Wielonarodowy Korpus Północno-Wschodni (MNC NE) osiągnął zdolność bojową – to ważny krok w kierunku wzmocnienia wschodniej flanki NATO i systemu bezpieczeństwa regionu. Dla Litwy oznacza to nie tylko obecność struktur Sojuszu, ale także rosnącą rolę w ich współtworzeniu. Co to zmienia w praktyce – i czy rzeczywiście przekłada się na większe bezpieczeństwo? – Odstraszanie działa, ale tylko wtedy, gdy nie uznajemy go za zakończone – twierdzi w rozmowie z LRT.lt dowódca MNC NE, generał broni Dariusz Parylak, który w ubiegłym tygodniu przebywał na Litwie. I podkreśla, że bezpieczeństwo to proces, który wymaga stałej uwagi i dostosowania do zmieniającego się pola walki.
Po trzech latach przygotowań Wielonarodowy Korpus Północno-Wschodni (MNC NE) 12 marca uzyskał certyfikację NATO Warfighting Corps – potwierdzającą gotowość do działania w pełnoskalowym konflikcie. To jeden z najważniejszych sprawdzianów systemu dowodzenia na wschodniej flance Sojuszu.
Dla Litwy ma to bardzo konkretny wymiar. Jesienią 2024 roku Wilno podpisało list intencyjny, by dołączyć do grona państw ramowych MNC NE – obok Niemiec, Danii i Polski. Korpus, dowodzony ze Szczecina przez gen. broni Dariusza Parylaka, w razie kryzysu odpowiadałby za koordynację działań obronnych w regionie.
Taki status wiąże się z większym wpływem na decyzje NATO, możliwością włączenia tworzonej litewskiej dywizji do jego struktur oraz obecnością własnych oficerów w sztabie.
Co to oznacza w praktyce – nie tylko dla wojskowych, ale dla bezpieczeństwa mieszkańców regionu?
O tym rozmawiamy z gen. broni Dariuszem Parylakiem – o odstraszaniu jako procesie, o realnych granicach reakcji państwa w czasie pokoju i o tym, jak zmienia się współczesne pole walki.
Korpus bojowy – co naprawdę się zmieniło
– Co certyfikacja Warfighting Corps oznacza dla bezpieczeństwa regionu?
– Zacznę od samego tłumaczenia, bo ono nie jest oczywiste. „Warfighting Corps” najprościej przełożyć jako korpus bojowy. I od razu pojawia się pytanie: czy wcześniej nie byliśmy bojowi? Czym różnimy się od innych?
W Europie jest kilkanaście korpusów jako dowództw, ale tylko część z nich ma realnie przypisane siły i konkretne kompetencje operacyjne. Nasz korpus przez lata był dedykowany przede wszystkim do integracji i szkolenia w regionie – Polski, Litwy, Łotwy i Estonii. To była i jest ważna misja, w swojej istocie pokojowa.
Doświadczenia z Ukrainy pokazały jednak bardzo wyraźnie, że same zdolności szkoleniowe nie są wystarczające. To nie jest silny argument w procesie odstraszania.

Dlatego w ostatnich trzech latach konsekwentnie budowaliśmy zdolność do działania w środowisku wojennym – w pełnym tego słowa znaczeniu. To oznacza wyjście poza klasyczne dowodzenie wojskami lądowymi i przygotowanie do operacji wielodomenowych.
Nie działamy przecież na bezludnej wyspie. Współczesne pole walki to synergia – współdziałanie z siłami powietrznymi, marynarką wojenną, wojskami specjalnymi, a także komponentem cyberprzestrzeni. W naszym regionie to szczególnie istotne – mamy dostęp do morza, a domena powietrzna od dawna jest kluczowym elementem wsparcia działań na lądzie.
To nie był jeden przełomowy moment ani jedno ćwiczenie. To był proces – kilka lat pracy, dziesiątki ćwiczeń, warsztatów, zmian strukturalnych. Stopniowo zwiększaliśmy zdolności sztabu i dostosowywaliśmy strukturę do realnych wyzwań.
Finałem było ćwiczenie certyfikujące. Bardzo wymagające – po raz pierwszy działaliśmy w tak gęstym i złożonym środowisku. Oprócz przeciwnika scenariuszowego pojawiły się także systemy oparte na sztucznej inteligencji, które są bezwzględne – nie reagują na emocje, tylko na fakty. To było duże wyzwanie dla sztabu.
Oceny przełożonych są dla mnie satysfakcjonujące, choć ja zawsze szukam w nich przede wszystkim tego, co jeszcze trzeba poprawić.
Natomiast nie wydarzyło się nic „magicznego”. Dalej robimy swoją żołnierską robotę – tylko robimy ją sprawniej i z przekonaniem, że osiągnęliśmy poziom zdolności, który pozwala nam iść dalej.
Litwa coraz bliżej rdzenia NATO
– Jesienią 2024 r. Litwa podpisała list intencyjny w sprawie rozpoczęcia rozmów o uzyskaniu statusu czwartego kraju ramowego MNC NE. Na jakim etapie jest dziś ten proces?
– Ten proces opiera się na dwóch filarach. O tym politycznym nie chciałbym się wypowiadać jako żołnierz, więc skupię się na wojskowym.
Z wojskowego punktu widzenia ten proces już się dzieje. Litwa zadeklarowała udział w strukturach dowództwa korpusu – oficerowie i podoficerowie stopniowo zasilają sztab, żeby być bliżej procesu dowodzenia. Część z nich już pełni funkcje, w tym na poziomie kierowniczym, a kolejni są w trakcie szkoleń w kraju i za granicą.

Tego nie da się znacząco przyspieszyć – jesteśmy przyzwyczajeni do tzw. „cierpliwości wojskowej”. Zakładamy, że w pierwszym półroczu zakończy się cykl szkoleniowy i latem kolejna grupa oficerów pojawi się w strukturach korpusu.
Drugim elementem są jednostki wojskowe. Brygada „Żelazny Wilk” formalnie wyszła z podporządkowania Dywizji Północny Wschód 31 grudnia, ale faktycznie pozostaje w tym samym systemie.
Kluczowym krokiem będzie pełne ukonstytuowanie litewskiej dywizji, która przejmie jednostki i zostanie podporządkowana korpusowi.
To jednak proces – obejmuje budowę dowództwa, rozwój zdolności, szkolenie i zakupy sprzętu. Tego nie da się zamknąć w jednej dacie. Z mojej perspektywy wszystko przebiega zgodnie z przyjętym harmonogramem.
Jeśli chodzi o stronę formalną, w ubiegłym roku podpisano decyzję przez szefów sztabów generalnych wszystkich czterech państw. To w praktyce zamknęło wojskowy etap uzgodnień. Obecnie trwają prace nad porozumieniami i rozwiązaniami prawnymi – i to one w naturalny sposób spowalniają cały proces.
My natomiast działamy tak, żeby to wejście było płynne. Dowództwo litewskiej dywizji już teraz uczestniczy w szkoleniach, odprawach i planowaniu. W wojsku nie wygląda to tak, że „otwierają się drzwi i ktoś wchodzi do szyku”. Żeby to zadziałało, trzeba być w tym systemie wcześniej.
Z mojej perspektywy nie widzę zagrożeń. Proces postępuje – choć trudno dziś wskazać konkretną datę jego zakończenia.

– Jak ocenia Pan realną gotowość państw bałtyckich do działania w jednym systemie dowodzenia w warunkach kryzysu? Co ćwiczenia takie jak Griffin Lightning pokazały w praktyce?
– Zdolności to nie jest coś, co po prostu powstaje i już jest. To proces – nabywamy je, podtrzymujemy i rozwijamy. Wszystko zależy od ambicji i konsekwencji.
Ćwiczenia takie jak Griffin Lightning miały przede wszystkim jeden cel: integrację operacyjną sił NATO z jednostkami narodowymi. I to słowo – integracja – jest tutaj kluczowe.
Weźmy przykład Litwy. Mamy rozwijającą swoje skrzydła brygadę niemiecką, która nie tylko buduje swoje zdolności, ale też aktywnie szkoli się z żołnierzami litewskimi. Mamy brygadę „Żelazny Wilk”, która jeszcze niedawno współpracowała w swojej strukturze z batalionem belgijskim. To są konkretne przykłady realnej integracji.
Ale tego nie da się zadekretować rozkazem. Nie wystarczy powiedzieć: od jutra działamy razem. Każda armia ma swoją kulturę działania, swoje procedury, własny sprzęt i sposób postrzegania pola walki. Żołnierz z Niemiec, Belgii czy Kanady operuje innymi narzędziami – i to wszystko trzeba ze sobą pogodzić.
Nie możemy tworzyć oddzielnych „księstw” – osobno sił NATO, osobno narodowych, osobno terytorialnych. Rolą dowództwa jest to wszystko połączyć i osiągnąć mechanizm albo efekt synergii.
Dowódca MNC NE, generał broni Dariusz Parylak
Tego nie da się nauczyć z książek. To można wypracować tylko w praktyce – poprzez wspólne ćwiczenia.
Dlatego zmieniliśmy podejście. Wcześniej jednostki NATO szkoliły się głównie w swoich strukturach. Dziś coraz mocniej stawiamy na wspólne szkolenie z siłami narodowymi – i to jest realny postęp.
Kolejnym krokiem, który już widzę na horyzoncie, jest włączenie do tego procesu wojsk obrony terytorialnej. One funkcjonują trochę w swoim własnym systemie, mają swoją specyfikę. Połączenie tego komponentu z resztą sił to jedno z większych wyzwań.
Ostatecznie chodzi o to, żeby wszyscy „mówili jednym językiem” – nie w sensie dosłownym, lecz operacyjnym. Żeby się rozumieli na polu walki i wiedzieli, że są od siebie zależni.

Nie możemy tworzyć oddzielnych „księstw” – osobno sił NATO, osobno narodowych, osobno terytorialnych. Rolą dowództwa jest to wszystko połączyć i osiągnąć mechanizm albo efekt synergii.
Testowanie granic pokoju
– Czy obecny poziom odstraszania naprawdę nas chroni – czy to wciąż za mało, by mówić o realnym bezpieczeństwie?
– Jest to trochę podchwytliwe pytanie, bo najprostsza odpowiedź brzmi: skoro nie mamy konfliktu, to znaczy, że system działa.
Jeśli wojna w Ukrainie nie przeniosła się na wschodnią flankę NATO, to mechanizm odstraszania spełnia swoją rolę.
Ale trzeba jasno powiedzieć: odstraszanie to nie jest narzędzie, które się „włącza” i temat jest zamknięty. To efekt – rezultat wielu działań, także militarnych, prowadzonych w czasie pokoju.
Dlatego nie możemy sobie pozwolić na moment wytchnienia. To nie jest coś, co zostało zrobione raz na zawsze.
Jeżeli ktoś w mundurze mówi, że „temat odstraszania mamy zamknięty”, to jest to po prostu błędne myślenie. Odstraszanie to proces, w którym cały czas jesteśmy.

– W ostatnich miesiącach Litwa mierzyła się z incydentami w przestrzeni powietrznej – od dronów, balonów zakłócających funkcjonowanie lotnisk po inne ataki hybrydowe. Czy odstraszanie działa również wobec zagrożeń poniżej progu otwartego konfliktu?
– Musimy zacząć od jednej podstawowej rzeczy: jesteśmy w czasie względnego pokoju – nawet jeśli niektórzy nazywają go inaczej.
Siły zbrojne działają dziś w określonym reżimie prawnym i poziomie gotowości. A oczekiwanie społeczne jest często takie, że wszystko, co zbliża się do granicy, powinno zostać natychmiast zneutralizowane. W czasie pokoju to tak nie działa.
Incydenty, o których mówimy, mają ograniczoną skalę. To nie są działania ofensywne, tylko w dużej mierze testowanie naszych zdolności. Testy prowadzone dokładnie na granicy tego, co można zrobić bez przekroczenia progu konfliktu.
I my również musimy działać na tym samym poziomie – reagować adekwatnie do sytuacji czasu pokoju.
Z perspektywy obywatela może to wyglądać jak reakcja niewystarczająca. Ale na przykład balon nie stanowi bezpośredniego zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa. Natomiast każda nasza reakcja – szczególnie użycie systemów obrony przeciwlotniczej – dostarcza naszym adwersarzom wiedzy o tym, jak działamy.
Dlatego nie zawsze jest zasadne pokazywanie wszystkich naszych możliwości.
Systemy wykrywania działają – wiemy o tych obiektach. Natomiast decyzja, czy i w jaki sposób reagować, nie należy wyłącznie do wojska. Zapada na poziomie politycznym.
I tu pojawia się coś, co dla wielu jest trudne do zaakceptowania – pewna bezwładność decyzyjna. Ona wynika z tego, że funkcjonujemy w warunkach prawa czasu pokoju, a nie wojny, gdzie kompetencje sił zbrojnych są znacznie szersze.

– Czy tego typu incydenty są również przedmiotem uwagi NATO?
– Żaden z tych incydentów nie jest ignorowany. Są analizowane, również na poziomie dowódczym NATO – bierzemy je pod uwagę i dyskutujemy.
Z wojskowego punktu widzenia oczywiście najlepiej byłoby neutralizować je już przy samej granicy. I część z nich rzeczywiście jest w ten sposób traktowana – skutecznie. Mówię to także w oparciu o wiedzę, jaką mam na temat funkcjonowania polskiego systemu bezpieczeństwa.
Ale nie wszystkie. W niektórych przypadkach, przy bardzo niskim poziomie zagrożenia, podejmowana jest świadoma decyzja, by nie reagować w sposób aktywny.
Trzeba pamiętać, że mówimy o incydentach – działaniach ograniczonych skalą. Gdyby ta skala zaczęła rosnąć, istnieją odpowiednie narzędzia i procedury, a decyzje zapadają na poziomie NATO.
My funkcjonujemy w strukturze zhierarchizowanej – działamy w oparciu o wytyczne i decyzje Sojuszu.
Bezpieczeństwo ma swoją cenę
– Planowany poligon w Kopciowie budzi lokalne kontrowersje, choć jego lokalizacja ma znaczenie strategiczne. Czy dziś infrastruktura szkoleniowa staje się równie ważna jak sprzęt wojskowy? I czy w obecnej sytuacji geopolitycznej można mieć „za dużo” poligonów?
– Posłużę się przykładem z Polski. Był moment transformacji, kiedy redukowaliśmy siły zbrojne i uznano, że mamy za dużo poligonów. Rozpoczęto ich likwidację – często w bardzo atrakcyjnych lokalizacjach, które szybko przejęły władze lokalne.
Po latach sytuacja bezpieczeństwa się zmieniła. Zaczęliśmy odbudowywać zdolności, tworzyć nowe jednostki – i nagle okazało się, że brakuje nam przestrzeni do szkolenia. Co więcej, rozwój technologii sprawił, że dotychczasowe poligony stały się po prostu za małe. Zasięgi artylerii znacząco wzrosły, a ograniczenia bezpieczeństwa nie pozwalają dziś w pełni wykorzystać nowoczesnych systemów uzbrojenia.
Jednocześnie wokół dawnych poligonów pojawiła się zabudowa cywilna. Dziś bardzo trudno powiedzieć: likwidujemy wsie, bo potrzebujemy miejsca do strzelań.
To pokazuje jedno: coś, co raz zlikwidujemy, bardzo trudno później odtworzyć.

Dlatego dziś, także w Polsce, szuka się nowych terenów i odbudowuje infrastrukturę szkoleniową. Jest ona niezbędna – nie tylko dla liczebnie większych sił, ale przede wszystkim dla nowoczesnych systemów walki.
Litwa stoi przed bardzo podobnym dylematem. Buduje nowe zdolności, rozwija artylerię, tworzy kolejne jednostki. Pojawia się pytanie: czy wystarczy rozbudować istniejące poligony, czy trzeba tworzyć nowe.
Druga kwestia – trzeba powiedzieć to wprost: szkolenie wojsk i wszystko, co wiąże się z poligonem, jest uciążliwe dla mieszkańców. I to jest bezdyskusyjne.
Jeśli zapada decyzja o budowie poligonu, to nie jest ona przypadkowa. To jest proces przemyślany – zarówno pod względem wojskowym, jak i geograficznym.
Dowódca MNC NE, generał broni Dariusz Parylak
Kiedy się pojawiamy, mówiąc kolokwialnie, robimy sporo zamieszania. Jesteśmy głośni, nie dajemy ludziom spać. Kiedy oni śpią – my strzelamy. Kiedy się budzą – my dalej strzelamy. I tak bez końca.
Z drugiej strony każdy, kto słyszy strzelające czołgi czy wyrzutnie rakiet, ma świadomość, że to wszystko służy jego bezpieczeństwu.
Jest jeszcze jeden element, o którym rzadziej się mówi: to także miejsca szkolenia wojsk NATO. Coraz większych sił. Wkrótce w regionie osiągnie pełną gotowość niemiecka brygada licząca 5 tysięcy żołnierzy – i oni muszą się szkolić każdego dnia. Tego nie da się zrobić wyłącznie na symulatorach.
Dlatego stoimy dziś przed wyborem – jak mówi stare powiedzenie: „mieć ciastko albo zjeść ciastko”. Tego się nie da pogodzić w pełni. Trzeba wybrać rozwiązanie, które realnie zwiększa bezpieczeństwo.
Jeśli zapada decyzja o budowie poligonu, to nie jest ona przypadkowa. To jest proces przemyślany – zarówno pod względem wojskowym, jak i geograficznym.
Nowe technologie zmieniają pole walki
– Doświadczenia z Ukrainy pokazują dużą skuteczność dronów przeciwko czołgom i pojazdom opancerzonym. Czy ich rola będzie dalej rosła, czy osiągnie punkt nasycenia?
– Każdy miecz wcześniej czy później znajduje swoją tarczę. I tutaj też musimy znaleźć pewien złoty środek.
Nie możemy ignorować dronów – musimy je mieć i wykorzystywać na wszystkich poziomach, gdzie mogą być skuteczne. Jest to oczywiste.
Ale równocześnie trzeba sobie zadać pytanie, w którą stronę iść dalej. Czy powinniśmy ścigać się na ilość, czy raczej budować skuteczne systemy przeciwdronowe?
Posłużę się przykładem historycznym. W latach 80. Układ Warszawski dysponował ponad 20 tys. czołgów, więcej niż NATO. A mimo to utrzymywał się pewien balans. Dlaczego? Bo NATO zbudowało bardzo skuteczne systemy przeciwpancerne.
Dziś stoimy przed podobnym dylematem.

Nie oznacza to, że nie będziemy rozwijać dronów. Będziemy – i musimy. Ale trzeba brać pod uwagę tempo rozwoju technologii. W przeciwieństwie do amunicji czy sprzętu klasycznego, drony bardzo szybko się dezaktualizują.
Trudno wyobrazić sobie, że produkujemy setki tysięcy dronów, magazynujemy je, a po dwóch–trzech latach okazuje się, że są już przestarzałe. To ogromne ryzyko marnowania zasobów.
Dlatego jednym z kierunków jest podejście „dual use” (z ang. podwójne zastosowanie). Czyli wykorzystywanie dronów na co dzień w sektorze cywilnym – w ratownictwie, policji, straży pożarnej – a w razie potrzeby szybkie włączenie ich do systemu obronnego.
To pozwala utrzymywać zdolności bez konieczności magazynowania sprzętu, który traci wartość.
To temat, który wymaga szerszej dyskusji. Pytanie brzmi: czy rzeczywiście musimy mieć tyle samo dronów co nasi przeciwnicy, czy raczej powinniśmy skupić się na skutecznej obronie przeciwdronowej? Jedno jest pewne – ten „miecz” również musimy posiadać.
– Zatem czy tempo rozwoju technologii nie stanowi dziś większego wyzwania niż sama produkcja sprzętu? Jak planować zakupy wojskowe w świecie, w którym innowacje zmieniają pole walki co kilka lat?
– Technologia zawsze będzie szła do przodu. Ale sprzęt wojskowy rządzi się innymi prawami – jego cykl życia liczymy w dekadach, a nie w latach.
Gdybyśmy czekali na „następną generację”, nie mielibyśmy nic. W pewnym momencie trzeba powiedzieć: kupujemy, szkolimy i budujemy zdolności.
Druga kwestia – zakupy muszą być rozłożone w czasie. Nawet dobry właściciel firmy transportowej nie kupuje wszystkich ciężarówek jednego dnia, bo wtedy cały park starzeje się jednocześnie.
Jest jeszcze jeden element: rezerwy. Gdybyśmy co kilka lat zmieniali sprzęt, musielibyśmy na nowo szkolić tysiące żołnierzy. Żaden system by tego nie udźwignął.

– W jednym z wywiadów powiedział Pan, że nie ma sensu przygotowywać się do wojny, która już była. Czy właśnie zdolność przewidywania przyszłego charakteru konfliktów jest dziś największym wyzwaniem dla ekspertów bezpieczeństwa i planistów wojskowych?
– W XX wieku często patrzyliśmy wstecz – analizowaliśmy poprzednie wojny i próbowaliśmy przygotować się do ich powtórzenia. Dziś nie mamy na to czasu. Nie możemy przygotowywać się do wojny, która już była.
Pytanie brzmi: jak w takim razie przygotowywać się do przyszłej?
Są różne podejścia. Jedni próbują przewidywać jej kształt, ale ja jestem w tym bardzo ostrożny. Jak powiedział Seneka: przyszłość zna Bóg, przepowiada ją prorok, a opowiada o niej głupiec. Dlatego unikam „wróżenia”.
W naszym regionie mówimy o konkretnym przeciwniku – i to daje nam pewien punkt odniesienia.
Dowódca MNC NE, generał broni Dariusz Parylak
Jest natomiast coś, co możemy robić i robimy. Znamy naszego adwersarza. Obserwujemy go, analizujemy, widzimy, jak się zmienia, jak prowadzi działania, jak ewoluuje jego taktyka i sztuka operacyjna.
Na tej podstawie możemy próbować antycypować kierunki jego działania.
Oczywiście, w skali globalnej nie jesteśmy w stanie przewidzieć, gdzie wybuchnie konflikt i jaki będzie miał charakter. Ale w naszym regionie mówimy o konkretnym przeciwniku – i to daje nam pewien punkt odniesienia.
Dlatego zamiast próbować przewidzieć przyszłość, koncentrujemy się na analizie tego, co widzimy tu i teraz i na tej podstawie budujemy nasze zdolności.

– Konflikt na Bliskim Wschodzie pozostaje poza Pana bezpośrednim teatrem działań, ale czy jego przebieg może mieć pośredni wpływ na sposób myślenia o bezpieczeństwie i zaangażowaniu NATO na wschodniej flance?
– Każdy konflikt niesie ze sobą doświadczenia, które są użyteczne także dla innych środowisk wojskowych. Widzimy dziś choćby bardzo intensywne wykorzystanie środków bezzałogowych czy masowe użycie rakiet – to są konkretne wnioski, które analizujemy.
Natomiast nie możemy przenosić tych doświadczeń w skali jeden do jednego na grunt europejski.
Musimy pamiętać, że Bliski Wschód to zupełnie inny kontekst – także kulturowy. Mówię to z własnego doświadczenia, bo uczestniczyłem w operacjach w Iraku i Afganistanie. Sposób myślenia, funkcjonowania społeczeństw, reagowania na konflikt – to wszystko znacząco różni się od realiów europejskich.
Dlatego to, co możemy „przenieść”, to przede wszystkim kwestie techniczne i operacyjne: jak wykorzystuje się sprzęt, jak zwiększa się jego efektywność, jak minimalizuje straty, jak działa precyzja uderzeń.
Ale sam charakter konfliktu nie musi być taki sam. Czy będzie? Tu wracam do tego, o czym mówiłem wcześniej – nie jestem zwolennikiem przewidywania przyszłości. Możemy obserwować, analizować i wyciągać wnioski, ale nie zakładać prostych scenariuszy.
Jedno jest pewne: to obszar, który trzeba uważnie śledzić – i my, jako wojskowi, to robimy.
– Podczas poprzedniej naszej rozmowy powiedział Pan, że wojna zawsze będzie najokrutniejszą rzeczą, jaką człowiek wymyślał dla cywila. Czy postęp technologiczny może kiedyś sprawić, że konflikty będą mniej śmiercionośne, czy jest to sprzeczne z samą naturą wojny?
– Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba wrócić do podstaw – do przeciwnika. To, jak śmiercionośna jest wojna, zależy od obu stron. Ale przede wszystkim od tej, która ją rozpoczyna i nadaje jej charakter.
My funkcjonujemy w ramach państw demokratycznych. Obowiązuje nas prawo międzynarodowe, prawo konfliktów zbrojnych i prawo humanitarne. Nasza odpowiedź nigdy nie będzie lustrzanym odbiciem działań przeciwnika. Nie może być.
Nie jesteśmy kryminalistami. Nie możemy świadomie atakować cywilów tylko dlatego, że nie jesteśmy w stanie osiągnąć celu wojskowego w inny sposób.
Dlatego w wojnie nie ma pełnej symetrii.
Z mojego punktu widzenia – jako dowódcy w strukturach NATO – wojny były, są i będą śmiercionośne. I niestety, jak zawsze, najbardziej będą cierpieć cywile.
To jednak nie oznacza, że jesteśmy bezradni. Możemy – i powinniśmy – minimalizować skutki wojny dla społeczeństwa.

Kluczowa jest edukacja: od szkoły po działania informacyjne w mediach. Równie ważne są działania państwa – budowa schronów, zabezpieczenie dostępu do energii, wody, rozwijanie infrastruktury odpornej na kryzysy.
To wszystko może ograniczyć skalę cierpienia, ale nie wyeliminuje jej całkowicie.
Nawet jeśli NATO dąży do precyzyjnych, „chirurgicznych” uderzeń, pozostaje pytanie, czy przeciwnik będzie działał według tych samych zasad.
Chciałbym wierzyć, że tak będzie. Najlepiej jednak, żebyśmy nigdy nie musieli tego sprawdzać.









