Wciąż pojawiają się nowe siedliska barszczu Sosnowskiego. Wilno i rejon wileński kontynuują zwalczanie tej inwazyjnej rośliny. Obecnie w stolicy skupiska barszczu Sosnowskiego występują na obszarze blisko 18 ha w około 100 miejscach. Wszystkie miejsca występowania rośliny można śledzić na stale aktualizowanej mapie, którą prowadzi stołeczny samorząd. - Można się poparzyć od wiosny do jesieni, a zdarzają się takie historie, że nawet uschnięte łodygi w odpowiednich warunkach termicznych mogą spowodować poparzenia – mówi w rozmowie z LRT RADIJAS Izabela Sachajdakiewicz z zespołu ekspertów portalu barszcz.edu.pl.
Skąd przybyła do nas ta inwazyjna roślina?
Do krajów byłych demoludów barszcze kaukaskie były sprowadzane głównie jako roślina paszowa. Były uprawiane w PGR-ach, ODR-ach i miały służyć jako baza do wyżywienia hodowanego tam bydła. Masowo sprowadzano je w latach 80-tych i 90-tych. Niestety, po zaniechaniu tej uprawy wszystkie osobniki nie zostały zniszczone, a więc zaczęły się rozprzestrzeniać. W tej chwili mamy z tym problem.
Jak barszcz Sosnowskiego się rozmnaża? Przez nasiona czy korzenie? Teraz widzimy na łąkach duże, białe parasole.
Barszcze rozmnażają się wyłącznie generatywnie, czyli przez nasiona. Problem polega na tym, że jeden osobnik może wytworzyć ogromną liczbę takich nasion. Mówi się, że standardowo to jest około 40-60 tys. nasion, ale zdarza się nawet 100 tys. na jednego osobnika. W związku z tym nawet jedna taka kwitnąca roślina może spowodować inwazję w nowe miejsce.

Przyjmuje się taką zasadę, że w Europie Centralnej i Wschodniej mamy do czynienia głównie z barszczem Sosnowskiego sprowadzanym na paszę. Natomiast w krajach zachodnich częściej ma się do czynienia z barszczem Mantegazziego. To taki gatunek, który był sprowadzany jako roślina ozdobna w parkach czy ogrodach. Z praktycznego punktu widzenia nie ma znaczenia, który z tych gatunków napotkamy. Są bardzo do siebie podobne i tylko wprawni botanicy mogą je rozróżnić. Po drugie, te gatunki mają jednakowe właściwości inwazyjne. Rozprzestrzeniają się na taką skalę, że wypierają rodzime gatunki roślin. Po trzecie, mają one jednakowe właściwości toksyczne. Nie ma tak naprawdę znaczenia, z którym z tych dwóch gatunków się spotkamy. Istotne jest, aby odróżnić je od innych gatunków, które mogą być z nimi mylone.
Jak walczyć z tą rośliną?
Ciągle szukamy skutecznego sposobu walki, bo nie ma jednego. Sprawa jest trudna. Potencjał inwazyjny, czyli skala, z jaką się rozmnażają, jest na tyle duża, że trzeba zawsze się nastawić na to, że walka z nimi w miejscach, gdzie są zadomowione, potrwa przez 7-8 lat. Przyjmuje się, że w ciągu takiego okresu nasiona, leżące w glebie, mają zdolność do przeżycia.
Walczy się na różne sposoby, sama jestem zwolenniczką metod mechanicznych: wykopywania, przecinania korzeni, karczowania ich. Nie warto stosować środków chemicznych, bo wiadomo, że ich skuteczność jest wątpliwa. Oczywiście, że metody chemiczne są brane pod uwagę, zawsze jednak zalecam, aby rozpatrywać je w kategoriach ostateczności. Nie możemy ograniczyć wpływu środków chemicznych w stu procentach.
Czyli najlepiej nie dopuścić do kwitnięcia?
Jak najbardziej. To jest zawsze priorytet, aby nie dopuścić do zakwitania, przy czym uczulam, że samo koszenie tych barszczy nie spowoduje ich obumierania. Kosząc barszcze, możemy często zapobiec wytworzeniu nasion, ale trzeba to powtarzać wielokrotnie, czyli co dwa tygodnie. Barszcze będą intensywnie chciały wydać nasiona.
Kiedy jest największe ryzyko poparzeń?
Ryzyko poparzeń jest przez cały czas takie same z punktu widzenia toksyczności rośliny. Nieznacznie wzrasta w momencie, kiedy barszcze kwitną. Nie jest tak, że są toksyczne wyłącznie w tym okresie. Można się poparzyć od wiosny do jesieni, a zdarzają się takie historie, że nawet uschnięte łodygi w odpowiednich warunkach termicznych mogą spowodować poparzenia. Należy pamiętać, że są dla nas niebezpieczne przez cały okres istnienia. Ryzyko się zwiększa razem z możliwością bliższego kontaktu. Najczęściej więc do oparzeń dochodzi w czasie letnim. To właśnie wtedy spędzamy najwięcej czasu w otoczeniu przyrody, więc możliwe, że po prostu przypadkowo się na niego natkniemy. Okres wakacyjny pokrywa się z okresem kwitnienia. Wtedy jesteśmy w stanie wychwycić te barszcze w otoczeniu. Być może osoby nieświadome, które nie wiedzą, że takie ryzyko istnieje, mogą z ciekawości podejść do barszcza i tak zwiększyć ryzyko oparzeń.

Jakie mogą być skutki oparzeń? Dotyczy to ludzi czy też zwierząt?
Zagrożeni są ludzie i zwierzęta. Psy, konie czy koty mają takie oparzenia. Głównym mechanizmem działania barszczy jest obniżenie odporności skóry na słońce i promieniowanie UV. Do tych poparzeń nie dochodzi bezpośrednio po kontakcie. Dopiero wtedy, kiedy skóra, która miała kontakt z sokiem, zostanie wystarczająco napromieniowana, dojdzie do nich. Gdy dojdzie do takiego kontaktu, jak najszybciej trzeba przemyć skórę wodą z mydłem i osłonić ją od działania promieni UV. Można też zastosować krem z wysokim filtrem UV.
Jakie są objawy poparzeń?
Te tzw. odbarszczowe poparzenia nie są na tyle specyficzne, aby można było je jednoznacznie kojarzyć wyłącznie z barszczami. Jest kilka gatunków roślin, które tak samo mogą spowodować fotodermatozy. U każdej osoby mogą się różnić - może być mrowienie na skórze, wysypka, jak też bąble, zaczerwienienia, reakcje alergiczne. W przypadku zauważenia takich obrażeń należy jak najszybciej się zgłosić do lekarza.
Czy były notowane przypadki śmiertelne?
W Polsce mamy odnotowany jeden taki przypadek, w którym winowajcą został okrzyknięty barszcz Sosnowskiego. Było to w bodajże 2014 r., kiedy w szpitalu w Siemianowicach Śląskich zmarła kobieta. Nie ma szczegółowych informacji o tym, jaki był bezpośredni wpływ barszczy na zgon. Wiadomo, że stopień poparzenia był duży, ale zmarła miała też poważne choroby współistniejące, obniżoną odporność, problemy oddechowe i krążeniowe. Trudno jest więc jednoznacznie stwierdzić, o ile zgon był spowodowany barszczami, a o ile te poparzenia po prostu przyczyniły się do pogorszenia stanu zdrowia.

Pobyt w szpitalu zdarza się jednak często.
Na pewno się zdarza, ale na ile często, trudno odpowiedzieć. Objawy poparzeń nie są o tyle charakterystyczne, abyśmy mogli tak jednoznacznie odróżnić, czy do nich doszło na skutek poparzeń w kontakcie z barszczem, czy z innymi roślinami. W Polsce nie prowadzi się takich statystyk, które pozwalają na jednoznaczną odpowiedź na dane pytanie. Obrażenia dermatologiczne są notowane wspólnie. Z całą pewnością do takich oparzeń dochodzi i konsekwencje tego również mogą być różne. W Polsce był przypadek amputacji kończyny na skutek oparzenia bądź niewłaściwego leczenia.
To nie jest tak, że każda osoba po kontakcie z barszczami będzie mocno poparzona. Są osoby, które mają o tyle wysoką odporność, że w ogóle nie doznają żadnych objawów. Najbardziej zagrożone są osoby o delikatnej skórze, dzieci, alergicy, zwłaszcza w upalną pogodę. Duża parność powietrza sprzyja tym reakcjom. Ostrożność w kontakcie z różnego rodzaju roślinami jest więc jak najbardziej wskazane.
Jak jest ze zwierzętami? Jak możemy się zorientować, że zostały poparzone?
U psów poparzeniom najczęściej ulegają pyski, bo mają one kontakt z roślinami. Zwierzaki po prostu wbiegają na łąki, coś wąchają. Ma to związek również z tym, że często pyski mają jaśniejsze ubarwienie. W danym wypadku ma znaczenie część i barwa ciała. Wiadomo, że ludzie, którzy mają ciemniejszą karnację, są bardziej uodpornieni na promienie UV. Osoby o jaśniejszej skórze odczuwają znacznie większe zagrożenie.
W Polsce był odnotowany przypadek poparzonego konia. Te części, które były jaśniej umaszczone, uległy oparzeniom. Części, które były ciemnobrązowe, nie doznały obrażeń. Oczywiście, że właściciele zwierząt muszą pilnować, gdzie przybywają ich zwierzaki, szczególnie, jeżeli jest to przestrzeń nieznana. Objawy w zasadzie są takie same, jak i w przypadku poparzeń ludzkich.
Jeśli mają państwo wątpliwości, czy wykryta roślina jest niebezpieczna, koniecznie należy skonsultować się ze specjalistą. W przypadku zaobserwowania roślin inwazyjnych należy poinformować Samorząd Miasta Wilna piszą na: emilis.tamosiunas@vilnius.lt





