Więcej przejrzystości i wolności słowa, nowe uprawnienia nadzorcze KE i ryzyko wysokich kar. Co zmieni nazywany „konstytucją internetu” Digital Services Act?
- Rewolucja w sieci – właśnie tak w kilku słowach można zbiorczo określić akt o rynkach (DMA) oraz akt o usługach cyfrowych (DSA) – oceniła w lipcu tego roku Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości. Mowa o dwóch rozporządzeniach, z których oba weszły w życie w listopadzie tego roku. Choć ich wdrażanie zacznie się dopiero od roku przyszłego, przygotowania zaczynają się już teraz.
„Fit for digital age”
Wniosek ustawodawczy w sprawie obu aktów Komisja Europejska przedstawiła w grudniu 2020 r. Akt o rynkach cyfrowych został przyjęty rok później, a akt o usługach cyfrowych – w styczniu tego roku. Komisja przekonuje, że zawarte w nich przepisy pozwolą wprowadzić „bezprecedensowy poziom nadzoru publicznego” nad platformami internetowymi w całej Unii.
- Gdy Ursula von der Leyen została przewodniczącą Komisji, to już w swoim przemówieniu programowym mówiła o tym, że Europa ma być «fit for digital age». Teraz przechodzi od słów do czynów – wskazuje w rozmowie z EURACTIV.pl dr Jarosław Greser, ekspert ds. nowych technologii i cyberbezpieczeństwa należący do sieci Team Europe.
Podkreśla, że jeśli chodzi o regulacje w tym właśnie zakresie, obecnie na poziomie Unii dzieje się „bardzo dużo”.
- Wcześniej de facto nie działo się nic. Obecnie obserwujemy wysyp inicjatyw legislacyjnych, które mają normować sferę cyfrową podobnie jak oba te rozporządzenia – wskazał. Jak dodał, mówi się wręcz o „legislacyjnym tsunami”.
Akt o usługach cyfrowych ma zastosowanie do wszystkich usług cyfrowych, które łączą konsumentów z towarami, usługami lub treściami. Jak informuje Komisja, dla platform internetowych ustanowiono w nim „nowe, szeroko zakrojone obowiązki”. Chodzi o ograniczanie szkodliwych zjawisk i przeciwdziałanie zagrożeniom w internecie, zabezpieczenie praw użytkowników, a także zapewnienie „jedynych w swoim rodzaju ram dotyczących przejrzystości i rozliczalności”.
Większa platforma, większe obowiązki
Obowiązki poszczególnych podmiotów działających w internecie mają odpowiadać ich roli, wielkości oraz wpływowi. I tak najwięcej obostrzeń nałożonych zostanie na platformy gromadzące co najmniej 45 mln użytkowników miesięcznie, określane w przepisach akronimem VLOPs, czyli „very large online platforms”.
Giganci tacy jak Facebook, Instagram czy Twitter będą zobowiązani do regularnej oceny „systemowego ryzyka”, jakie wiąże się z ich usługami – na przykład w odniesieniu do narażenia na nielegalne treści czy towary lub rozpowszechniania dezinformacji. Analizy nie będą publikowane, ale określone organizacje będą mogły domagać się ich udostępnienia.
Oprócz tego największych platform dotyczyć będą te same przepisy, które obejmą pozostałe wyszczególnione w przepisach podmioty – czyli „zwykłe” platformy internetowe, hostingodawców i pośredników. Chodzi tutaj m.in. o nowe zasady dotyczące moderacji treści czy ograniczenia dla śledzącej reklamy.
- Ktoś może powiedzieć, że profilowanie jest dla niego pozytywne – bo jak chce sobie chociażby kupić książki na Amazonie, to od razu podsuwa mu się takie, które mają szanse mu się spodobać. I to może być prawda – ale w sytuacji, kiedy ma się wybór. Tego wyboru teraz praktycznie nie ma – zwraca uwagę Greser.
Nowe przepisy stanowią, że w celach reklamowych nie będą mogły być wykorzystywane tzw. dane wrażliwe (czyli te na temat stanu zdrowia, poglądów politycznych czy wyznania) oraz dane dotyczące dzieci. Wszystkie pozostałe śledzące reklamy mają być wyraźnie oznaczone oraz opatrzone wyjaśnieniem, dlaczego widzi je dany użytkownik.
Digital Services Act wprowadza także zakaz manipulacyjnych interfejsów. Chodzi o przypadki, w których sposób przedstawienia treści na stronie będzie skłaniał do podjęcia takiej, a nie innej decyzji (np. duży napis „wyrażam zgodę” sprawiający wrażenie, że to jedyny przycisk, na który można kliknąć).
Inne ze zmian dotyczyć będą moderacji treści. Użytkownicy mają być jasno informowani o zasadach panujących na danej platformie, a narzucane ograniczenia nie mogą uderzać w prawa człowieka. Jeśli dana treść zostanie usunięta, a użytkownik nie będzie się zgadzał z tą decyzją, przysługiwać mu będzie możliwość złożenia skargi bezpośrednio do platformy. Będzie mógł także zwrócić się do pozasądowego organu rozstrzygania sporów lub skierować sprawę do sądu.
- Wiemy, że wolność słowa to podstawa demokracji, ale wiemy też, że ma ona swoje granice. Trzeba było jakoś wyważyć obie te wartości – mówi Greser, podkreślając, że w tej kwestii doszło raczej do „gorzkiego kompromisu”.
Jego zdaniem ciekawą propozycją może być natomiast instytucja tzw. trusted flaggers. „Chodzi o zaufane podmioty, najczęściej instytucje naukowe czy pozarządowe, które zajmują się walką z dezinformacją i których zgłoszenia dotyczące szkodliwych treści będą traktowane priorytetowo” – tłumaczy.
Szerokie uprawnienia KE
Nadzór nad przestrzeganiem przepisów zostanie podzielony między Komisję, która ma być odpowiedzialna przede wszystkim za platformy i wyszukiwarki internetowe liczące ponad 45 mln użytkowników, oraz państwa członkowskie, w których gestii leżeć mają wszelkie mniejsze platformy stosownie do miejsca ich siedziby.
W ramach nadzoru na poziomie kraju w każdym państwie członkowskim ma być powołana instytucja koordynatora ds. usług cyfrowych, który będzie współpracować z KE w ramach Europejskiej Rady ds. Usług Cyfrowych.
Jeśli chodzi o samą Komisję, ma mieć ona takie same uprawnienia nadzorcze, jakie posiada na mocy obowiązujących przepisów antymonopolowych – w tym uprawnienia dochodzeniowe i możliwość nakładania grzywien w wysokości do 6 proc. całkowitych dochodów. W przypadku powtarzających się poważnych naruszeń w grę wchodzi również nałożenie na platformę zakazu działania na unijnym rynku.
- Wysokość kar ma być na tyle dotkliwa, aby była poważną sankcją dla największych światowych korporacji, które rozdają karty na rynku cyfrowym – podkreśla dr Greser. - Wszystkim zależało, by pokazać, że jesteśmy w stanie pewne kwestie uregulować na poziomie europejskim. Miało to też na celu pokazanie, że chcemy chronić wartości, które są ważne dla Europejczyków, takie jak chociażby prawo do prywatności – dodaje.
Jak ocenił, o ile postulowany w przepisach zupełny zakaz działalności wydaje mu się być „opcją atomową”, która figuruje w przepisach „raczej jako straszak”, wykorzystywanie kar finansowych jest już zupełnie realne i ma szanse na powodzenie.
- Ja się cieszę, że ta kwestia została uregulowana, bo o tym mówiło się od lat. W innych krajach w ogóle nie ma tego typu przepisów. To, że Unia je wprowadza, to dobrze. Możemy oczywiście dyskutować o tym, czy te konkretne rozwiązania są trafne, czy można byłoby to zrobić lepiej – pewnie tak. Nie ulega jednak wątpliwości, że jest to bardzo dobry krok – powiedział.
Co dalej?
Od momentu wejścia w życie Digital Services Act platformy internetowe będą miały trzy miesiące na zgłoszenie liczby aktywnych użytkowników końcowych swoich stron internetowych. Na tej podstawie Komisja oceni do jakiej kategorii ją zaklasyfikować.
Jeśli podmiot zostanie uznany za „bardzo dużą platformę internetową” lub „bardzo dużą wyszukiwarkę internetową”, będzie miał cztery miesiące na zapewnienie zgodności z nowymi wymogami, w tym na przeprowadzenie pierwszej rocznej oceny ryzyka i przekazanie jej Komisji.
Stosowanie przepisów w pełnym zakresie w odniesieniu do wszystkich podmiotów planowo rozpocznie się dopiero 17 lutego 2024 r. Do tego czasu państwa członkowskie UE będą musiały wyznaczyć swoich koordynatorów ds. usług cyfrowych.
O tym, że kluczowe dla powodzenia reformy będzie podejście samych cybergigantów i innych internetowych pośredników objętych regulacją, pisała już w czerwcu zaangażowana w proces stanowienia przepisów Fundacja Panoptykon.
- To, czy firmy podejdą do tego zadania poważnie, czy będą jedynie pozorować zmiany, trzymając się kurczowo utartych ścieżek działania, wpłynie na doświadczenia ludzi korzystających z ich usług. W dalszej perspektywie to do użytkowników i użytkowniczek należeć będzie ocena, czy reforma osiągnęła swoje cele, czy też była tylko utopijnym projektem naprawy cyfrowego świata – oceniono.
Podobne stanowisko przedstawia również dr Greser, który podkreśla, że wiele tego typu przedsięwzięć zwyczajnie rozbija się o procedury. - My możemy wpisać do przepisów, że będziemy nakładać miliardowe kary, bo papier wytrzyma wszystko. To, jak będzie to wyglądać w praktyce, to zupełnie inna kwestia – podkreślił.
Jego zdaniem na razie trudno przewidzieć los nowego prawa. - Może to być kamień milowy, o którym za kilka lat będą się uczyć studenci prawa. Może też okazać się, że to po prostu jeden z setek aktów w tej sferze – powiedział.
Treść została opublikowana w ramach współpracy LRT.lt z EURACTIV.com.

