Strajk kierowców przewoźnika Vilniaus viešasis transportas (VVT) trwa już od prawie dwóch tygodni. Zarząd firmy informuje o postępach w negocjacjach, ale związki zawodowe mają całkowicie odmienne zdanie na ten temat. Tymczasem wilnianie zmuszeni są marznąć i skarżą się na tłok w przepełnionych autobusach.
Wilnianin Mantas mówi w wywiadzie LRT.lt, że przed strajkiem bardzo często dojeżdżał do pracy komunikacją miejską. Uważał, że taki sposób jest nie tylko szybszy, ale i wygodniejszy niż dojazd własnym samochodem. Codzienny przejazd zajmował około 20 minut.
- Jeżdżę trolejbusem, więc nie odczuwałem wpływu strajku. Z tego co wiem, najczęściej strajkują kierowcy autobusów, więc rozkłady jazdy trolejbusów pozostały takie same jak wcześniej – powiedział.
Mantas uważa, że główna różnica polega na tym, że trolejbusy są obecnie przepełnione. Zaraz po rozpoczęciu strajku na przystankach zaczęło się gromadzić kilkakrotnie więcej pasażerów, więc nie zawsze mogą wejść do pojazdu.
- Ludzie tłoczą się, przepychają, brakuje miejsc. Czuję się jak ryba w puszce. Nie mówię już o emerytach, nie mają gdzie usiąść, a nawet przytrzymać się poręczy. Zdarzały się również przypadki, gdy ludzie po prostu zemdleli. A co na to władze naszego miasta? Wygląda na to, że tak naprawdę nie dbają już o mieszkańców – sądzi.

Z kolei Julija z powodu nieprzewidzianych okoliczności w rodzinie musiała kilka razy w tym tygodniu skorzystać z komunikacji miejskiej.
- Już w czwartek wieczorem zdecydowałam, że w piątek będę pracować z domu – twierdzi Julija.
- Gdy dotarłam na przystanek, zrozumiałam, że nie mam czym dojechać - najbliższy odpowiedni dla mnie trolejbus może przybyć dopiero po 20 minutach, a autobus ekspresowy aż po 47 minutach. Musiałam zatem jechać do pracy z Wirszuliszek przez Stare Miasto. Gdybym nie zdążyła wsiąść do właściwego autobusu, musiałabym bardzo długo czekać na następny. We środę miałam odwiedzić bliską osobę w szpitalu w Leszczyniakach, ale autobus w ogóle nie przyjechał. Musiałam czekać. Potem przybył autobus, którego według harmonogramu w ogóle miało nie być. Nie rozumiem, jak działa ten system – kontynuowała.

Władze miast apelują o wcześniejsze planowanie podróży. Julija uważa, że jest to praktycznie niemożliwe. - Nie tylko z powodu strajku, ale także ze względu na warunki drogowe. Nawet jeśli pojazd przyjedzie, nie ma gwarancji, że po prostu będę w stanie do niego wsiąść – dzieli się swoim doświadczeniem Julija.
Kwestia przedłużającego się strajku była omawiana na posiedzeniu Rady Miasta Wilna. Mer stolicy Remigijus Šimašius był krytykowany za brak zaangażowania w rozwiązanie sytuacji kryzysowej. Mer jednak zapewnił, że na bieżąco monitoruje postęp negocjacji. Co prawda przyznał, że nie brał udziału w spotkaniach i nie rozmawiał z prezesem związku zawodowego VVT Algirdasem Markevičiusem.
- Mam wrażenie, że związek zawodowy wykorzystuje elementy mobbingu wobec prezesa VVT Danasa Aleknavičiusa - komentuje mer.




