany na masową skalę nie jest ich dziełem.
Wśród zamordowanych w Katyniu było wielu mieszkańców Wileńszczyzny. Sześć osób, bestialsko zamordowanych, pochodziło z okolic Mejszagoły.
W 1989 roku, koło ZPL w Mejszagole, postanowiło uczcić pamięć swoich rodaków i z dużą grupą Polaków z Wilna i Wileńszczyzny udało się do Smoleńska.
Wśród uczestników wyjazdu był m.in. wieloletni nauczyciel obecnie Gimnazjum im. ks. Józefa Obrembskiego i społecznik Zygmunt Wierbajtis, który wspomina, że były to czasy sowieckie, kiedy wśród Polaków odrodziło się poczucie narodowościowe. Związek Polaków zorganizował wtedy wyjazd do Katynia, pojechało około 15 autokarów, a w lesie katyńskim odprawiano Mszę św. za poległych.
Pedagog z dumą podkreśla, że Polacy z Wileńszczyzny przybyli na miejsce z polskimi sztandarami, po raz pierwszy kroczyli z flagami polskimi. – Z miejsca zbrodni wzięliśmy trochę ziemi, którą następnie przywieźliśmy do Mejszagoły i złożyliśmy w symbolicznym grobie, upamiętniającym zamordowanych mieszkańców okolicznych miejscowości – mówi Zygmunt Wierbajtis.
W pamięci nauczyciela szczególnie zapadło jedno zdarzenie. – Inna grupa poszła w kierunku memoriału i tablicy informującej o wydarzeniach w lesie katyńskim. Na płycie wybity był tekst „Ofiarom faszyzmu – oficerom polskim rozstrzelanym przez hitlerowców w 1941 roku”, co było kłamstwem. Postanowiliśmy to naprawić. Pewien mężczyzna z Wilna miał przy sobie odpowiednie narzędzia, rozdał je innym osobom, które zaczęły wybijać w kamieniu. Z jedynki zrobili zero. Hitlerowców przekreślili – wspomina Wierbajtis. Jak mówi, tylko po pewnym czasie w radiu podano, że Polacy zepsuli memoriał.
Wśród uczestników wyjazdu do Katynia, była pierwsza prezes koła ZPL w Mejszagole, wieloletnia zasłużona polonistka w miejscowej szkole Anna Aleksandrowicz. Była wśród tych, którzy przywracali prawdę w kamieniu.

– Nie było żadnych nieprzyjemności, chociaż echo rozlegało po całym lesie. Niektórzy się bali, a inni pracowali. To był ładny wyczyn – wspomina Anna Aleksandrowicz. - Czy zrobiliśmy coś szczególnego? Na pewno nie, po prostu spełniliśmy obowiązek będący w duszy każdego z nas, tutejszego Polaka – dodała zasłużona pedagog.
Zygmunt Wierbajtis wyjaśnia, że wśród zamordowanych w lesie katyńskim byli mieszkańcy Mejszagoły i okolicznych miejscowości.
- Są cztery nazwiska, które zostały oficjalnie potwierdzone: Jan Kasprzykowski, Jan Łapiń, Antoni Krus (Krusiński), Józef Szturo. Z kolei dwa nazwiska były niepewne. Dlatego na cmentarzu urządzono zbiorową mogiłę z ziemią z Katynia – dodaje pedagog i społecznik.
Na cmentarzu w Mejszagole są dwa równe rzędy grobów. W środku - wysoki betonowy krzyż w formie kopca z kamieni i tablica z napisem: „Cześć poległym bohaterom 1920”. Znajduje się tu też granitowa płyta, na której umieszczono słowa: „Ziemia z katyńskich grobów. 1989 r.”.

Anna Aleksandrowicz mówi, że 20 maja 1990 roku urnę z ziemią katyńską umieszczono na mejszagolskim cmentarzu.
- Wykonał ją miejszagolanin Piotr Stary, prawdziwa „złota rączka”. Była ona w formie księgi, strasznej księgi niewinnego ludobójstwa – opowiada społeczniczka.
Anna Aleksandrowicz wspomina, że początek lat 90-tych był wyjątkowy. – W tym czasie odrodzenia niepodległości Litwy nam jako Polakom bardzo zależało na odrodzeniu swojego języka ojczystego na co dzień. Nie tylko w szkole, kościele, ale też w napisach, nazwiskach, ponieważ wyzwoliliśmy się z jarzma sowieckiego. Do naszego koła ZPL, które było jednym z pierwszych na Litwie, należało prawie 350 osób – mówi Aleksandrowicz.









