Mieszkańcy przesmyku suwalskiego: media robią dużo hałasu. Tu naprawdę dobrze się żyje

Ewelina Mokrzecka, LRT.lt 2023.08.07 08:00
Przesmyk suwalski, Polska. Sierpień 2023 r. | E. Blažio / LRT nuotr.

Na przesmyku suwalskim nikt zbytnio się wagnerowcami nie przejmuje. Mieszkańcy są zmęczeni dziennikarzami i prasowymi doniesieniami o potencjalnym zagrożeniu. – Pani, dużo hałasu się robi. Tu naprawdę dobrze się żyje. Spokojnie. Tylko media straszą – mówią prawie jednym głosem.

Przesmyk suwalski ciągnie się wokół Suwałk, Augustowa i Sejn. Stanowi połączenie terytorium państw bałtyckich z Polską i resztą państw NATO. Rozdziela obwód królewiecki i Białoruś będącą sojusznikiem Rosji. Według United States Army region należy do potencjalnie najbardziej zapalnych punktów Europy. Były prezydent Estonii Toomas Hendrik Ilves już w 2015 roku porównał korytarz suwalski do przesmyku fuldzkiego podczas zimnej wojny.

W ubiegłym roku „Politico” określiło przesmyk suwalski „najniebezpieczniejszym miejscem na ziemi”. Co jakiś czas w swojej retoryce wykorzystuje go również rosyjska propaganda oraz reżim w Moskwie. Całkiem niedawno rosyjski generał Andriej Kartapołow powiedział, że wagnerowcy zostali przerzuceni na Białoruś nie tylko po to, żeby szkolić wojska Łukaszenki. – Nasze siły uderzeniowe są gotowe, by zająć ten niewielki korytarz w przeciągu kilku godzin – grzmiał wskazując, że przesmyk suwalski „jeśli coś się stanie jest bardzo potrzebny”.

Jak się żyje mieszkańcom tego wąskiego, około stukilometrowego pasa? Postanowiliśmy sprawdzić.

Przesmyk suwalski zaczyna się kilkanaście kilometrów od miejscowości Giby, gdzie robimy pierwszy przystanek po przekroczeniu polskiej granicy.

- Pięknie tu i pusto. Poza tym te ceny. Za dwie Coca-Cole zapłaciłem 10 złotych i to w hotelu! – mówi na oko trzydziestoletni mężczyzna, który przyjechał tu z rodziną ze Śląska.

W jedynym hotelu w Gibach, który z trudem wpasowuje się w krajobraz jest chyba tylko on. Tak przynajmniej nam mówi.

- Ale wiecie państwo, dziwną sytuację mieliśmy wczoraj. Tuż przed nami jechała Toyota RAV4 na białoruskich numerach rejestracyjnych. Nic dziwnego, bo to przecież blisko. Ale jechała 30 km/h, kiedy można 70 km/h. Wyprzedziłem ją, zaparkowałem swoje auto przy hotelu. Wypakowuję rzeczy i widzę ten sam samochód. Kierowca przyczajony - patrzy. Więc co miałem robić? Zaraz zadzwoniłem na policję. Dziwne tu rzeczy w kilku kilometrach się dzieją, prawda? A jeżeli to był jakiś z tych wagnerowców? – pyta.

Przytakujemy.

Wsiadamy do auta. Jedziemy w kierunku płotu, który dzieli Polskę i Białoruś. Budowa fizycznej bariery na 187 kilometrach podlaskiego odcinka granicy zakończyła się w ubiegłym roku. Zabezpieczenie mierzy 5,5 metra wysokości, zwieńczone jest zwojem z drutu (concertina) tak, aby nie można było przejść na drugą stronę. Do budowy płotu wykorzystano 49 tys. ton stali. Koszt inwestycji to 1,6 miliarda zł. (ok. 360 mln euro).

Opozycja i aktywiści są zgodni, że zapora, która miała chronić przed nielegalną migracją, organizowaną przez reżim Łukaszenki, nie zdała egzaminu. Codzienne statystyki Straży Granicznej, dotyczące liczby wypychanych na białoruską stronę cudzoziemców pozostaje na poziomie kilkudziesięciu – dwustu osób dziennie. Płot krytykują również przyrodnicy, którzy twierdzą, że rządzący zniszczyli kawałek puszczy Białowieskiej.

Zatrzymujemy się we wsi Stanowisko. Pani Bożena, która przeprowadziła się tu na początku lat 80-tych mówi, że w okolicy mieszka zaledwie kilka osób. Przeważnie emeryci.

- Na razie jest spokojnie, chociaż drzwi zamykam. Zaczęłam zamykać, jak były przekroczenia. To działa na psychikę. Uchodźcy byli też u nas. Dwóch młodych mężczyzn i kobieta. Miała pokaleczone nogi. Zadzwonili kulturalnie dzwonkiem, stanęli na progu i prosili o pomoc. Byli bardzo wyczerpani – mówi mieszkanka Suwalszczyzny.

Z jednej strony swojego domu widzi litewskie lasy, z drugiej – białoruskie. W linii prostej do granicy ma dwa kilometry. Wcześniej, jak mówi, Straż Graniczna jeździła często. – Byli u nas z Obrony Terytorialnej. Działo się. Teraz rzadko ktoś przejeżdża – tłumaczy.

- Dzisiaj człowiek idzie do lasu i uszu nadstawia. W kierunku Białorusi, gdzie miałam swoje grzybowe miejsca już nie chodzę. W ubiegłym roku, na jesieni szłam akurat na zielonki, za chwilę pies zaszczekał i padły strzały ostrzegawcze. Zatrzymano tam uchodźców – mówi.

- Mam nadzieję, że historia nie zatoczy koła. Słyszałam opowieści wielu kobiet stąd, które opowiadały, jak kiedyś ruskie przyszli. Niejedna po nich z dzieckiem została. I to przeraża. Tu niedaleko jest wieś Wiłkokuk, opiekowałam się taką starszą panią. Jej mąż w czasie wojny zaginął, do końca życia nie wiedziała, gdzie był do obozu zabrany. Ruskie wkroczyli i syna w posagu jej zostawili. To okropne, co kobiety opowiadały, sadzą się smarowały, żeby się pozbyć – rozumie pani? Ale ruskim nic nie przeszkadzało. Gwałcili kobiety na potęgę – wspomina i już ma oczy pełne łez.

Ze Stanowiska jedziemy pod płot. Monstrualna zapora pośrodku lasu robi wrażenie. Spotykamy dwóch mężczyzn, którzy pracują przy wycince drzew.

- Pani my nic nie powiemy, bo za dużo wiemy, ale tak naprawdę jest spokojnie. Dużo hałasu się robi. Tu naprawdę dobrze się żyje. Spokojnie – śmieją się.

Jedziemy kilkadziesiąt kilometrów przez las, by zaraz wrócić na trasę w kierunku Sejn. Tego samego dnia z roboczą wizytą do Suwałk przyjechał prezydent Gitanas Nausėda, który spotkał się z premierem RP Mateuszem Morawieckim. Odkąd przekroczyliśmy litewsko-polską granicę nie widzieliśmy żadnych służb – wojska, policji czy funkcjonariuszy straży granicznej.

Pytam młodą kobietę, która pcha wózek w jednej z mijanych wsi czy jest mieszkanką Suwalszczyzny i czy czuje się tu bezpiecznie?

- Oczywiście, że się czuję bezpiecznie. Bardzo bezpiecznie, śpieszy mi się, bo muszę wracać do drugiego dziecka – mówi i już jej nie ma.

Przyjeżdżamy do Sejn, gdzie centralnym punktem tego dnia jest parking Biedronki. Tworzy się zator, a większość samochodów jest na litewskich rejestracjach. Poza tym miasto jest puste.

W drodze do Puńska zahaczamy o Romanowce. Wieś leży 20 km od granicy z Litwą. Mieszka tu zaledwie kilka rodzin. Jedna z mieszkanek mówi, że na razie w okolicy jest spokojnie.

- Obawy trochę są, ja wiem co to będzie dalej? Nie wiadomo, ale teraz jest bezpiecznie – tłumaczy. Patrole wojska należą tu do rzadkości. - Czasem przyjeżdżają ćwiczyć do pobliskiej starej szkoły. Ale to raz może w miesiącu? A tak to nie. Ani w Sejnach nie widać, żeby tu było kogoś więcej, ani tu u nas – mówi.

Zmierzamy w kierunku Puńska, litewskiej stolicy w Polsce. Mijamy litewsko brzmiące miejscowości: Rejsztokiemie, Sejwy, Wiłkopedzie. – My tu dalej od granicy białoruskiej mieszkamy. Tam to może jest gorzej. Po domach migranci chodzili, dużo ich było. Tu spokojnie, ale tak, jak wagnerowcy pójdą, to tędy, ale może nie pójdą? W Unii jesteśmy, to będą nas bronić – mówi mężczyzna we wsi Wojtokiemie.

- Nikt za bardzo nie bierze do głowy tego wszystkiego, nikt o tym za dużo nie mówi. Może tylko nas media tak straszą – zaraz się zastanawia.

Dojeżdżamy do Puńska. Miasteczko na pierwszy rzut oka wydaje się być wyludnione, więcej ludzi można zobaczyć przy kilku położonych obok siebie sklepach spożywczych. Jonas, który właśnie wyszedł z zakupami z Groszka mówi, że nie jest stąd, czyli nie z Puńska, ale przyjeżdża tu na zakupy. Też mieszka na przesmyku suwalskim. W Skarkiszkach.

- Czuję się bezpiecznie. Stary jestem, co mi grozi? Nic. W kościele ostatnio byłem w na mszy Lazdijai. Ode mnie to 16 km – mówi.

Zagaduję jeszcze kilku mieszkańców Puńska. Ewidentnie są zmęczeni pytaniami dziennikarzy.

- Ostatnio robili ze mną wywiad o sąsiedzkim życiu. Ma pani sąsiadów? Tak samo i tutaj, na przesmyku suwalskim. Z jednym sąsiadem dobrze, z drugim źle, w zależności od polityki. Mieszkam w domu, drzwi zamykam – rzuca.

Na przesmyku suwalskim spędziliśmy cały dzień. Dojechaliśmy do trójstyku granic Polski, Rosji i Litwy. Pierwsze służby mundurowe, które tego dnia od przekroczenia granicy z polską zobaczyliśmy, patrolowały w okolicach jeziora Wisztyniec po litewskiej stronie.

Po drugiej stronie jeziora na wietrze powiewała dumnie ogromna rosyjska flaga.

LRT has been certified according to the Journalism Trust Initiative Programme