20 lat temu - 1 września 2004 r. - terroryści weszli do szkoły w Biesłanie w Osetii Północnej. Wzięli jako zakładników około 1100 osób - w większości dzieci, rodziców i nauczycieli, przetrzymywanych bez jedzenia i wody. 3 września rosyjskie siły specjalne dokonały operacji szturmu, odbijając budynek. Zginęło niemal 350 osób, w tym 186 dzieci, a ponad 800 zostało rannych. Do tej pory wiele jej okoliczności zostało niewyjaśnionych. O tragedii portal LRT.lt rozmawia z Krystyną Kurczab-Redlich, polska dziennikarką i reportażystką, autorką filmów dokumentalnych o Czeczenii oraz wieloletnią korespondentką zagraniczną w Rosji.
Czy Pani pamięta okoliczności, w jakich usłyszała o wydarzeniach z 1 września 2004 r. w biesłańskiej szkole?
Był to czas, kiedy moje kontakty z rosyjską dziennikarką Anną Politkowską, zabitą w 2007 r., były dość bliskie i częste. Już wcześniej, w ostatnich dniach sierpnia, zwróciła moją uwagę na wiadomości przesyłane przez osetyjską milicję, w których wyrażalo się zaniepokojenie sytuacją na drogach. Stwierdziła, że coś się tutaj kroi. W szczególności kierownik oddziału milicji był zaniepokojony tym, że zdecydowanie zmalała liczba pracowników na posterunkach. Wydano wtedy rozporządzenie, aby szczególną troską otoczyć szkoły i bazary w związku z prawdopodobieństwem aktu terrorystycznego w Osetii Południowej.
O tym, że Czeczeni jadą na Osetię, dowiedzieliśmy się 1 września o godz. 5 rano. Złapano Czeczena, który powiedział, że oddział czeczeński rusza w kierunku osetyńskim. Potem się okazało, że z tej samej szkoły, gdzie później odbył się atak, usunięto cały oddział milicyjny, który miał ją ochraniać. Odesłano ich do pracy w terenie, bo z Moskwy mieli przybyć jacyś deputowani.
Trudno zatem powiedzieć, że napastnicy nagle spadli z nieba. Ciężarówka z terrorystami jechała przez absolutnie niestrzeżone posterunki. Potem się okazało, że były one dwie. Pojawiło się niemało szczegółów niezgodnych z wersją oficjalną.
Przyjeżdża do szkoły 33 terrorystów na czeczeńskich ciężarówkach pod egidą znanego czeczeńskiego dowódcy Szamila Basajewa. I co się okazuje? Nie jest to jedyna grupa napastników, która tam się znalazła. Spotykają się zatem z nieznajomymi sobie terrorystami, wyglądającymi bardziej „po arabsku“. Jest tam także grupa osób, rozmawiających wyłącznie po rosyjsku. Czeczeni rozmawiają po czeczeńsku, kolejni napotkani – po osetyjsku, a trzecia grupa – po rosyjsku. Jedna z tych grup – trudno powiedzieć, która – przygotowywała „zaplecze zbrojne“, badając teren.

W Czeczenii kilka dni wcześniej odbyły się wybory prezydenckie. Ewidentnie były farsą, ale w obliczu tragedii przestało to mieć znaczenie.
W 2004 r. doszło do zabójstwa Achmata Kadyrowa, ale to już inna sprawa. Głównymi aktorami jest jednak oddział dowodzony przez Basajewa. Natychmiast wystosowuje żądania w stosunku do władz. Najważniejszym z nich jest wyprowadzenie rosyjskich wojsk z Czeczenii i zakończenie potwornej wojny, która trwała już 4. rok. Basajew sporządził listę osób, z którymi chciał pertraktować. Wśród nich - prezydent Osetii Południowej Eduard Kokojty czy prezydent Republiki Inguszetia Murat Ziazikow. Absolutnie ich nie dopuszczono.
Putin osobiście dzwonił do prezydenta Osetii Południowej, zabraniając mu pod karą aresztu wyjazdu do Biesłanu. Wyruszył tam jednak były prezydent Inguszetii Rusłan Auszew. Stało się to, co obiecywali Czeczeni - zaczęto zwalniać zatrzymanych. Auszewowi udało się stamtąd spokojnie wyprowadzić 26 matek z dziećmi.
Do pewnego momentu stosunek terrorystów do zatrzymanych był normalny. Jednak później wpadli we wściekłość. W rosyjskich mediach dopiero na ostatnim miejscu pojawiła się wzmianka o przetrzymywaniu 334 osób. Terrorystom zależało na nagłośnieniu aktu, aby świat zobaczył, iż wystawiają na niebezpieczeństwo dzieci - w wielkiej nadziei, że Putin pójdzie na kompromis i wyprowadzi wojska z Czeczenii.
Gdy Politkowska dowiedziała się o tym, co się stało, chciała tam polecieć, jednocześnie prowadząc już rozmowy z przedstawicielami Czeczenii. Jednym z nich był generał brygady i działacz polityczny Ahmed Zakajew, który z kolei porozumiał się z prezydentem Iczkerii Asłanem Maschadowem. Ten stwierdził, że jest gotów pojechać do Biesłanu po to, by w zamian za niego uwolniono wszystkie dzieci. Chciał gwarancji przeżycia, ale nawet nie żądał wolności. Jednak Politkowską przez cały dzień nie wpuszczali na pokład samolotu - wsiadła dopiero o godz. 22. Poprosiła o herbatę. Straciła przytomność po 10 minutach od jej spożycia. Ewidentnie próbowaną ją otruć. Samolot lądował w Rostowie nad Donem, inaczej by po prostu zmarła.

Komu to było ważne?
Cały ten akt był przygotowywany po to, by pokazać, że Czeczeni i Maschadow, który miał ich uosabiać, jest partnerem do rozmów z Putinem. W tym czasie światowi liderzy żądali od Putina zakończenia wojny. Nie jest zupełnie prawdą, że wojna w Czeczenii była im obojętna.
Następnego dnia terroryści otrzymali wiadomość, że nikt nie przyjedzie na pertraktacje. Stan dzieci stawał się coraz gorszy - był to drugi dzień upałów. Następuje straszliwy atak na szkołę z zewnątrz. Prowadzili go nie tylko żołnierze, ale także siły specnazu i FSB. Na skutek ostrzelania sali gimnastycznej przez odrzutowe miotacze o działaniu termobarycznym i następującego wybuchu doszło do pożaru. Straż pożarna, która miała zgasić pożar, została wstrzymana. Na akcję ratowniczą zezwolono dopiero po dwóch godzinach. Dzieci zaczynają płonąć, wyskakują przez okno.
Mówi się, że wszyscy, którzy wtedy zginęli, zostali zastrzeleni przez terrorystów podczas ucieczki. Nie ma na to żadnych dowodów. Strzelano zaś do nich z zewnątrz. Robili to żołnierze rosyjscy i specnaz. Tymczasem osetyjskie FSB nie było wtajemniczone w machinacje. Na skutek wymienionych akcji, pożaru i ostrzału zginęło do 350 zakładników. Od 106 do 170 zastrzelono z zewnątrz.

Skąd o tym wiemy?
Już 1 września sprawą się zajął jeden z deputowanych Dumy, który nie współpracował z oficjalną komisją powołaną do badania sprawy. Nie był to żaden wróg Putina ani zagorzały oponent, wręcz przeciwnie - był to członek Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej, były specjalista ds. wybuchów i batalii, wykładał na uniwersytecie, bardzo uczciwa osoba. Nazywał się Jurij Sawieljew. Poprowadził własne śledztwo jako ekspert ds. balistyki. Codziennie przyjeżdżał do Biesłanu, gdzie prowadził badania. Znalazł się w grupie przedstawicieli Dumy, którzy mieli jechać 1 września przez Biesłan. Widział dwie ciężarówki, które jechały w kierunku szkoły.
Sawieljew przedstawił 700-stronicowy raport, w którym zaprezentował los każdego z terrorystów. Okazało się, że grupa rosyjska w nocy przed szturmem zniknęła. Zostali tylko terroryści z dwóch ciężarówek.
Twierdzi się, że zabito 32 osoby, a jedną aresztowano. Byli to Czeczeni, którzy już wcześniej przebywali w więzieniu. Niektórzy przed zamachem zostali wypuszczeni - co świadczy o tym, że byli współpracownikami FSB. Inaczej po prostu nie wyszliby na wolność. Do terrorystów strzelano tak, aby twarze nie były rozpoznawalne. Zostali rozpoznani wyłącznie po odciskach palców, które były przechowywane w archiwach więziennych.
Jedyny terrorysta, który poddał się sam, Nurpaszi Kułajew, po torturach przyznał się do wszystkiego, mimo, że był tam zupełnym pionkiem. Został skazany na dożywocie - wciąż przebywa w więzieniu w potwornych warunkach. Podczas procesu wyszło na jaw wiele dowodów, które zostały później utajnione.

Dlaczego Kremlowi tak bardzo zależało na tym barbarzyństwie?
Aby udowodnić, że legalnie wybrany prezydent Maschadow jest za pan brat z terrorystami - a tego robić nie można. Druga sprawa, choć trudno jednoznacznie wskazywać, że była bezpośrednią przyczyną, ale tym niemniej - nastąpiło odebranie wszelkiej demokratycznej władzy gubernatorów w prowincjach. Nastąpiło bardzo silne, pierwsze właściwie, posunięcie w stronę antydemokratycznej rekonstrukcji władzy. Przedstawiciele prowincji nie mieli już prawa głosu. Putin zastąpił ich swoimi przedstawicielami. Zlikwidował tych, którzy byli mu nieposłuszni i dał głos przedstawicielom Izby Federalnej. Tym samym podporządkował w stu procentach ważną część parlamentu. Stwierdził, że gubernatorzy nie mogą samodzielnie uporać się z zagrożeniem terrorystycznym.

Jednak Putinowi udało się przekonać świat, że Czeczeni to terroryści. Liderzy z całego świata bili brawa za wspaniałe uporanie się z sytuacją.
Podobnie było po akcie terrorystycznym na Dubrowce, kiedy otruto praktycznie całą salę. Tym razem również posypały się gratulacje z Zachodu. Było mu bardzo wygodnie przyjąć putinowską prawdę. Niestety, również dzisiaj świat przez cały czas handluje. Putin był potrzebny Zachodowi jako partner do rozmów i polityki międzynarodowej. Zachód cały czas ustępuje - robił to od początku rządów Putina, jak też wojny w Czeczenii, gdzie zginęło 250 tys. ludzi, w tym 42 tys. dzieci. Oczywiście, było wielu intelektualistów, którzy starali się zwrócić uwagę na to, jak groźnym człowiekiem jest Putin. Zachodowi to nie było na rękę.

Nie wiedzieli, z kim mają do czynienia?
Przede wszystkim - nie chcieli wiedzieć. W 2000 r. Tony Blair miał uwypuklić kompletnie nieznanego wtedy Putina, który miał zostać prezydentem i poleciał do Petersburga na spotkanie z nim. Podobno otrzymał wtedy 100-stronicowy protokół z listą zbrodni Putina w Czeczenii, którego nawet nie otworzył.
Z kolei w 2016 r., kiedy już można było udowodnić przestępstwa Putina na terenie Wielkiej Brytanii, ich rozpracowania odmówił Scotland Yard. Nie chciano zaostrzać stosunków międzynarodowych z Putinem.
Teraz Zachód nie może udawać, że nie widzi zbrodni Putina, bo na Ukrainie trwa wojna. Zachód musi się zmienić, choć do tej pory wolał mieć na Kremlu partnera. Obawia się pewnie potencjału atomowego - co jest bzdurą. Prawdziwie wartościowy stosunek między Rosją a Zachodem był podczas zimnej wojny. Wtedy Zachód bardzo pilnie śledził, co się dzieje w Związku Sowieckim. Wtedy była mocno widoczna wrogość w stosunku do Zachodu.
Od czasu Putina Zachód stał się bardzo wygodnym do manipulowania wrogiem. Dla dyktatora wróg jest konieczny. Tymczasem Czeczeni zostali spacyfikowani, Gruzini zresztą też. Trzeba było znaleźć kolejnego wroga i stał się nim Zachód. Choć Putin prowadzi taką politykę od 2005 r., Zachód uparcie odmawiał ujrzenia w nim tego, kim właściwie jest.
Wracając do Biesłanu - mimo oczywistych faktów, Zachód odrzucał je. Nie był też zobowiązany do czytania Nowej Gazety, gdzie drukowano teksty Politkowskiej, czy portalu Prawda Biesłanu, gdzie czarno na białym została opisana cała historia zamachu. Wystarczyło jednak chcieć. Prawda Biesłanu to projekt znakomitej dziennikarki, pobitej zresztą przez FSB Mariny Litwinowicz, a także Matek Biesłanu.

Czy Putin był zaskoczony tym, co się dzieje 1 września 2004 r.?
Wszystko wskazuje na to, że nie powinien być zaskoczony. Były raporty dziennikarzy, między innymi, Politkowskiej, którzy publikowali zeznania jednego z Czeczenów, który mówił, że taki akt się właściwie szykuje - i wskazał na szkołę w Biesłanie. Oczywiście, Putin może być tak izolowany od wiadomości, że właściwie nic nie wie o tym, co się dookoła niego dzieje. W dolnym wypadku, każdy akt terrorystyczny grał na jego korzyść.
W ubiegły wtorek Putin pojawił się w Biesłanie. To była jego pierwsza wizyta od 19 lat.
Tymczasem podczas jego pierwszej wizyty cały gruz, łącznie ze szczątkami, został wywieziony do rowu pod Biesłanem. Putin przyjechał do czystej szkoły, później odwiedził szpital, towarzyszył kilku osobom przy łóżku i spokojnie powrócił do Kremla.

Teraz pojechał do Biesłanu, bo jego pozycja bardzo osłabła, szczególnie po ataku Ukraińców na Kursk. Chcąc pokazać się od lepszej strony, pojawił się w Biesłanie. Tylko po to, by się ujawnić i tam być.
Co w takim razie świat ma zrobić z Putinem teraz?
Zachód chętnie by się pozbył Putina - nie ma jak. Jest ogromnie silna antyputinowska opozycja wśród generalicji oraz oligarchów. Warto zwrócić uwagę, jak wielu przedstawicieli władz i wojska zniknęło z życia politycznego? Ilu ludzi zostało zabitych? Putin systematycznie wyczyszcza pola, które mogą być dla niego niebezpieczne. Nie mogę jednak stwierdzić, kto może się obrócić przeciwko niemu. Wydaje się, że jego największy orędownik Nikołaj Patruszew już nie należy do grona najbliższych przyjaciół. W tej sytuacji fakty niczego dobrego nie podpowiadają.
Opracowała Ewelina Knutowicz









