Naujienų srautas

Wiadomości2023.08.01 14:06

Polscy eksperci: zajęcie przesmyku suwalskiego przez wagnerowców jest niewykonalne

Anna Grigoit, LRT.lt 2023.08.01 14:06

Do Grodna na Białorusi, w okolice przesmyku suwalskiego, przybyło ok. 100 najemników rosyjskiej Grupy Wagnera. Premier Polski Mateusz Morawiecki powiedział, że obecna sytuacja jest niepokojąca. Militarni eksperci z kolei twierdzą, że obawy są nieuzasadnione.

LRT.lt przypomina, że jeszcze niedawno zastępca ministra koordynatora służb specjalnych i pełnomocnik rządu ds. bezpieczeństwa przestrzeni informacyjnej RP Stanisław Żaryn zapewniał, że jakieś konkretne działania czy forsowania ciężkim sprzętem naszej granicy są mało prawdopodobne, że należy zachować spokój i nie wzbudzać niepotrzebnej paniki. Po kilkunastu godzinach premier Polski wystąpił z zupełnie z inną narracją.

Płk. rezerwy z Instytutu Bezpieczeństwa Społecznego, były dowódca Zespołu Bojowego Grom, uczestnik działań specjalnych i misji zagranicznych Andrzej Kruczyński, legendarny oficer o pseudonimie „Wódz" twierdzi, że grupa z 100 czy 500 osób jest absolutnym „Pikusiem” w porównaniu z poziomem bezpieczeństwa na terytorium objętych ochroną NATO.

- To, co obecnie się dzieje w polskiej przestrzeni publicznej jest dużą skrajnością. Nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek chciał przekroczyć granicę i próbować zrobić coś na naszym terytorium - twierdzi Kruczyński.

Tłumaczy, że nie jest to typowy rajd, kiedy wagnerowcy z Ukrainy przemieszczali się na samochodach pancernych oraz z różnego rodzajem wsparcia w kierunku Moskwy.

- Tu musieliby granicę przekroczyć na nogach, posiadać całe zaopatrzenie w plecakach, założyć jakąś bazę, przeżyć ten okres. Jest to po prostu awykonalne. Są to zadania dla typowych sił specjalnych, ale które zęby zjadły na tego typu operacjach. Na świecie istnieje zaledwie kilka takich jednostek, które byłyby w stanie namieszać po drugiej stronie, na pewno nie wagnerowcy – przekonuje „Wódz”.

Dodaje, że Grupa Wagnera „to banda degeneratów i kryminalistów”.

- W żaden sposób nie są dla nas zagrożeniem. Trzeba przyglądać się sytuacji ze stoickim spokojem i robić swoje. Możemy nawet jeszcze bardziej wzmocnić granicę, ale bez manifestowania czy gloryfikowania wcześniejszych wyczynów czy siania ziarna niepokoju. Musimy robić swoje, współpracować z innymi i połączyć siły i środki. Przypominam, że wojska amerykańskie są też u nas – tłumaczy pułkownik.

Rozmówca wypowiedź Morawieckiego ocenia jako „dziwną i niepoważną”.

- Po takich zapowiedziach premiera oczywistym jest, że niektórzy będą przejęci. Rządzący grają w jakiś dziwny sposób. Prawdopodobnie wybory, które są w tle, odgrywają tu też jakąś rolę. Próbują wykorzystać zaistniałą sytuację na swój własny sposób. Jest to niepoważne. Jesteśmy dużym krajem z całkiem niezłą armią, może jeszcze daleką od ideałów, ale mamy rzeczywiście czym się pochwalić, ciągle budujemy te struktury. Mamy nasze siły specjalne na bardzo niezłym poziomie. Nie jest tajemnicą, że wojska specjalne są również przy wschodniej granicy, bo muszą tam być, gdyż nawet wśród uchodźców, którzy chcą przekroczyć granicę, mogą trafić się jacyś wytrawni gracze, którymi trzeba będzie w odpowiedni sposób zająć – mówi Kruczyński.

- Trzeba się zastanowić co chce się powiedzieć, żeby taka dwuznaczna narracja nie poszła w świat, jak stało się tym razem, żeby nie zabrzmiało trochę śmiesznie i niepoważnie. Trzeba powiedzieć też, że również dowódcy, nasi generałowie, przyjęli tę wypowiedź premiera z lekkim niesmakiem. Jak można mieć obawy przed grupką 100, 200 czy 300 osób? – dziwi się pułkownik.

Kruczyński przekonuje, że ten teren jest pod jurysdykcją Polski, a władzy mają wgląd w to, co się dzieje przy granicy.

- Jestem bardziej niż przekonany, że nie damy się zaskoczyć, a żywot takich, którzy by zaryzykowali spróbować coś zrobić, byłby naprawdę krótki. Jesteśmy w stanie zapanować nad sytuacją zaledwie w przeciągu kilkudziesięciu minut – mówi wojskowy.

Dodaje, że wagnerowcy na Białorusi już wkrótce będą też mieć swoje problemy, gdyż nie mają konkretnej roboty.

- Mówi się o szkoleniu armii białoruskiej, rozumiemy, że to zupełnie nie jest ten poziom, w żaden sposób nie będą eksplodować siebie, swoje siły i środki do szkolenia armii białoruskiej. A jak dalej będą bezrobotni, zaczną przychodzić im do głowy różne głupie pomysły. Banalna codzienność z dnia na dzień robi się coraz niebezpieczniejsza dla wszystkich dookoła – mówi Kruczyński.

- Należałem do rasowych sił specjalnych i z własnego doświadczenia z różnych zakątków świata wiem, że jeżeli jest praca, jest zajęcie, głupie pomysły do głowy nie przychodzą. Zupełnie inaczej zaś jest, jeżeli czasu wolnego za dużo. Jeśli jeszcze gdzieś się pojawi alkohol, a wśród tych zbrodniarzy on na pewno się pojawia, jeżeli pojawiają się tam narkotyki, a nie wierzę, żeby ich tam nie było, cała sytuacja może w moment lekko wymknąć spod kontroli. Odbije się to poważną czkawką wielu białoruskim mieszkańcom – przestrzega Kruczyński.

Twierdzi, że jedynym wyjściem dla wagnerowców jest jak najszybsze zorganizowanie się. - Muszą zalizać rany, zrobić jakiś trening i przedostać się w kierunku afrykańskim. Tam wzięcie na pewno znajdą. Jeżeli będą mieli do wyboru alternatywę – pchać się tutaj na kierunku polskim czy afrykańskim, to na 99,9 proc. z pocałowaniem ręki udadzą się do Afryki – mówi Kruczyński.

Pułkownik przyznaje, że oczywistym jest, iż zagrożenie istnieje. Zaznacza natomiast, że zbudowany płot, na który Polska wydała ogromną sumę pieniędzy dziś „absolutnie się nie sprawdza”. - Trzeba przyznać to z bólem. Pomimo wdrożonej elektroniki i kamer, migranci dalej świadomie przekraczają granicę nawet w kilkunastu miejscach. Nie można strażą obstawić każdy metr granicy. Dziennie tą barierę przekracza około 150 osób i tylko połowę z nich udaje się zatrzymać – mówi Kruczyński. Dodaje, że najemnicy Wagnera raczej nie będą korzystać z tej praktyki, ponieważ są świadomi konsekwencji.

Podobnie sądzi również Marek Meissner, analityk militarny ISB News.

- Owszem zagrożenia są. Wagnerowcy na Białorusi szkolili straż graniczną i oddziały operacji specjalnej, co może oznaczać próby prowokacji na granicy polskiej czy litewskiej. Może to oznaczać ostrzelanie patroli, snajpera, który może celowo zranić żołnierza. Wagnerowcy nauczyli się operować dronami zarówno w Syrii, jak i na wojnie z Ukrainą. Wiemy, że Polska i Litwa poprosiły o pomoc NATO w kwestii rozpoznania. Działania na spory zasięg w głąb Białorusi są już dokonywane. Nie sądzę, że jakakolwiek siła zbrojna mogła tak sobie przedostać do Polski czy na Litwę – mówi Meissner.

Zapytany jak można wytłumaczyć rozbieżność w narracji rządzących RP, Meissner mówi: „zwyczajnie nie dogadali się”.

- Miało to być polityczne złoto, które okazało się tombakiem. Sondaże partii rządzącej się nie poprawiły, a wręcz odwrotnie. Premier jest nieco ośmieszony. Jak się mówi w polskim języku politycznym: miał być polityczny wybuch, a wyszedł mokry kapiszon – śmieje się rozmówca.

- Notowania partii rządzącej oględnie mówiąc nie są najlepsze. Dlatego trzeba znaleźć jakiś temat, który się „zeżre”. Niestety, ale i ten temat, jak widzimy, nie zażarł, zrobił się farsowy. Gdyby patrzeć na to ze strony spektaklu politycznego, to on czasem był groteską – przyznaje analityk militarny.

Wyjaśnia, że 100 wagnerowców zrobiło się argumentem przetargowym, który miał wskazać na to, że Polska strona podjęła się działań, ochrony granicy, że „nie boimy się tej setki zbrodniarzy”.

Dodaje, że nawet Prigożyn niedawno oficjalnie powiedział, że nie rekrutuje Białorusinów, a większa część wagnerowców na pewno wkrótce przeniesie się do Afryki.

- Na Białorusi zostanie z pewnością około 1000 osób, żeby ciągle podsycać strach i siać niepokój, co jakiś czas doprowadzać do jakichś prowokacji i podtrzymywać stan zamieszania. Dlatego musimy mieć oko na granicy i pilnować. Nie róbmy jednak z tego jakiegoś fetysza typu: „nadchodzą” – mówi Meisser.

- Z tej setki kryminalistów zrobiono niemal, że Spartan. To jest katastrofalne. Owszem to są ludzie, którzy przeszli dobrą szkołę wojenną w Ukrainie, ale nie należy ich odbierać jako elitę wojskową. Są na równi średniej jakości piechocie zmechanizowanej. Podkreślam, jest to lekka piechota. Całe swoje ciężkie uzbrojenie zdali przed miesiącem – tłumaczy Meisser. Podkreśla, że szturm granicy nie jest możliwy.

LRT has been certified according to the Journalism Trust Initiative Programme

Najnowsze, Najchętniej czytane