Szwajcarzy nie podchodzą do Eurowizji tak emocjonalnie jak Litwini czy Polacy, chociaż na pewno widzą w tym korzyści - zauważa dr Inesa Fausch, wilnianka od ponad dekady mieszkająca w Bazylei.
Po wygranej Szwajcarii w finale Eurowizji w 2024 r. stało się jasne, że to właśnie ten kraj będzie gospodarzem przyszłorocznego europejskiego konkursu piosenki. Za organizację wydarzenia będzie odpowiedzialna Bazylea, leżąca na północy kraju, na samym styku granic Szwajcarii, Francji i Niemiec.
Jednak potrzeby finansowe do organizacji wydarzenia o takiej skali wywołały kontrowersje. Niektórzy szwajcarscy wyborcy byli zirytowani potencjalnymi kosztami Eurowizji i gwarantowanym zamieszaniem.
Obawy przed „skromną Eurowizją”
W końcu listopada mieszkańcy Bazylei podczas referendum musieli wyrazić swoją opinię ws. przekazania funduszy miasta na wsparcie organizacyjne Eurowizji. Głosowanie budziło jednak wiele obaw organizatorów.

Brak zgody mieszkańców oznaczałby solidne zaciśnięcie pasa i zrezygnowanie z wielu dodatkowych imprez towarzyszących, zapewniał dyrektor ds. komunikacji Eurowizji 2025 Eddie Estermann. Zapewniał, że bez wsparcia miasta konkurs „stałby się zwykłym programem telewizyjnym na troszkę większą skalę”, trwającym tylko jeden wieczór.
I pomimo, że w Szwajcarii nie panuje taka gorączka eurowizyjna jak np. na Litwie, to większość mieszkańców Bazylei (67,57 proc.) opowiedziało się za dofinansowaniem organizacji konkursu, co pozwoliło organizatorom odetchnąć z ulgą.
- Chodzi o 35 mln franków, było duże zainteresowanie tym budżetem - czy jest to odpowiednia, czy jednak za duża suma na takie wydarzenie, dlatego też postanowiono przenieść to na referendum – w rozmowie z LRT.lt tłumaczy dr Inesa Fausch, prawniczka pochodząca z Wilna i od ponad 10 lat mieszkająca w Bazylei.

Głosy sprzeciwu podkreślały „świętokradztwo” konkursu
Największy ogień sprzeciwu wobec dofinansowania Eurowizji w zeszłym miesiącu zaczęła wzniecać niewielka, prawicowo-populistyczna Federalna Unia Demokratyczna (EDU). Zdaniem jej polityków, jest to „nieproporcjonalne wyrzucanie środków publicznych” na wydarzenie wypełnione „świętokradzkimi występami”, gdzie niektóre graniczą z „okultyzmem”. Zebrali wystarczającą liczbę podpisów, by zainicjować referendum, z nadzieją, że mieszkańcy nie poprą dofinansowania „bluźnierczego” konkursu.
Dr Fausch jednak zapewnia, że w społeczeństwie Bazylei idee głoszone przez EDU nie znalazły większego poparcia.
- Tuż przed głosowaniem w przestrzeni publicznej były jakieś głosy sprzeciwu, ale dotyczyły raczej budżetu, a nie jakichkolwiek skrajności co do negatywnych skutków Eurowizji – zaznacza wilnianka.

Prestiż czy problem?
Zapytana o to, czy dla mieszkańców Bazylei Eurowizja jest sprawą prestiżu czy zmorą, utrudniającą codzienne funkcjonowanie, dr Fausch zaznacza, że nie ma tu jednoznacznej odpowiedzi i opinie dzielą się po równo.
Dla części mieszkańców Eurowizja w ich mieście jest przede wszystkim powodem do dumy, tym bardziej, że Bazylea ma wiele do zaoferowania – właśnie tu jest najwięcej muzeów, teatrów i wydarzeń kulturalnych w całej Szwajcarii.
- Oczywiście, wszyscy też bardzo dobrze rozumieją, że przygotowania będą bardzo trudne. Jeżeli ktoś chce zorganizować konferencję czy jakieś inne wydarzenia w maju, jest to sprawa złożona. Wszystkie hotele już odwołały poprzednie rezerwacje. Przepełnione restauracje, transport publiczny, wiele policji na ulicach. Wiadomo, że te 2-3 tygodnie przed Eurowizją i w trakcie nie będą łatwe i ludzie o tym, oczywiście, mówią, bo przez kilka tygodni nie będą mogli stąpić nogą do miasta – zauważa prawniczka.

Koszty i przygotowania
Szwajcarzy liczą jednak na korzyści ekonomiczne dla miasta.
Opierając się na danych finansowych z poprzednich edycji Eurowizji w Malmö i Liverpoolu, Bazylea spodziewa się zarobić w przyszłym roku około 60 mln franków szwajcarskich (ok. 64,5 mln euro), głównie z turystyki.
Miasto-organizator Eurowizji ponosi przede wszystkim koszty imprez towarzyszących, noclegów, transportu i bezpieczeństwa, a w tym ochronę w Internecie. Na razie jednak Bazylea nie śpieszy z przygotowaniami.
- Uważam, że będzie to bardziej odczuwalne jeden lub dwa miesiące do konkursu. Zazwyczaj w przypadku takich wydarzeń przyjeżdża tu nie tylko więcej policji, ale też armia szwajcarska – zauważa rozmówczyni.

System referendalny z litewskiej perspektywy
Szwajcarscy wyborcy są przyzwyczajeni do bezpośredniego wpływu na sposób wydawania pieniędzy podatników i decydowania o najważniejszych sprawach w ich regionie. Na Litwie referendum nadal jest zjawiskiem rzadkim.
- Dla mnie, jako obywatelki Litwy, taki system na początku wydawał się, oczywiście, dziwny. Jest to zjawisko dwustopniowe – na poziomie konfederacji i na poziomie kantonu. Myślę, że jest to bardzo ważne, że sami ludzie mogą zadecydować o sprawach dla nich ważnych, mogą też sami zainicjować referendum, o ile zbiorą potrzebną ilość podpisów – tłumaczy dr Fausch.
Zauważa też, że zorganizowanie referendum w Szwajcarii jest technicznie o wiele łatwiejsze, niż na Litwie.

- W Szwajcarii wymaga się mniejszej liczby podpisów niż na Litwie, ludzie wykazują się wielką aktywnością w organizowaniu referendum, ale są też niezwykle świadomi kwestii, w której sprawie głosują. Każdy mieszkaniec, mający prawo głosu miesiąc przed głosowaniem otrzymuje specjalnie wydaną „książeczkę”, zawierającą opinię zarówno główną, np. rządu, jak też opinie opozycji, stron przeciwnych, poszczególnych grup, więc może się z tym zapoznać i podczas głosowania dokonać świadomego wyboru – zauważa doktor prawa.
Taki system, zdaniem rozmówczyni, jest wyjątkowo przyjazny dla mieszkańców, ponieważ pomaga im się czuć nieodłączną częścią państwa, współodpowiedzialną za tworzenie polityki. Tym bardziej, że Szwajcarzy oddają głos w referendum nawet ok. 4-5 razy do roku.

Na Litwie jednak wprowadzenie takiego systemu wymagałoby nie tylko większych kosztów i dużych przegotowań, ale przeszkodę stanowi też system polityczny.
- W Szwajcarii system jest bardzo lokalny, ludzie zazwyczaj decydują właśnie o tym, co się dzieje w ich mieście. Pytanie czy mieszkańcy Litwy mieliby też chęć tak pilnie śledzić wszystkie aktualności polityczne, bo np. Szwajcarzy codziennie czytają wiadomości polityczne, przy każdej okazji o tym dyskutują. Zresztą, szwajcarski system demokracji bezpośredniej jest dość unikatowy w skali całej Europy – zauważa dr Fausch.









