- Wyobraźcie sobie – idę, próbuję wszystkich zjednoczyć, ale tutaj wychodzi jedna siła i krytykuje tych, którzy mają większość, mimo że praca jeszcze się nie rozpoczęła – mówił w wywiadzie LRT.lt Robert Duchniewicz, mer rejonu wileńskiego z ramienia socjaldemokratów. W rozmowie z portalem skomentował on również presję po zwycięstwie w wyborach i plotki, że w samorządzie „polecą głowy”.
8 czerwca w samorządzie zostało podpisane porozumienie koalicyjne. - Na początku było niemało emocji, partii rządzącej naprawdę trudno było się pogodzić z przegraną. Widzieliśmy, że były też skargi do sądu, ale oczywiście są to zwykłe procedury prawne. Jeśli ktoś zna proces organizacji wyborów, to prawdopodobnie używałby tych samych narzędzi, sam bym tak zrobił. Wydawało mi się, że powinniśmy się uspokoić i wtedy będzie można rozmawiać, bo mamy do czynienia z nietypową sytuacją. Wygrałem wybory mera, a AWPL-ZChR zdobyła większość w radzie. Zdając sobie sprawę, że taka jest wola wyborców, staram się nie siać zniszczenia - stwierdził mer.
W niektórych momentach socjaldemokraci musieli pójść na kompromis, przyznaje Duchniewicz. - Ustaliliśmy opłatę za obowiązki sołtysa w wysokości 0,2 od średniego miesięcznego wynagrodzenia. Aktywność sołtysów jest bardzo ważna, zwłaszcza na wsiach, ponieważ jest to bezpośredni głos mieszkańców samorządu. Zdarzały się przypadki, gdy ludzie nie mieli numeru telefonu sołtysa, a on z kolei nie posiadał środków finansowych, z wyjątkiem 50 euro rocznie, na zakup telefonu. AWPL-ZChR zaproponowała mechanizm rekompensat, a ja pomyślałem, że samorząd mógłby wręczyć telefony. Ponieważ Litwą wstrząsnęła tak zwana afera „paragonowa”, krytycznie spojrzeliśmy na pomysł mechanizmu rekompensat. Musieliśmy jednak ustąpić w tej sprawie, bo projekt już ruszył - tłumaczył socjaldemokrata.
Następnym krokiem było wyjaśnienie niektórych punktów programowych. - Mówimy o rozwoju sportu profesjonalnego na Wileńszczyźnie – piłki nożnej, koszykówki itp. Planowaliśmy powstanie drużyn o najwyższej randze, ale trzeba było porzucić ten pomysł, ponieważ nie wiedzieliśmy, czy uda się nam się tego dokonać. Moje ambicje były wyższe, ale postawiliśmy przed sobą zadanie bez ostatecznego konkretnego celu - stwierdził rozmówca.

Duchniewicz oznajmił, że uzgodnienie pozostałych punktów poszło w miarę gładko. - Zmieniliśmy akcenty, na przykład, dotyczące rozszerzenia się Gimnazjum w Pogirach, bo widzimy, że potrzebne są zmiany w tej placówce. Widzimy też, że przez długi czas w rejonie wileńskim nie była podejmowana kwestia rekompensat dla rodzin, których pociechy nie otrzymały miejsc w przedszkolach. Będziemy zabiegali o nie, bo nie wolno nam pchać ludzi do Wilna, gdzie takie rekompensaty istnieją. Chcemy wprowadzić tzw. kartę mieszkańca rejonu, AWPL-ZChR też miała w planach taki projekt. Jest również zgoda co do dróg, które należy wyremontować - zapewnił Duchniewicz.
- Możemy obalić mit, że aby coś osiągnąć, należy być związanym z AWPL-ZChR. Kiedy mnie pytają o nepotyzm czy coś w tym rodzaju, odpowiadam, że sytuacja jest przynajmniej trochę podobna we wszystkich samorządach. Przynależność do konkretnej partii nie jest problemem, ale jeśli protekcja opiera się wyłącznie na tym, nie będę popierał takich rzeczy. Nie będę angażował się w polowanie na wiedźmy. Ludzie pracują i jeśli dobrze wykonują swoje obowiązki, to na pewno będą pracowali dalej - podkreślił mer.

Duchniewicz skomentował również „aferę paragonową“ i wydatki przedstawicieli samorządu. – Nie wiem, jak w końcu będzie u nas. Poproszę o audyt, jak to wyglądało w poprzednim roku, abyśmy mogli ocenić, co jest nie tak. Zaletą dla rejonu jest to, że sumy nie były tak wysokie. Byłem zaskoczony poziomem rekompensat w innych miastach. U nas, przynajmniej z tego co wiem, najczęściej były deklarowane wydatki na paliwo. Teren rejonu jest duży, a zatem odszkodowania wynosiły najpierw 150 euro, potem 200 euro, a pod koniec kadencji 250 euro. Prawdopodobnie nie jest tego tak wiele, jeśli można to uzasadnić – tłumaczył.
Zapytany o kwestie oświaty w rejonie, Duchniewicz odpowiedział, że „jest to bolesne pytanie“. – Jestem zwolennikiem zachowania dzisiejszej sieci szkół, zwłaszcza na odległych terenach wiejskich, ponieważ jest to główny ośrodek życia i kultury. Martwi mnie jednak jakość nauki, która, jak wiemy, jest w niektórych miejscowościach godna ubolewania. To chyba nawet nie zasługa władz politycznych, ale wieloletnia bezczynność i zaniedbanie. Szkoły, które są bardziej oddalone od stolicy mają gorszy poziom niż te, które znajdują się bliżej stolicy. Celem jest osiągnięcie przynajmniej średniego poziomu. Inna sprawa to sytuacja geopolityczna – skomentował.
Czytaj również
Mer odniósł się również do projektu dotyczącego polityki języka państwowego, a także zawartych w nim stwierdzeń dotyczących poziomu znajomości języka litewskiego wśród przedstawicieli mniejszości narodowych. - Po ukończeniu niektórych szkół znajomość litewskiego może być nawet lepsza niż u Litwinów. Ważne są również zdolności i osobowość. Inna sprawa to nauczanie w szkołach i środowisko. Dlatego nigdy nie popierałem stanowiska niektórych prawicowców, że język litewski jest gorzej wykładany w szkołach mniejszości narodowych. Przykłady Łotwy i Estonii, gdzie władze rezygnują z placówek mniejszości narodowych są złe - stwierdził.




