W litewskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych zakończyła się dwudniowa konferencja poświęcona 30. rocznicy Traktatu o przyjaznych stosunkach i dobrosąsiedzkiej współpracy między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Litewską. Uwieńczeniem spotkania zorganizowanego przez Instytut Historii Litwy, MSZ Litwy, Muzeum Historii w Trokach oraz Samorząd Rejonu Wileńskiego była dyskusja „Co powinni czynić Polacy i Litwini do 2050 roku?“. Wzięli w niej udział pisarka Kristina Sabaliauskaitė, minister sprawiedliwości Ewelina Dobrowolska i redaktor naczelny „Gazety Wyborczej“ Adam Michnik.
Adam Michnik przyznał podczas dyskusji, że w latach 90. miał poczucie, że po stronie litewskiej jest ogromna nieufność wobec Polski. - Uważano, że gdy tylko pojawi się możliwość, Polacy zabiorą Grodno, a później Wilno. Nie rozumiałem tego, ponieważ nie obserwowałem takich tendencji. Po jakimś czasie zauważyłem jednak dziwne przesłanki ze strony polskiego rządu. W tekście exposé premiera Jana Olszewskiego był fragment o tym, iż nadszedł czas zdecydować, co należy zrobić z obwodem kaliningradzkim. Było to dla mnie niezrozumiałe, bo proponowanie rewizji granic w tym okresie w Polsce uważano za szaleństwo. Zrozumiałem jednak, że podobne tendencje są uśpione, ale wciąż żywe, więc niepokój moich litewskich kolegów miał rację bytu - wspominał Michnik.
– Po polskiej stronie rządziła całkowita ignorancja. Tak zwana „żelazna kurtyna“ odcięła intelektualistów od pełnej wiedzy tego, co się dzieje na Litwie. W Polsce były sentymenty dotyczące Wilna, jednak nikt otwarcie nie mówił o rewizji granic. Jednak odczuwałem w środowiskach nacjonalistycznych i skrajnie prawicowych ukryty negacjonizm – kontynuował.
Michnik zauważył, że w kontekście relacji polsko-litewskich podobne sprawy były rozumiane jako bardzo delikatne. – Nie zawsze potrafiliśmy wyczuć, o co chodzi. Łatwo jest rozpętać emocje pod hasłem „naszych biją, naszych krzywdzą“. Jednak w Polsce nigdy nie było fali antylitewskiego strachu. Nie możemy żadnych sentymentów porównywać z emocjami antyukraińskimi – powiedział.

Jako jedno z najważniejszych dzisiejszych wyzwań gość dyskusji wymienił populizm. - Każda władza coś obiecuje. Jednak populizm nie tylko obiecuje, ale też rozdaje. Jeżeli chcemy się przyjrzeć temu, do czego to może doprowadzić, możemy przypomnieć o Grecji. Potrzebna była ogromna pomoc unijna, zwłaszcza z Niemiec, by wyciągnąć kraj z kryzysu, w którym ugrzęzła. Jest też przykład Wenezueli, dotyczący populizmu lewicy. Szalenie niebezpiecznym dla przyszłości jest jednak wewnętrzny populizm. W Polsce udało się go zatrzymać. Pieniądze z moskiewskiego KGB równie dobrze służą Marine Le Pen, władzom Wenezueli, jak też Robertowi Fico. Viktor Orban z kolei buduje państwo, w którym nie będzie mógł przegrać. Zaminował system w ten sposób, że niezależnie od wyników wyborów i tak będzie rządził. Są miny, które wybuchają skandalami - podkreślił Michnik.
Polski publicysta zaznaczył, że Litwa może stanowić przykład dla Polaków, jak należy utrzymywać równowagę polityczną. – To wielki sukces kraju. Polska poszła inną drogą, lecz po ośmiu latach oprzytomniała. Nie można przejmować retoryki od propagandystów Putina. Kilkanaście lat temu jako redaktor naczelny „Gazety Wyborczej“ otrzymałem propozycję, aby opublikować artykuł Putina. Odpowiedziałem, że bardzo chętnie. Niedawno prawicowi komentatorzy zaczęli mi to wypominać. Być redaktorem naczelnym i nie wydrukować artykułu Putina? W takim wypadku trzeba być idiotą, a nie redaktorem – oświadczył.

Dysydent i jeden z głównych działaczy opozycji demokratycznej w PRL miał okazję poznać Putina osobiście, gdy dopiero przejął władzę. - Przyjął mnie na Kreml i udzielił mi wywiadu. Wtedy zrobił na mnie dobre wrażenie: rzeczowy, spokojny, bez frazesów leninizmu. Spodobał mi się. Gdy jednak widziałem go po raz kolejny, już było gorzej. Wtedy był premierem, a nie prezydentem. W willi w Soczi znajdował się duży stół, pośrodku siedział Władimir Władimirowicz. Miałem mu zadawać pytania. Spytałem o to, co sądzi o słowach swojego szefa, czyli prezydenta, że w Rosji króluje prawniczy nihilizm, a także o tym, że Michaił Chodorkowski przebywa w więzieniu. Jak usłyszał, że ma szefa, to cały się zaczerwienił. Nagle obudził się w nim gangster. Odpowiedział, że Chodorkowski ma utopione po łokcie ręce we krwi. Dzisiaj Putin jest całkowicie nieracjonalny. Jest takim Hitlerem w schronie w Berlinie w 1945 r. Jednak Putin minie. Nie jest nieśmiertelny, nawet jeśli sam w to wierzy. Ale co będzie po nim? - pytał retorycznie gość dyskusji.

Pisarka Kristina Sabaliauskaitė wspomniała o kolejnym wyzwaniu w stosunkach polsko-litewskiej, jakim jest oświata mniejszości narodowych.
- Chciałabym zadać pytanie, które się spotyka ze stanowczą reakcją. Czy dzisiaj są potrzebne szkoły mniejszości narodowych? To raczej życzliwe pytanie - jako matki, wychowującej córkę na obczyźnie. Uważam, że rzeczą obowiązkową jest posiadanie wykształcenia w języku państwowym. Moja matka, która swobodnie mówiła po polsku, była profesor nadzwyczajną na Wydziale Przyrodniczym Uniwersytetu Wileńskiego. Absolwentom polskich szkół tłumaczyła materiały akademickie. Uważam, że była to zła praktyka. W taki sposób zamiast dawać szansę mniejszościom tylko ją odbieramy. W końcu, nauka języka ojczystego odbywa się już w rodzinach. W najgorszym wypadku, są zajęcia dodatkowe. Uważam jednak, że młodzi ludzie chcą więcej języka państwowego. Sądzę, że jest to bardzo ostry problem w oświacie mniejszości narodowych. Są to jednak działania symetryczne, ponieważ podobny tryb obowiązuje również w stosunku do Litwinów w Polsce - stwierdziła.

Intelektualistka zaznaczyła, że Litwa współczesna powstała na bazie tożsamości językowej. - Jest ona bardzo silna i ważna, ale chciałabym, aby pojawiło się więcej tożsamości obywatelskiej. Odzwierciedla się to m.in. w braku tłumaczy. Za granicą trudno jest się dowiedzieć, o czym myślą i dyskutują litewscy intelektualiści. Teraz Polacy raczej mają do czynienia ze streszczeniami tych myśli, znajdującymi się w pismach partii politycznych, które nie zawsze są serdecznie do nas nastawione. Język nie może być kością niezgody, a wyłącznie kanałem komunikacyjnym. Polityka językowa ma polegać na tym, abyśmy się lepiej porozumiewali - zaznaczyła.
Zdaniem Sabaliauskaitė, kolejną rzeczą, jaką można ulepszyć w stosunkach polsko-litewskich, jest współpraca muzealna. - Strasznie zazdrościmy Polakom ich zbiorów, bo nie zostali tak obrabowani przez Rosjan, jak my. Okradano nas już od czasów powstań w XIX w. Zamiast spuścizny historycznej z czasów Rzeczpospolitej Obojga Narodów mamy dosłownie dziurę, bo dokonano rabunku wszystkich naszych dworów. Uważam zatem, że musimy się skupiać na szerszym pokazaniu tej naszej wspólnej spuścizny. Litwini są głodni historii, o czym świadczy ogromna popularność wystaw w Pałacu Wielkich Książąt Litewskich. Innym problem jest biurokracja w dziedzinie współpracy kulturalnej. Niestety, ten problem w szczególności dotyczy Polski - ubolewała.
- Mając na myśli sytuację geopolityczną, plan przyszłych działań jest wyraźny - celem jest szczera przyjaźń między Polską a Litwą. To najlepszy sposób sprzeciwiać się Rosji. Nikt z historyków jeszcze nie odważył się zadać pytanie, jaką mogła być alternatywna historia Polski i Litwy po I wojnie światowej? Co, gdyby Litwą rządził jeden Narutowicz, a Polską drugi? Co, gdyby została odtworzona Rzeczypospolita Obojga Narodów w postaci unii dwóch samodzielnych państw? Uważam, że w takim przypadku nie doszłoby do wybuchu II wojny światowej - podsumowała Sabaliauskaitė.

Minister sprawiedliwości Ewelina Dobrowolska zgodziła się, że Rosja stanowi dzisiaj największe zagrożenie dla Polski i Litwy. - Rosja uważa, że jej nie dotyczą żadne prawne akty międzynarodowe - ani sankcje w związku ze śmiercią Aleksieja Nawalnego, ani wyroki sądów międzynarodowych. Z kolei jednym z głównych zadań Polski i Litwy jest pozostanie krajem, gdzie w pierwszą kolej obowiązuje prawo. Jeżeli tego nie zapewnimy, żadne traktaty sprzed 30 lat nas nie ochronią - powiedziała.
Dobrowolska zgodziła się, że oświata w szkołach mniejszości narodowych jest zagadnieniem wrażliwym. - Jednak podczas dyskusji w tej sprawie często gubi się pewna myśl. Chodzi wcale nie o to, w jakim języku będą prowadzone zajęcia z historii, ale o to, na czyjej historii będziemy się skupiali. Nawet moi znajomi Polacy często nic nie wiedzą o wkładzie rodaków, jeżeli chodzi o państwowość litewską. Czy możemy dużo powiedzieć o roli Polaków podczas wydarzeń 13 stycznia 1991 r.? Szlaku Bałtyckiego? Jak w naszym kraju zamieszkali Żydzi? To są bardzo ważne aspekty litewskiej historii, o których mało się mówi. O Romach słyszymy tylko wtedy, gdy pokazujemy tabor, o Żydach - podczas dyskusji na temat symbolicznych rekompensat - zauważyła minister.

– Uważam, że wciąż nie odpowiedzieliśmy na pytanie, a do kogo właściwie należą Polacy na Litwie? Mnie osobiście bardzo obraża, gdy podczas rozmów o polskiej mniejszości w kontekście stosunków obu krajów pada zdanie, że „musimy dokonać zmian dla lepszych stosunków polsko-litewskich“. Nie, wcale nie o to chodzi. Polacy na Litwie są obywatelami Litwy, tylko innej narodowości. Jeżeli będziemy oceniali sytuację przez pryzmat praw człowieka, wszelkie pytania odpadną same. Obywatele Litwy, którzy nie są Litwinami, wciąż są odpowiedzialnością Litwy – kontynuowała.
Dobrowolska podkreśliła, że Litwa nie musi się bać własnej wielokulturowości. – Po tym, gdy wreszcie uzgodniliśmy pisownię nazwisk i pozwoliliśmy na użycie literki „W“, pojawiły się głosy, że język litewski po prostu runie. Nie runął. Sprawdziłam najnowsze dane – w ciągu roku 1000 obywateli Litwy skorzystało z nowelizacji. Większość pochodzi z rodzin mieszanych, często są to przypadki zawarcia małżeństw z cudzoziemcami. Tej ustawy potrzebowali nasi obywatele, a nie przypadkowi ludzie. Niewielka część, do 400 osób, to w większości przedstawiciele polskiej mniejszości narodowej, którzy po prostu chcieli prawidłowej pisowni własnego nazwiska – podkreśliła.

- Rozmowy międzykulturalne staną się o wiele lżejsze, jeżeli będziemy jeden drugiego traktowali jako strony podlegające prawu, które odczuwają wspólne zagrożenia ze Wschodu. Nie możemy wprowadzać tych czy innych aktów prawnych tylko dlatego, że mamy być dłużni Polsce i na odwrót. Chodzi o osoby, które tworzą nasz kraj, a nie piękne gesty - podsumowała minister sprawiedliwości.









