Artūras Zuokas, który zgodnie z programem wyborczym partii jest gotowy zmierzyć się z eurofrajerami, twierdzi, że jego doświadczenie jako mera Wilna pomoże mu, jeśli zostanie premierem. Wieloletni polityk rozmawiał z LRT.lt o swoim politycznym rozwodzie z Remigijusem Žemaitaitisem, ujawnił, jakich ludzi nominowałby na ministrów i czy zaproponowana przez niego idea „Litwy rezerwowej” byłaby odpowiednia na dziś.
Zapytaliśmy partie i koalicje startujące w październikowych wyborach do Sejmu, kto w przypadku powodzenia zostanie ich ministrem(ami) i premierem(ami) oraz jaką politykę będą wspierać kandydując na to stanowisko. „Aleja Giedymina 11” to projekt poświęcony wyborom, w którym potencjalni premierzy kraju wskazani przez partie i koalicje odpowiadają na pytania dziennikarzy portalu LRT.lt i naukowców Uniwersytetu Wileńskiego.
– Nie jestem zły. Komunikuję się ze wszystkimi, poczynając od osoby, którą spotykam na ulicach Wilna, która zbiera plastikowe butelki z koszy, po członków rodziny królewskiej. Jestem otwartym i, co najważniejsze, niegniewnym politykiem – powiedział przywódca Wolności i Sprawiedliwości, który jest preferowanym przez partię kandydatem na premiera, wymieniając swoje zalety, gdyby stanął na czele gabinetu ministrów.
Za najważniejsze zadania premiera uznał ograniczenie nadmiernej biurokracji, rozwiązanie problemów bezpieczeństwa i demograficznych.
Były mer stolicy wymienił również teki ministerialne, w które jego partia będzie celować i komu w szczególności powierzyłby je z listy partyjnej.
– Tym niemniej mer czy premier? Który z nich jest bardziej atrakcyjny dla Pana? – LRT.lt zapytało polityka Artūrasa Zuokasa.
– Powiedziałbym, że niezależnie od tego, czy jest to premier, czy mer, jest to bardzo podobne. Tylko skala jest trochę inna. Mer stolicy to 620-650 tys. mieszkańców plus milion turystów rocznie. Zaś premier Litwy musi widzieć cały kraj.
Ale praca jest bardzo podobna. Dlatego z przekonaniem mogę powiedzieć, że mogę być premierem.
Nawet śp. Algirdas Brazauskas, prawdziwie legendarny premier naszego kraju, powiedział zarówno mnie, jak i swojemu zespołowi, że widzi przyszłego premiera w nim, czyli we mnie. Dlaczego? Bo znam się na tej robocie, umiem się komunikować i nigdy nie dzielę ludzi według różnych opinii.
W mediach społecznościowych można powiedzieć „nie będę z tobą rozmawiać, nie lubię cię”, ale profesjonalny polityk, zwłaszcza taki o statusie premiera, nie ma luksusu, by tak mówić. Musi słyszeć i wysłuchać wszystkich, znaleźć najlepszy kompromis, który jest niezbędny przede wszystkim dla kraju i narodu litewskiego.

– Ale czy jest Pan pewien, że byłby kimś więcej niż tylko premierem Wilna?
– Jednoznacznie. Powiedziałbym, że nawet moje doświadczenie jako mera Wilna byłoby szczególnie przydatne dla dzisiejszej Litwy, ponieważ wszyscy mówimy, że Wilno jest fenomenem. Według badania Eurostatu, w nieszczęśliwym kraju, w którym większość mieszkańców Litwy uważa się za nieszczęśliwych, w 2013 roku Wilno wyróżniało się jako najszczęśliwsze miasto w Unii Europejskiej.
Ponadto mój zespół i ja byliśmy w stanie położyć silne fundamenty pod gospodarkę Wilna, gdzie dochody naszego miasta, a także jego produkt krajowy brutto, są wyższe niż średnia Unii Europejskiej.
Na Litwie można zrobić dokładnie to samo, ale trzeba chcieć, trzeba wiedzieć, trzeba być chętnym, aby to zrobić.
Widzę dziś, jak rozwiązywać problemy regionalne właśnie na podstawie doświadczenia mera. Widzę, co trzeba zrobić, żeby biznes odkrył na przykład mniejsze miasta, bo taki jest dzisiejszy świat i trzeba to bardzo wyraźnie monitorować. Nadchodzi złoty wiek dla tak zwanych miast drugorzędnych – mam na myśli te po stolicach i po dużych miastach oraz mniejsze miasta.
Nowe technologie pozwalają mieszkać w dowolnym miejscu, a Litwa jest stosunkowo małym krajem i można stworzyć jakość życia w dowolnym miejscu i mieć miejsce pracy w dowolnym miejscu.
Widzę dziś prawdziwą szansę, nie w słowach, ale w rzeczywistości, na wdrożenie polityki regionalnej, która przyniosłaby korzyści przede wszystkim samym ludziom, którzy tam mieszkają, firmom i, oczywiście, nie kosztowałaby państwa tyle, ile kosztuje obecnie.

– W 2020 r. połączył Pan siły z Artūrasem Paulauskasem i Remigijusem Žemaitaitisem, ale Žemaitaitis nie pozostał w tych szeregach długo, założył własny ruch polityczny i obecnie cieszy się dość wysoką popularnością. Dlaczego doszło do rozwodu? Czy uważa Pan, że gdyby nadal pozostał pod hasłem „Trzech Muszkieterów”, szanse w tych wyborach mogłyby być znacznie większe?
– Pozwolę sobie wyjaśnić fakty. Nie planowałem kierować Litewskim Związkiem Wolności, liberalną organizacją, którą kierowałem, po zakończeniu mojej kadencji.
Członkowie partii zgodzili się z Remigijusem Žemaitaitisem, ówczesnym liderem Porządku i Sprawiedliwości, w sprawie połączenia. Tak się stało, tylko w realny sposób wstąpienia, ponieważ Remigijus Žemaitaitis przyszedł do naszej partii i przyprowadził, ku naszemu zaskoczeniu, nie tak wielu, tylko około czterystu członków z Porządku i Sprawiedliwości, bo większość z nich nie poszła za Remigijusem Žemaitaitisem, a on został liderem naszej partii Wolność i Sprawiedliwość.
Tymczasem również przed wyborami sondaże obiecywały nam 5-6 proc., ale niestety, te procenty nie przełożyły się na miejsca w parlamencie. Nie zdziwiłbym się, gdyby i tym razem tak się stało.
– W Pana przypadku czy Remigijusa Žemaitaitisa?
– Remigijusa Žemaitaitisa, bo był liderem listy, prowadził kampanię wyborczą.
Elektorat protestu, do którego faktycznie aspiruje wspomniana osoba, nie jest na Litwie tak liczny. Po drugie, ubiega się o niego wiele innych partii politycznych.
Widzę, że dziś niektóre partie polityczne, jak ci sami konserwatyści, próbują stworzyć wroga, nową konfrontację, ponieważ jest to przydatne dla konserwatystów, aby zmobilizować swoich wyborców. Ale w tym przypadku idziemy własną drogą.
Jesteśmy konserwatywnymi liberałami, mamy bardzo jasny program, mamy profesjonalnych ludzi, chociaż doskonale zdajemy sobie sprawę, że w dzisiejszej polityce inteligencja, doświadczenie i rzeczywiste umiejętności często nie są widoczne dla tych samych wyborców, musimy rozpowszechniać to przesłanie i nasz profesjonalizm.

Na naszych listach wyborczych nie ma osób bezrobotnych, które kandydują do Sejmu. Osoby z naszej listy to ci, którzy mają dziś prawdziwą pracę. To właśnie w przypadku zwycięstwa powinni zmienić swoje życie i poświęcić swoje życie, swoją wiedzę służbie publicznej.
– W programie swojej partii pisze Pan: „Tylko profesjonaliści z doświadczeniem w prywatnym biznesie będą wybierani na wysokie stanowiska w służbie publicznej”. Nie będzie Pan tolerować ludzi, którzy przez całe życie pracowali tylko w sektorze publicznym?
– Dziś, zwłaszcza w ciągu ostatnich czterech lat, istnieje coś, co nazywamy polityczną biurokracją partyjną, która otoczyła większość ministerstw i samorządów. Różne instytucje publiczne, różne firmy, konsultanci, eksperci i tak dalej, które, jak obliczyliśmy, wysysają, że tak powiem, około trzystu milionów euro rocznie, a pieniądze te można by wykorzystać na podwyższenie tych samych emerytur, rozwiązanie tych samych problemów regionalnych i wielu innych obszarów, w których brakuje nam dziś funduszy.
Jeśli przyjrzymy się nawet dzisiejszemu rządowi i samorządowi, zwłaszcza w Wilnie, zobaczymy, że większość osób na kierowniczych stanowiskach nigdy w życiu nie wykonała żadnej prawdziwej pracy, w której stworzyłaby produkt do sprzedania na rynku.
Weźmy większość ministrów, weźmy większość wiceministrów i tak dalej. Ich kariery są bardzo proste – ukończyli studia, zostali asystentami posłów, doradcami lub, powiedzmy, pracownikami jakiegoś przedsiębiorstwa publicznego, które nie wytwarza żadnego realnego produktu, a jedynie, jak mówią, otrzymuje fundusze europejskie. Nie wiedzą, z czego żyje Litwa, która musi pracować i zarabiać każdego dnia – samozatrudnieni, małe i średnie przedsiębiorstwa, rolnicy i tak dalej.
W związku z tym stawiamy również warunek lub sugestię, że jeśli chce się ubiegać o pracę w służbie publicznej na stanowisku kierowniczym, no cóż, na przykład na stanowisku kierownika departamentu lub na określone stanowisko w przedsiębiorstwie państwowym, musi się mieć doświadczenie w prawdziwym życiu.

– A co z nauczycielami i lekarzami pracującymi w szkołach publicznych, szpitalach?
– Proszę nie mylić pojęć. Mówimy o służbie publicznej i biurokracji partyjnej. Nie mówimy o pracownikach sektora publicznego. Oczywiste jest, że każdy pracownik sektora publicznego, nauczyciel, lekarz, strażak i wszyscy inni ludzie wykonują prawdziwą pracę.
Urzędnicy państwowi to święci ludzie, którzy są prawdziwym kręgosłupem państwa i którzy, nawiasem mówiąc, często są w stanie odłożyć na bok bzdury polityków, aby nie zagrażały one gospodarce państwa lub innym interesom.
Ale dziś urzędnicy państwowi w większości nie są już w stanie podejmować żadnych decyzji, ponieważ partyjni biurokraci mówią im: „Nie możesz podejmować decyzji, potrzebujesz porady, potrzebujesz ekspertyzy, zlećmy badanie, zlećmy analizę”. Chociaż urzędnik państwowy ma kompetencje, może dziś podjąć decyzję.
Dlaczego wszystko na Litwie jest dziś bardzo drogie i dlaczego jest bezmyślnie przeciągany czas na podejmowanie decyzji? Bo to była ta partyjna biurokracja, która otaczała jak kleszcze, które wysysają te euro. Ta biurokracja sprawia, że wszystkie procedury, procesy i wszystko inne jest droższe.
Dlaczego dziś Litwa jest rzeczywiście bardzo droga, ale nie według słów „Pieśni narodowej” Vincasa Kudirki, ale według rzeczywistych kosztów...
– Czy uda się to zrobić taniej?
– Jednoznacznie. Ponieważ nasz program bardzo wyraźnie mówi, że zwrócimy szczególną uwagę na zniknięcie armii eurofrajerów.
– Pan ich zwolni?
– Służba państwowa zacznie pracować i podejmować decyzje, brać odpowiedzialność za decyzje, a nie pod pozorem, że zleciliśmy badanie.
– Wróćmy do Žemaitaitisa. Dlaczego doszło do rozwodu?
– Rozwód był bardzo prosty. Nasze poglądy, wartości i rozumienie były różne. Mam na myśli wszystkie jego wypowiedzi. Nie wyleję wody na ten młyn, ale jego słowa, jego sprzeciw, jego podżeganie są nie do przyjęcia dla nas, konserwatywnych liberałów.
– Gdyby wybory zakończyły się dla Pana pomyślnie, z kim poszedłby Pan w koalicję, a z kim kategorycznie nie współpracował?
– Mamy własne cele programowe. Po pierwsze, aby zapanować nad tą armią eurofrajerów. I tak, aby pieniądze, które są marnotrawione na partyjnych przyjaciół, pozostały w rękach narodu litewskiego. Zgodziliśmy się co do tego – dobrze, następny krok.
– A które partie Panu odpowiadają?
– Dopóki nie będzie wyników wyborów, trudno powiedzieć. Widzę w programach innych partii i które rzeczy są dla nas zupełnie nie do przyjęcia.
Mamy bardzo jasny obraz polityki zagranicznej, tego, jak powinna ona wyglądać na Litwie. Oczywiście, z szacunkiem dla prezydenta, bo tak czy inaczej, to prezydent kształtuje politykę zagraniczną.
I w tym przypadku, ze mną jako premierem, z pewnością byłaby komunikacja, konsensus i słuchanie opinii prezydenta, a nie, wręcz przeciwnie, podział i konfrontacja, jak ma to miejsce obecnie z Gabrieliusem Landsbergisem jako ministrem.
Nie mamy bezrobotnych, którzy potrzebują pracy. Dlatego bez wątpienia dopiero po wyborach wymienilibyśmy cały gabinet ministrów.
W polityce zagranicznej jednym z naszych głównych celów, jeśli chodzi o obronność, jest mówienie o wspólnej armii Unii Europejskiej i ochronie granic. To powinien być główny cel polityki zagranicznej, to powinno pozwolić nam mieć realne bezpieczeństwo, a nie takie, powiedzmy, takie, jakie sobie czasem wyobrażamy, czytając na Facebooku wypowiedzi naszych ministrów.

Kolejnym bardzo ważnym punktem, który powinien być dziś oceniany, a z jakiegoś powodu nie widzę, aby ktokolwiek zwracał na to uwagę, jest Kaliningrad. Uważamy Kaliningrad za zagrożenie, ale w ostatnim czasie w Kaliningradzie nastąpił gwałtowny spadek rosyjskich sił zbrojnych. To zrozumiałe, dlaczego. Bo znaczna część z nich trafiła na wojnę w Ukrainie. Dzisiaj jest czas, aby zacząć rozmawiać na szczeblu Unii Europejskiej, NATO o demilitaryzacji Kaliningradu, aby wojska, które kiedyś tam były, nie wróciły do Kaliningradu.
Biorąc pod uwagę, że Morze Bałtyckie jest dziś jeziorem NATO, możemy skomplikować całą logistykę, aby nikt nie mógł tu przybyć. Wtedy mielibyśmy bardzo realne bezpieczeństwo blisko naszych granic.
– A jednak, z którymi partiami chciałby Pan pracować, a z którymi nie?
– Powtórzę, iż nie mówię o konkretnych partiach. Jeśli zostanę premierem lub zostanę nominowany przez Sejm, będę musiał pogodzić różne programy.
Z kim nie chcielibyśmy współpracować? Oczywiście nie chcielibyśmy współpracować z tymi, których programy są o niczym, o wietrze lub o nie wiadomo czym. A takich partii politycznych jest dziś z pewnością wiele, w tym Remigijusa Žemaitaitisa.
(...) Bardzo wątpię, że frakcja Remigijusa Žemaitaitisa przetrwa po następnej Wielkanocy, ponieważ ludzie wybiorą swoje priorytety i kariery. Jeśli zapytacie członków partii Žemaitaitisa, czy zgadzają się z tym, co mówi Žemaitaitis, odpowiedzą, że nie. Są tylko rodzajem pociągu, który być może zabierze ich do Sejmu.

– Spektrum pracy premiera jest bardzo szerokie. Czy mógłby Pan krótko i jasno wymienić trzy największe problemy, z którymi boryka się obecnie Litwa, a które wymagałyby Pana największej uwagi?
– To przede wszystkim ograniczenie nadmiernej biurokracji. Po drugie, oczywiście, problemy bezpieczeństwa, na których powinna koncentrować się nasza polityka zagraniczna. Po trzecie, problemy demograficzne i oczywiście godna starość – srebrna gospodarka i żeby w ciągu czterech lat emerytury osiągnęły 1000 euro.
– Gdyby był Pan premierem, jak sądzi, w czym byłby Pan mocny, a w czym słaby?
– Potrafię słuchać i komunikować się. Wiem, że w polityce kompromisy są nieuniknione. Nie jestem obraźliwy. Nie jestem zły. Komunikuję się z każdym, od osoby, którą spotykam na ulicach Wilna, która zbiera plastikowe butelki z koszy, po członków rodziny królewskiej. Jestem politykiem otwartym, a przede wszystkim niegniewnym.
– A słabości?
– Cóż, na pewno zmusiłbym wszystkich do pracy.
– Proszę wymienić nazwiska ministrów, których chciałby Pan oddelegować ze swojej partii.
- Nie mamy żadnych bezrobotnych, którzy potrzebowaliby pracy. Dlatego z pewnością pełny skład gabinetu ministrów ujawnię tylko po wyborach.
Zdajemy sobie jednak sprawę, że rząd z pewnością nie zostanie utworzony przez jedną partię, więc nieuchronnie będzie to rząd koalicyjny. Widzimy dobrych ministrów z innych partii politycznych, którzy mogliby znaleźć się w gabinecie, na którego czele stanę.
Ze swojej strony mogę wymienić na przykład Antanasa Zabulisa, ministra gospodarki i innowacji, wcześniej wieloletniego dyrektora generalnego Omnitel.

Możemy wymienić minister spraw społecznych i pracy, Egle Čaplikienė, która jest obecnie członkiem rady miejskiej. Mógłbym wymienić Natalię Istominę – minister oświaty. Pracowała jako wiceminister oświaty.
Vydūnas Sadauskas, adwokat, prawnik, który ukończył studia zarówno na Litwie, jak i za granicą – minister sprawiedliwości.
Mamy też naprawdę silnego kandydata na szefa Ministerstwa Ochrony Kraju, ale na razie pracuje on w istniejącym resorcie, więc najwyraźniej minister nie wyglądałby zbyt dobrze na potencjalnego konkurenta stojącego za nim.
Remigijus Čiupaila – ministrem spraw wewnętrznych. I tak dalej, i tak dalej.
– A gdyby karty ułożyły się w ten sposób, że nie byłby Pan premierem, ale miałby Pan możliwość zostania ministrem?
– Mógłbym uważać się za mocnego pod względem gospodarczym i innowacyjnym, połączeń transportowych. Wreszcie, temat kultury jest mi bardzo bliski i bardzo ciekawy. A także spraw wewnętrznych.
– Które problemy edukacyjne są Pana zdaniem największe?
– Największym problemem dzisiejszej edukacji jest to, że obecna partia polityczna, konserwatyści i ich przywódcy nie są zainteresowani wzmacnianiem oświaty publicznej i szkół miejskich. Ponieważ koliduje to z ich rodziną, sprawami osobistymi.
I tu bym widział przede wszystkim wyrównanie konkurencji, koszyka ucznia, który my, liberałowie, zaproponowaliśmy i wprowadziliśmy, i który uważamy za bardzo wielkie osiągnięcie, nie można by dać zamkniętym spółkom akcyjnym. Tylko dla instytucji publicznych.
– Ale koszyk ucznia podąża za dzieckiem.
– Zgadza się. Koszyk ucznia powinien być przeznaczony tylko dla tych szkół prywatnych, które mają status placówki publicznej, a nie sp. z o.o. Można powiedzieć, że w Europie nie znajdziemy instytucji edukacyjnej, która byłaby zamkniętą spółką akcyjną nastawioną na zysk. Sp. Z o.o. powinna przekształcić się w podmiot pożytku publicznego, czyli organizację non-profit. W ten sposób przekazujemy środki publiczne. Dzięki pieniądzom, które zarabia prywatna struktura, może ona zwiększyć liczbę szkół, podnieść jakość edukacji i zmniejszyć składki rodziców.

Obecnie istnieje wiele kontrowersji związanych z edukacją włączającą. Oznacza to, że szkoły prywatne będą miały znacznie więcej uczniów, ponieważ nie mają obowiązku przyjmowania dzieci ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi. Jest dodatkowa zaleta dla szkół prywatnych, ponieważ rodzice, którzy nie chcą napięć, którzy nie chcą stresu, nauczyciele, którzy nie chcą stresujących sytuacji, wybiorą szkołę prywatną.
– Edukacja włączająca to problem?
– Ani problem, ani kłopot. To bardzo duże wyzwanie. Często przychodzą do mnie rodzice ze szkół, o których czasem dziś głośno rozmawiamy i bardzo narzekają, bo nie mogą zostawić swoich dzieci bezpiecznie w klasach. Pomysł, który został obniżony z góry – zaangażujmy wszystkich i uczmy się razem – wygląda ładnie przy stole. Ale dziś nie mamy specjalistów, którzy powinni pracować z takimi dziećmi w takim stopniu, w jakim jest to konieczne, nasze uczelnie nawet ich nie przygotowują.
Drugą kwestią jest to, że zawsze istnieje determinacja co do tego, do czego się dostosowujemy: czy ustawiamy klasę z dwójką lub trójką dzieci, które mają taki czy inny naturalny problem, specjalne potrzeby, czy też skupiamy się na najlepszych uczniach w klasie?
Uważam, że powinniśmy skupić się na najlepszych uczniach w klasie i zachęcać ich, aby nie pozwalali im schodzić w dół, ale raczej ciągnęli innych w górę.
– A co robić z dziećmi ze specjalnymi potrzebami?
– Potrzeby są bardzo różne. Wiele z nich można doskonale zintegrować. Są jednak przypadki, w których najwyraźniej rozwiązaniem są tylko szkoły specjalne. Istnieją przypadki, w których pozornie podobne propozycje, chociaż mer Szyrwint została zaatakowana, są również rozwiązaniami.
– Jak załatać braki w kadrze nauczycieli?
– Jeśli chodzi o nauczycieli języków obcych, matematyki i innych podobnych nauczycieli, nie jest trudno sprowadzić ich z innych krajów Unii Europejskiej.
W południowych Włoszech dobry nauczyciel zarabia nie więcej niż na Litwie, a może nawet mniej. Można więc szukać nauczycieli i sprowadzać ich na Litwę, gdzie najbardziej ich brakuje.
Ale oczywiście musimy przygotować własnych nauczycieli.
– Czy Litwa powinna utrzymywać jakiekolwiek kontakty z Rosją i Białorusią?
– Co ma Pani na myśli mówiąc o powiązaniach? Dziś nie mamy oficjalnych stosunków. To decyzja Unii Europejskiej. Jesteśmy częścią tych decyzji.
I dopóki Unia Europejska nie zmieni tej polityki, mówienie o oficjalnych stosunkach dyplomatycznych nie byłoby chyba ani mądre, ani racjonalne.
Nie możemy jednak robić ze zwykłego Białorusina wroga i wpychać go w objęcia Łukaszenki. Nie powinniśmy kpić z decyzji, że oto teraz nie można przejechać samochodem z Białorusi na Litwę. Nawet jeśli ci ludzie muszą jechać autobusem, to i tak dojeżdżają, pracują, zarabiają, jadą na Białoruś i odwrotnie. Jest to sytuacja korzystna dla wszystkich stron.
Tego człowieka nie obchodzi, kto rządzi Litwą czy Białorusią. Jego celem jest utrzymanie rodziny. Chce pracować i zarabiać pieniądze.

A dziś, podejmując decyzje, które przypominają bardziej szyderstwo z ludu z czasów sowieckich, tak naprawdę wzmacniamy tylko Łukaszenkę. Bo co na to Łukaszenka? Widzicie, Unia Europejska drwi z was, jedynie, ja mogę was bronić, chodźcie pod moje skrzydła.
Być może większość z tych ludzi była na wiecach protestacyjnych przeciwko temu samemu Łukaszence, a dziś naszą polityką, kpiąc z nich popychamy ich w ramiona Łukaszenki.
Powiedziałbym, że robimy bardzo podobną rzecz z tymi Rosjanami, których rodzice w 1991 roku, podczas puczu, wyszli setkami tysięcy i pikietowali i protestowali przed Kremlem, domagając się, aby Litwa była niepodległym państwem.
Dziś być może też chcieliby zmienić reżim w Rosji, ale nie mają takiej możliwości. A my od razu zakładamy, że są źli. Nie ma odpowiedzialności zbiorowej. To, co mówimy tutaj o odpowiedzialności zbiorowej, jest po prostu, powiedziałbym, najlepszym przejawem populizmu Facebooka.
– A propos Facebooka. W programie swojej partii pisze Pan: „Porzucimy „facebookową zagraniczną” politykę, która opiera się na autopromocji ministrów i zachęca do konfliktów międzypaństwowych i wewnętrznych”. Jest Pan również widoczny na portalach społecznościowych. Czy gdyby został Pan wybrany do parlamentu lub został premierem, wycofałby się z tej przestrzeni?
– To poważne pytanie. Kiedy politycy stają się oficjalnymi urzędnikami, kiedy nie reprezentują siebie ani swojej partii politycznej, czy naprawdę nie należałoby się nad tym zastanowić?
Jestem przeciwny polityce Facebooka, którą dziś widzimy, mieszającej się z interesami państwa.
To jest kwestia do dyskusji, czy urzędnicy państwowi naprawdę powinni publikować wiadomości na portalach społecznościowych. Kiedy będę premierem, państwo i obywatele Litwy będą poznawać decyzje, informacje i wyjaśnienia nie za pośrednictwem osobistych profili polityków na Facebooku, ale poprzez oficjalny publiczny komunikat prasowy ministerstwa za pośrednictwem mediów.

Tylko za pośrednictwem mediów, a nie osobistych sieci społecznościowych, gdy nie rozumie się, co to jest – czy jest to stanowisko państwa, czy jest to stanowisko ministra, czy jest to stanowisko partii?
– Czy związki partnerskie osób tej samej płci powinny zostać zalegalizowane na Litwie?
– Poparlibyśmy legalizację związków partnerskich osób tej samej płci, ale z bardzo jasnym stwierdzeniem w prawie, tak jak ma to miejsce na Łotwie, to nie jest identyczne z małżeństwem, ponieważ małżeństwo jest, w naszej ocenie i w naszym rozumieniu, i zgodnie z naszą konstytucją, a także zgodnie z chrześcijańskim poglądem, tylko między mężczyzną i kobietą.
– Czy uważa Pan, że politykom przeszkadza cień przeszłości? W Pana przypadku sprawa czarnej księgowości byłego Rubikonu i sprawa Abonenta.
– Wszystko, co Pani mówi, jest kłamstwem. Czy cokolwiek z tego zostało w jakikolwiek sposób potwierdzone? To jest propaganda i to są twierdzenia moich przeciwników.
To wszystko jest kłamstwem i wymysłem przeciwko mnie jako osobie. A dzisiaj, kiedy na czele Sejmu stoi przedstawicielka partii z kryminalną przeszłością, która została nawet przyjęta do koalicji, która zadeklarowała najwyższe kryteria moralne w polityce, o jakich kryteriach moralnych można w ogóle mówić na Litwie?
A zwłaszcza o grupach interesu, które zostały stworzone przeciwko mnie, o kampaniach relacji publicznych, które były tworzone przez ponad 20 lat.
– Niektórzy komentatorzy polityczni i internauci mówią niemal otwarcie, że Zuokas jest bitą kartą polityczną nawet w Wilnie, nie mówiąc już o wielkich wyborach. Czy nie uważa Pan, że Pańskie najbardziej spektakularne zwycięstwa polityczne należą już do przeszłości?
– W ostatnich wyborach w Wilnie głosowało na mnie 105 tys. wilnian. To dosyć duża liczba. Oznacza to, że ludzie wierzą, widzą i doceniają moje umiejętności, a także umiejętności naszej partii.
Jeśli spojrzeć na treść, propozycje, doświadczenie, wiedzę - nie tylko moją, ale i mojego zespołu, wskażcie mi, co jeszcze.
– Jesienią 2011 r. zaproponował Pan powiększenie terytorium Litwy poprzez nabycie jednej z greckich wysp. Powiedział Pan wtedy, że wyspa może stać się miejscem wypoczynku dla Litwinów i świetną promocją Litwy za granicą. Czy zasugerowałby Pan to dzisiaj?
– To był pomysł, a nie propozycja. To był wykład, który wygłosiłem dla młodych przedsiębiorców, aby pokazać im, że aby odnieść sukces w biznesie, trzeba myśleć na dużą skalę, trzeba myśleć bardzo szeroko.

Ale realistycznie rzecz biorąc, jest to bardzo realistyczny projekt. Przypomnijmy sobie naszego legendarnego Kazisa Pakštasa i jego ideę Litwy rezerwowej, o której powstał nawet świetny film. Nie tylko Gabrielius Landsbergis musi myśleć o tak zwanym rozwiązaniu awaryjnym, ale Litwa również może o tym pomyśleć.
A na pewno na świecie jest więcej niż jedna wyspa, którą można by kupić. A one, nawiasem mówiąc, są znacznie tańsze niż, powiedzmy, dzisiaj kosztowałby zakup lepszej działki w Wilnie.
Kto wie? Myślę, że byłby to atrakcyjny pomysł. Ale nie mówię, że to robię.
Dziś Litwini często wyjeżdżają do Turcji, zostawiają pieniądze w ich hotelach, wzmacniają turecką gospodarkę. Jeśli więc państwo kupi wyspę na oceanie o odpowiedniej wielkości, sprzeda działki litewskiemu biznesowi, zbuduje hotele, pieniądze wracają do budżetu.
– I Litwini wyjeżdżają na wakacje na Litwę?
– Litwini wyjeżdżają na Litwę i podatki zostają na Litwie. W końcu, nie daj Boże, wojna. Dokąd wyślemy nasze dzieci i kobiety? Wyspa byłaby opcją B. Na wariant B zasługuje nie tylko Gabrielius Landsbergis.
– Jaka byłaby pierwsza Pana praca, gdyby został premierem? Już pierwszego dnia?
– Moim pierwszym zadaniem byłoby spotkanie się z prezydentem na długą rozmowę, aby uzgodnić cele, poglądy, wizje i uzgodnić formę komunikacji, formę współpracy, tak aby partnerstwo między premierem a prezydentem służyło postępowi i dobrobytowi kraju.
– Jest Pan młodym tatą. Czy łatwo jest pogodzić wyzwania związane z przygotowaniami do wyborów ze zmartwieniami związanymi z byciem tatą?
– Łatwo. Kiedy rano widzisz uśmiechnięte dziecko, zdajesz sobie sprawę, że będzie żyło w tym kraju, tu dorastało, tu się uczyło. I naprawdę życzę mojemu dziecku wszystkiego najlepszego. Tak jak życzę wszystkim litewskim dzieciom. Nasz kraj musi być bezpieczny, musi istnieć wysokiej jakości edukacja, musi istnieć wspaniałe, przyzwoite środowisko i szacunek.
Jestem gotów poświęcić temu swoją uwagę, energię, wiedzę i doświadczenie.

Pytanie od naukowca UW
Premier musi znać się na wielu dziedzinach, dlatego badacze Uniwersytetu Wileńskiego przedstawili listę pytań. Kandydaci losowo „wyciągali” pytania. Później pokazaliśmy odpowiedź kandydata naukowcowi, który z kolei ją skomentował. Naukowcy nie wiedzieli, czyją odpowiedź komentują.
Pytanie zadaje prof. dr Irena Vaišvilaitė:
W całej historii Litwy poziom korupcji w społeczeństwie był stałym problemem. Nie zniknął on również dzisiaj. Mówi się nawet o ponownym wzroście wskaźników korupcji. Jak zamierza Pan rozwiązać ten problem, jeśli stanie Pan na czele rządu?
Odpowiedź Zuokasa:
Nasz program ma bardzo jasny cel, zwiększenie budżetu publicznego, a mianowicie walkę z szarą strefą, która obecnie wynosi od 18 proc. do 20 proc., według danych Eurostatu i OECD. Jest tam 9 miliardów euro, które mogłyby zwiększyć PKB państwa.
Poświęcimy temu priorytetowi wiele uwagi, ponieważ chcemy rozwiązać wiele problemów społecznych, obronnych i innych bez zwiększania podatków od osób pracujących.
Komentarz naukowczyni:
Uchylanie się od płacenia podatków i korupcja to dwie różne rzeczy, chociaż w ukrywaniu podatków mogą się pojawiać działania korupcyjne. Zwalczanie szarej strefy nie jest jednak rozwiązaniem problemu korupcji, a walka z korupcją nie jest możliwa bez wyraźnego zidentyfikowania problemu, zwłaszcza w zakresie podejmowania decyzji i zapewniania odpowiedzialności za nie.









